85

Paweł Tkaczyk: Panie kierowco, który ma pan poziom? Grywalizacja prawa jazdy

Autorem wpisu jest Paweł Tkaczyk W poprzednim artykule pisałem o tym, że – z punktu widzenia kierowcy – kodeks drogowy jest źle zaprojektowaną grą. Występuje tu tylko tzw. wzmocnienie negatywne (mandat, odebranie prawa jazdy, punkty karne), brakuje zaś wzmocnienia pozytywnego (nagród). Opisałem modyfikację fragmentu tej gry – systemu fotoradarów – w taki sposób, by ludzie rzeczywiście chcieli wolniej jeździć. […]

Autorem wpisu jest Paweł Tkaczyk

W poprzednim artykule pisałem o tym, że – z punktu widzenia kierowcy – kodeks drogowy jest źle zaprojektowaną grą. Występuje tu tylko tzw. wzmocnienie negatywne (mandat, odebranie prawa jazdy, punkty karne), brakuje zaś wzmocnienia pozytywnego (nagród). Opisałem modyfikację fragmentu tej gry – systemu fotoradarów – w taki sposób, by ludzie rzeczywiście chcieli wolniej jeździć. Grywalizacja może jednak zrobić dużo więcej.

Zagrajmy o status, nie o pieniądze

Kiedy planujemy grywalizację, możemy w kwestii nagród pójść dwoma ścieżkami. Pierwsza z nich jest prosta, łatwa, ale prowadzi do wypaczeń. To tzw. zewnętrzne nagrody (external rewards). Ich wprowadzenie jest proste – komunikat „zagraj w tę grę, by wygrać iPada” w zupełności wystarczy. Problem polega na tym, że kiedy zabierze się nagrody, gra przestaje sprawiać frajdę, ludzie z niej rezygnują. Tę prostą ścieżkę wybrałem w przypadku fotoradarów. W komentarzach pojawiły się – i słusznie – zarzuty, że ludzie nie będą grali, kiedy nagrody wyparują.

Druga ścieżka – niczym jasna strona Mocy w Gwiezdnych wojnach – jest trudniejsza do zaimplementowania, ale rezultaty są długotrwałe. To tzw. wewnętrzne nagrody (intrinsic rewards), czyli frajda z samej gry. Jak je implementować?

Gabe Zichermann, autor książki „Gamification by Design” ukuł termin SAPS, który oznacza Status, Access, Power, Stuff (Status, Dostęp, Władza i Rzeczy). To hierarchia nagród w dobrze zrobionej grywalizacji. Gracze, którzy dążą do osiągnięcia wyższego statusu są zmotywowani dużo bardziej niż ci, którzy grają tylko o pieniądze. Jak zatem zgrywalizować kodeks drogowy i prawo jazdy, by kierowcy chcieli jeździć wolniej?

Doświadczony kierowca płaci mniej i jeździ szybciej

Jak w tej chwili wygląda motywowanie kierowców? Jeśli jeździsz „źle” (niezgodnie z regułami gry), czyli za szybko, powodujesz wypadki, wsiadasz za kółko po alkoholu, otrzymujesz „kary” – punkty karne, mandaty, odebranie prawa jazdy. Jednak jeśli jeździsz „dobrze” (zgodnie z regułami gry), trzymasz się przepisów, nie powodujesz wypadków itp. spotyka Cię… brak kary. Choć nie tylko. Ustawodawca przewidział jedną nagrodę. Jeśli masz punkty karne, to za rok jazdy bez kary punkty te znikają, dostajesz „nowe życie”.

Problem polega na tym, że żeby zdobyć tę nagrodę trzeba… jeździć „źle”! Kierowcy, którzy jeżdżą „dobrze” tej nagrody nie otrzymują. Coś tu chyba jest nie tak…

Jak być powinno? Kierowca, którzy przez jakiś okres jeździł „dobrze” (nie zapłacił mandatu, nie spowodował wypadku, trzymał się przepisów) powinien awansować na kolejny poziom, który daje mu określone przywileje, niedostępne dla kierowców na niższych szczeblach. To właśnie „status” i „dostęp”, o których pisałem wyżej. Jak mógłby wyglądać? Wyobrażam sobie dwie rzeczy.

