58

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, czyli o ZPAV słów kilka

Związek Producentów Audio Video jest wielkim wygranym. Dlaczego? Choć wszyscy twierdzą, że strzelił sobie w stopę, kula trafiła w nas. ZPAV przypomniał nam bowiem starą komunistyczną zasadę: co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Twórcy dowiedzieli się, że instytucja ta sama nadała sobie prawo do zarządzania losem ich dzieł. Ba, wielu z z nich po […]

Związek Producentów Audio Video jest wielkim wygranym. Dlaczego? Choć wszyscy twierdzą, że strzelił sobie w stopę, kula trafiła w nas. ZPAV przypomniał nam bowiem starą komunistyczną zasadę: co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Twórcy dowiedzieli się, że instytucja ta sama nadała sobie prawo do zarządzania losem ich dzieł. Ba, wielu z z nich po raz pierwszy w ogóle usłyszało o ZPAV. A konkluzja jest taka, że związek może wszystko, bo związek wie lepiej. Liga rządzi, liga radzi, liga nigdy nas nie zdradzi.

Nadgorliwość jest gorsza niż faszyzm, jak mawia stare przysłowie. Do 1989 roku żyliśmy w systemie, który lepiej niż my wiedział, czego nam do szczęścia potrzeba. I uszczęśliwiał nas na siłę. Systemu się pozbyliśmy, owszem, ale zasady pozostały, bo można na nich zarobić. Taki bolszewicki kapitalizm, jeśli mogę pozwolić sobie na żarcik.

Sprawę znacie, ale zawsze znajdzie się czytelnik, któremu temat umknął w gąszczu informacji, więc przypomnę w telegraficznym skrócie. Oto mamy muzyka o pseudonimie Kelthuz. Jedni znają, inni nie, nieważne. Istotne jest to, że twórca ten nagrał kilka rzeczy pro publico bono, więc z chęcią udostępnia swoje utwory za darmo w sieci. Część tych uwolnionych w ten sposób piosenek trafiła na jedno z chomiczych kont. I tu uwaga – nie rozważam teraz etycznego tła dla istnienia serwisu chomikuj.pl. Omawiam konkretny przypadek. Do rzeczy więc.

Kelthuz dał muzykę, pobrał ją użytkownik X, który powiesił piki na swoim koncie ku zadowoleniu autora. I wszystko byłoby dobrze, gdyby między wódkę a zakąskę nie wtrącił się zgniły pomidor. Oto bowiem pojawił się ZPAV, który wystąpił jako stronnik Kelthuza, autorytatywnie stwierdził naruszenie praw autorskich i zażądał zablokowania konta, na którym pojawiły się utwory.

Rzecznik prasowy chomikuj.pl:

Zgłoszenie dokonane przez Związek Producentów Audio Video zostało uznane za wiarygodne. ZPAV w zgłoszeniu, jako podstawę swojego działania, wskazał zezwolenie Ministra Kultury wydane na podstawie art. 104 pkt 3 w zw. z 105 pkt 1 i art. 122 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgłaszający wskazał, że z powodu uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa w postaci nieautoryzowanego utrwalenia w celu rozpowszechniania oraz rozpowszechniania nielegalnie zwielokrotnionych plików muzycznych i plików wideo, dostęp do plików powinien zostać uniemożliwiony. ZPAV wskazał także, że właścicielami zgłoszonych plików są podmioty reprezentowane przez Związek Producentów Audio Video.

Tyle przepisy. Sęk w tym, że chyba zapomniano w ZPAV o samym autorze, którego podobno reprezentowano. A co na to autor? Na łamach facebookowego profilu pojawiło się następujące oświadczenie:

Dostaliśmy informację, że tzw. Związek Producentów Audio Video (faszystowska organizacja uzurpująca sobie monopolistyczne „prawo” reprezentowania producentów audio video w tym dziwnym kraju) zgłasza konta użytkowników portalu chomikuj.pl, którzy przechowują na nim utwory Kelthuza z jego wielu projektów. Interesujące, że te faszystowskie glizdy sądzą, że mogą ot tak grozić prywatnemu portalowi, i wymieniać dokładnie utwory Kelthuza – utwory nie objęte żadną ochroną „własności intelektualnej” świadomie przez ich twórcę i autora – jako naruszające prawo autorskie. Oficjalne oświadczenie Kelthuza: Każdy może przechowywać i kopiować moje utwory, rozpowszechniać i publicznie odtwarzać, a faszystów ze ZPAV należy wy**chać słoniami. (źródło)

Reasumując… Kelthuz ze ZPAV żadnej umowy nie podpisywał. Nie był też w żaden sposób informowany, że związek roztoczył nad artystą opiekę, by niczym PZPR zapewnić mu szczęście i dobrobyt. I kiedy Kelthuz podzielił się swoimi utworami w sieci, ZPAV wystąpił nagle jako ojciec artysty, no, powiedzmy ojczym, broniąc swojego maluszka i jego praw. Co więcej, okazuje się, że ZPAV na skutek umowy z ministerstwem ma prawo adoptować w ten sposób każdego artystę bez jego wiedzy i zgody. Jak to możliwe?

