35

Netflix coraz bardziej „polski”. Przywykłem do czegoś innego i coraz mniej mi się to podoba

Liderujące rankingom popularności na Netflix filmy pokroju "365 dni" oraz "Zenek" sprawiły, że coraz częściej zastanawiam się, czy Netflix kiedykolwiek wróci na ścieżkę, którą kiedyś podążał. Obecne praktyki naprawdę mi się nie podobają, a problem, który dostrzegam nie tylko ja, zdaje się pogłębiać.

Netflix w Polsce – kiedyś a dziś

Netflix jest dostępny w Polsce od 2016 roku. Sam początek nie należał do udanych okresów, bo oprócz wąskiej grupy widzów, którzy byli zadowoleni z obecności serwisu nad Wisłą, duża część użytkowników nie przebierała w słowach oceniając miękki start usługi. Dopiero po oficjalnym uruchomieniu, około 9 miesięcy później, sytuacja uległa zmianie – pojawiły się polskie tłumaczenia, polski interfejs oraz oficjalne wsparcie w lokalnym języku.

Pierwsze kilka lat działalności Netfliksa w Polsce nie upłynęło jednak pod znakiem polskości usługi pod względem oferty. Polskich filmów i seriali było tam jak na lekarstwo, a pojedyncze tytuły wcale nie zachęcały do seansu. Lokalni gracze, jak HBO, CANAL+, Player czy Ipla znacznie lepiej radzili sobie na tym polu, natomiast Netfliksa można było potraktować jako okno na świat. Oczywiście, że w polskich usługach (głównie HBO GO) nie brakowało zagranicznych produkcji, ale nie były one ich domeną. Netflix ściągnął do Polski przede wszystkim zagraniczne produkcje, w tym własne oryginalne serie, jak „House of Cards”, „Orange is the New Black”, „Bloodline”, „Marco Polo”, „Daredevil” i „Narcos”. Wtedy chyba nikt nie sądził, że w 2020 roku prym w rankingach w takim serwisie będą wiodły polskie filmy.

Polski hit „365 dni” zdominował zagranicznego Netfliksa. Nie wiem czy mam się śmiać czy płakać

I oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że taka lokalna działalność Netfliksa zaczyna w mojej ocenie przyćmiewać inne, skuteczne do tej pory działania w sprowadzaniu nad Wisłę naprawdę fajnych seriali i filmów z innych krajów. Takie premiery były jego domeną i choć konkurencja na rynku tylko rośnie, to w życiu bym nie przypuszczał, że w kilka lat po debiucie w Polsce serwis dostępny w 190 krajach będzie dążył do zaspokajania tak podstawowych potrzeb polskich widzów.

Netflix rośnie dzięki takim filmom, ale przywykłem do czegoś innego

W pełni rozumiem, że taka strategia sprzyja rozwojowi i wzrostom Netfliksa, co widać w statystkach każdego kwartału, ale pod takim szyldem szukałem do tej pory perełek i pewniaków z innych rynków. Oczekiwałem, że to właśnie Netflix będzie w stanie zdobyć prawa i sprowadzić do Polski takie seriale jak „Homeland” czy „Suits” byśmy mogli je oglądać o dowolnej porze, a nie dostosowując się do ramówek TV. Dla takiego giganta na pewno jest to zadanie nieco łatwiejsze, aniżeli dla lokalnych graczy typu Player czy Ipla. I dlatego wolałbym, by środki i czas, którymi platforma dysponuje, były w dalszym ciągu w taki sposób rozdysponowywane. Tymczasem od kilkunastu miesięcy ewidentnie widać pęd ku nabywaniu głośnych, (a nie dobrych) filmów i seriali z naszego podwórka, które będą budzić emocje i przyciągać widzów, ale wcale nie wzbogacają oferty.

Najpopularniejsze seriale i filmy na Netflix – „Zenek” i „Przeklęta” w TOP 10

Czy sama obecność tych filmów na Netflix mi przeszkadza? Oczywiście, że nie i nikomu nie będę też zaglądał do smartfona, laptopa czy telewizora, bo każdy ma prawo oglądać to, na co ma ochotę. Podkreślę więc raz jeszcze, że obawiam się, iż ta pogoń za lokalnymi hitami wyjdzie Netfliksowi bokiem w dłuższej perspektywie, bo coraz częściej z takimi tytułami jest kojarzony, a kiedyś wydawał się odporny na takie wahania trendów . A przecież nie brakuje już mu problemów związanych z własnymi produkcjami, pośród których coraz częściej trafiają się wpadki lub nijakie treści. Jest to więc dość skomplikowana kwestia, bo moje wrażenie, że Netflix zaczyna przypominać kablówkę, jest coraz silniejsze.