  • Kierowca, który nie powoduje wypadku powinien – na własne ryzyko i odpowiedzialność – mieć możliwość jeżdżenia o 10-20 km/h szybciej, niż „zwykli” kierowcy.
  • Kierowca, który nie powoduje wypadku dostaje niższy taryfikator na mandaty, które przyjdzie mu zapłacić.

Pozwolenie doświadczonym kierowcom na szybszą jazdę ma sens – mają oni lepiej wyrobione nawyki i zwykle jeżdżą lepszymi samochodami, niż nastolatki i studenci, którzy ukończyli dopiero kurs prawa jazdy. Przez „doświadczony” nie rozumiem roku po zrobieniu prawa jazdy, ale np. 5 lat bez mandatu. Nie próbowałbyś dociągnąć do takiej „statystyki zwycięstw”? Ja bym się od początku bardzo starał…

Niższy taryfikator na mandaty to także nagroda typu „dostęp”, ale… z kruczkiem. Bardzo ważnym elementem w grywalizacji jest autonomia – gracz powinien mieć więcej, niż jeden sposób na osiągnięcie swojego celu. Mój pomysł na mandaty jest następujący: możesz zapłacić niższy mandat i zrujnować swoją statystykę zwycięstw (wracasz do poziomu 0 i znowu musisz pracować 5 lat na przywileje) albo… płacisz dużo więcej, ale nie tracisz przywilejów. Lekcję i tak zapamiętasz.

Rozwiązania podobne do powyższego już funkcjonują w naszym systemie. Jeśli fotoradar zrobi Ci zdjęcie, możesz wskazać siebie jako kierowcę, zapłacić niższy mandat i zgarnąć punkty karne, albo możesz nie wskazywać kierowcy – mandat wtedy będzie wyższy, ale unikniesz punktów karnych. Kolejny przykład to „kursy”, które obniżają Ci ilość punktów karnych – możesz zapłacić i pójść na taki kurs albo wybrać jazdę zgodnie z przepisami do końca roku, żeby punkty się skasowały.

Połączyć systemy

Kierowca, który powoduje wypadek to spore obciążenie dla budżetu państwa – trzeba reperować drogi, leczyć jego ofiary, zapłacić sędziom, prokuratorom i policjantom. Dlatego tacy, którzy wypadków nie powodują, powinni być hołubieni i nagradzani – nie tylko w obszarze kodeksu drogowego.

Jeśli państwo dałoby kierowcom bardziej rozbudowany system przywilejów, z którego mogliby wybierać – system, który wymagałby osiągnięcia więcej, niż jednego poziomu ponad ten zerowy – ludzie rzeczywiście chcieliby wolniej jeździć. Co można zrobić? Kilka pomysłów „na szybko”.

  • Niższa składka na opiekę zdrowotną. Masz prawo jazdy i nie powodowałeś wypadku przez kolejne lata? Twoja składka na ubezpieczenie zdrowotne każdego roku maleje…
  • Dopłata do kredytu mieszkaniowego. Rząd na różne sposoby stymuluje programy budownictwa mieszkaniowego tworząc inicjatywy typu „Rodzina na swoim”. Jeśli moja wolna jazda miałaby się przysłużyć nie tylko mnie, ale i mojej rodzinie…

Firmy ubezpieczeniowe już dziś różnicują składki dla kierowców. Gdyby obowiązywał oficjalny system „poziomów” prawa jazdy, sektor prywatny wykorzystywałby go na pewno (tak jak dziś wykorzystuje program „Rodzina na swoim”) – dojrzały kierowca jest świetnym klientem. Od tańszej benzyny przez tańszy wstęp na koncerty po zaproszenia na zamknięte pokazy motoryzacyjne… Naprawdę opłacałoby się jeździć wolno.

Foto.