Oto odpowiedź, jaką otrzymał w tej sprawie Dziennik Internautów:

Zgodnie z Ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych Związek Producentów Audio Video chroniący prawa producentów działa na zasadzie domniemania prawnego. To znaczy, że o ile nie posada informacji o tym, że właściciel praw do danego nagrania muzycznego zrzeka się ich, przypuszcza, że takie nagranie podlega pełnej ochronie. Aby dane fonogramy nie występowały w postępowaniach ZPAV trzeba przesłać do Związku oświadczenie, że posiada się pełnię praw autorskich i pokrewnych do danych utworów i udostępnia je wg swojej woli – czyli na przykład każdemu za darmo. Oświadczenie takie można przesłać na adres mailowy: g.a.@zpav.pl. Po weryfikacji deklaracji, odpowiednie serwisy otrzymają odpowiednią informację. Powyższa procedura jest standardowa i zgodna z ustawą. Zdajemy sobie jednak sprawę, że działania takie mogą utrudnić funkcjonowanie zespołu w sieci, zapewniamy więc iż dołożymy wszelkich starań by jak najszybciej rozwiązać zaistniałą sytuację. (źródło)

Przetłumaczyć? Proszę bardzo. Otóż prawo polskie + ZPAV = konieczność udowadniania, że nie jest się wielbłądem. Znamy to już dobrze z wielu innych instytucji o skrótach typu US, ZUS, ZAiKS… Mimo to bawi mnie przeokrutnie ta odpowiedź, nota bene przygotowana przez prawnika. Co mnie w niej śmieszy? Następujące zdanie:

To znaczy, że o ile nie posada informacji o tym, że właściciel praw do danego nagrania muzycznego zrzeka się ich, przypuszcza, że takie nagranie podlega pełnej ochronie.

Pan prawnik może młody jest albo spał na zajęciach, skoro nie wie, iż nie istnieje w polskim prawie możliwość zrzeczenia się praw autorskich. Te bowiem są niezbywalne. Zrzec można się co najwyżej autorskich praw majątkowych. W dobie, gdy wielu twórców działa pro publico bono (spójrzcie, ile jest oprogramowania freeware, ile jest drmowych filmów, książek, teledysków, utworów muzycznych!), domniemanie, że każda kopia stanowi naruszenie autorskich praw majątkowych, jest deb… hmmm… powiedzmy, żenujące. A żądanie, by artysta musiał się spowiadać obcej instytucji z tego, że udostępnia coś za darmo, to już idiotyzm godny „Paragrafu 22” Hellera. Na podobnej zasadzie policja mogłaby zacząć aresztować na ulicy każdego, kto nie złoży pisemnego oświadczenia, że nie jest przestępcą.

Oczywiście, można tu cytować całą dalszą prawniczą paplaninę, ale po co? Owszem, ZPAV ma prawo adoptować twórców na siłę, bo sobie takie prawo załatwił, ale oznacza to tylko tyle, że mamy do czynienia z jakimś okrutnym bareizmem, które jednocześnie jest anachronizmem w czasach, gdy każdy z marszu może swoje utwory publikować w sieci.

Anna Rymsza (dobreprogramy.pl):

Powyższa sytuacja pokazuje kolejną kwestię, w której świadomość Organizacji Zbiorowego Zarządzania nie dorosła jeszcze do internetowej rzeczywistości. Prawidłowa procedura według ZPAV przewiduje, że autor sam powiadomi podmioty, w tym prywatne, że chce aby jego własne utwory były dostępne za darmo w Sieci. W czasach, gdy można coś nagrać i udostępnić w Internecie w kilka minut, taka procedura jest całkowicie pozbawiona sensu. Liczne osoby, które same wydają swoje utwory w Internecie, nie podpisują umów z żadnymi firmami czy organizacjami i prawdopodobnie w ogóle nie są świadome tego, że ZPAV rości sobie prawo do usunięcia dowolnego utworu. Jako podstawę do takiego zachowania uważa Art. 105 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Należałoby jednak zastanowić się nad wprowadzeniem do Ustawy zapisu o konsekwencjach takich działań ze strony OZZ. Zapisy takie istnieją w niektórych krajach i dzięki temu twórcy mogą skutecznie walczyć o swoje jeśli ich utwory, w zamyśle dostępne dla wszystkich, zostaną niesłusznie usunięte. (źródło)

Mała dygresja. W kontekście sprawy Kelthuza dziwi mnie bardzo, że ZPAV nigdy nie zablokował mnie, skoro publikowałem pod pseudonimem własne utwory muzyczne i teledyski np. poprzez torrenty czy Youtube. Jako użytkownik Bzyk powinienem już dawno być zablokowany za naruszenie praw autorskich pana Marcin M. Drewsa. Tymczasem przez kilka lat mojej działalności muzycznej, ZPAV jakoś nigdy się mą twórczością nie zaopiekował – nawet mimo pozytywnej recenzji w czasopiśmie „Teraz Rock”.

Czas zakończyć artykuł klamrą. Powracam więc do tezy postawionej na wstępie. Związek Producentów Audio Video jest wielkim wygranym. Dlaczego? Bo ma prawo rozporządzać cudzymi prawami, a rozsądek mieć na końcu jelita grubego.