57

Najlepiej sprzedający się telefon z Androidem to średniak Samsunga, dla Koreańczyków to bardzo zła wiadomość

Firmy analityczne powoli wypuszczają swoje raporty sprzedaży smartfonów za pierwszy kwartał 2020 r. Z zebranych danych wynika, że sprzedano w tym czasie około 270 - 280 milionów sztuk, z czego urządzenia z Androidem zgarnęły ponad 85% tego rynku. Najciekawszą informacją jest jednak to, jakie telefony sprzedawały się najlepiej. Jeśli weźmiemy na warsztat tylko rynek Androida, okaże się, że zdecydowanym liderem będzie  średnio-półkowy Samsung Galaxy A51. W pierwszej szóstce pojawił się tylko jeden flagowiec Samsunga z rodziny S20. W kontekście niedawnej premiery iPhone SE to bardzo zła wiadomość tak dla tej firmy, jak i pozostałych androidowych producentów z wyższej i średniej półki. Niewykluczone, że 2020 r. może okazać się finansowo czarnym rokiem Androida. 

Na początku dwa zastrzeżenia, do podanych tu poziomów należy podchodzić z pewną rezerwą, to dane szacunkowe i każda firma analityczna wykazuje trochę inne wartości. Niemniej badania tego typu dobrze pokazują ogólny obraz rynku i dominujące na nim trendy. Druga rzecz, artykuł nie traktuje o tym czy LCD Apple to technologiczny śmieć a OLED z średniaków wyświetla kolory, które za poprawne mógłby uznać tylko daltonista. Siła marki „iPhone”, niezależnie czy spowodowana przesłankami racjonalnymi czy sekciarskim, jest znacznie mocniejsza niż Samsunga, Xiaomi i Huawei razem wziętych i tylko to, na potrzeby tej analizy, jest ważne. 

 

 

Podział androidowego tortu

Co przemawia za tym, że firmy produkujące telefony z zielonym robotem mogą mieć w tym roku problemy? Przeanalizujmy pierwszą szóstkę z raportu firmy Strategy Analytics. Na pierwszym miejscy uplasował się kosztujący 1699 zł Samsung Galaxy A51, na kolejnym mamy Xiaomi Redmi 8 za 599 zł, dopiero na trzeciem miejscu mamy Samsunga Galaxy S20+ (ponad 4000 zł). Jednak za nim znów schodzimy niżej i mamy po kolei Samsunga Galaxy A20 (około 750 zł), Xiaomi Redmi 8 Note (około 800 zł) oraz Samsung Galaxy A10 (około 650 zł).

Jak większość z Was wie, na smartfonach zarabia się głównie na droższych i trochę na średnich modelach*. Dlatego widać bardzo dużą różnicę pomiędzy wielkością sprzedaży w sztukach a poziomem przychodów, a szczególnie dochodów, gdy robi się porównania typu „iPhone vs reszta świata”. Pojawienie się iPhone SE, poprzez siłę marketingową tej marki, uderza właśnie w tę półkę, na której pozostali producenci jeszcze coś zarabiają. Jak duża jest siła tej marki, najlepiej pokazuje raport firmy Canalys, uwzględniający sprzedaż smartfonów Apple. 

Apple wykrawa co lepsze kawałki

Jak widzicie, pomimo znacznie wyższej ceny i kompromisowej jak na ten poziom cenowy, budowy iPhona 11 (LCD, rozmiar, ramki, mniej aparatów), ten model pokonuje bez najmniejszego problemu androidową konkurencję, dystansując ją o kilka długości. Na tym wykresie nie został z oczywistych względów uwzględniony iPhone SE, jego debiut odciśnie swoje piętno dopiero na kolejnych kwartałach. 

Przy cenie na poziomie 2200 zł, Apple zaatakowało wszystkie androidowe średniaki kosztujące gdzieś pomiędzy 1500 a 2500 zł. Niewykluczone, że nawet i w tańszych rejonach zdoła co nieco ugrać. Patrząc na zakulisowe wypowiedzi analityków łańcucha dostaw, mówiące o tym, że popyt na iPhone SE jest znacznie większy niż się spodziewano, może się okazać, że księgowi konkurencji mogą mieć problem przy prezentacji wyników za kolejne kwartały. Najmocniej może odczuć to właśnie liderujący średniak od Samsunga, co dla tej firmy byłoby kolejnym ciosem, po porażce na rynku premium serii S20. Najmniej zagrożone całą sytuacją wydaje się być Xiaomi, którego model biznesowy ciągle opiera się o klasę niższą i sprzedaż równie tanich dodatków, choć cała sytuacja może mocno spowolnić ich imponujący marsz w górę.

Chińskie premium też nie jest bezpieczne

To nie koniec złych wiadomości, można przypuszczać, że klienci kupujący tańsze flagowce w typie OnePlus, to ludzie świadomie wybierający klasę premium, ale niegodzący się na ceny dyktowane przez Apple. O ile iPhone 11 może nie być dla nich atrakcyjny, to na jesieni ma pojawić się iPhone 12, według zapowiedzi Jona Prossera wystartuje z niższego pułapu cenowego i będzie miał więcej „markerów” premium, niż aktualny model. Przede wszystkim LCD zostanie zastąpiony przez OLED, co dla wielu klientów tej klasy produktów, może być kluczowym czynnikiem.

Jeśli nowe modele Apple odniosą duży sukces, co w przypadku iPhone SE już się dzieje, może się okazać, że producenci korzystający z Androida może i nie stracą zbyt wiele udziałów w rynku, ale struktura ich sprzedaży zostanie jeszcze bardziej zepchnięta w dolne rejony cenowe. To będzie oznaczać także kłopoty na rynku usług mobile, im droższy telefon tym łatwiej dosprzedać klientowi płatne dodatki, tym więcej aplikacji tacy ludzie są w stanie kupić.

Na to wszystko nakłada się jeszcze sprawa koronawirusa, która może spowodować, że ludzie dłużej będą trzymać stare telefony, o ile w nowych nie pojawi się coś naprawdę przełomowego. I tu też paradoksalnie wcześniejsza zachowawczość Apple może zaprocentować, zarówno SE, jak i mała 12-ka, wnoszą w swoich rewirach sporo nowości (oczywiście patrząc przez pryzmat marki, nie całego rynku).

Sprzedaż telefonów Google Pixel, koloryzowane

Czy te przewidywania się potwierdzą? Tego oczywiście nie wiemy, sytuacja dalej jest bardzo dynamiczna i niestabilna, ale wiele przemawia za takim scenariuszem. Wydaje się, że jedynym telefonem, który mógłby stanąć w szranki z iPhonem SE, mógłby być Pixel 4e, ale dziwaczna taktyka sprzedaży telefonów przez Google, niejako „spod lady”, raczej nie przyniesie mu sukcesu, szczególnie poza Stanami Zjednoczonymi. Być może dobrze wyceniony Samsung Galaxy S20e mógłby coś ugrać, ale przecież nie istnieje i na razie nie zapowiada się, żeby koreański gigant taki model planował. Na dziś pozostaje nam czekać na wyniki finansowe poszczególnych graczy tego rynku z kolejnych kwartałów, ale wydaje się, że Tim Cook dostał od losu szansę naprawy swoich błędów i zamierza ją wykorzystać.