12

To najlepsza odsłona serii! Recenzja Mortal Kombat 11

Mortal Kombat 11 zachwycało od pierwszego zwiastuna, choć nie każdemu przypadła do gustu muzyka w jaką oprawiono pierwszą animację. Twórcy mądrze pokazywali materiały z gry - nie zrobili tego za wcześnie, w odpowiednim czasie uruchomili również ograniczoną wersję testową. Napięcie zostało odpowiednio zbudowane - teraz zostaje zebrać ploty. Równo cztery lata - tyle musieliśmy czekać na nową odsłonę Mortal Kombat. Czy było warto? Myślę, że tytuł tej recenzji mówi wszystko.

Warto nawet dla samej historii

Mortal Kombat z 2011 roku pokazał, że można zrobić opowieśc w bijatyce. To znaczy historie w tego typu produkcjach pojawiały się prawie zawsze, jednak w 99% przypadków były wymyślane na kolanie lub ograniczały się do końcowych animacji albo pojedynczych slajdów po przejściu trybu arcade daną postacią. Mortal Kombat już od swojej pierwszej części otoczony był historią wielkiego turnieju, jednak cały „lore” musiał pojawiać się w materiałach zewnętrznych. W 2011 roku wszystko się zmieniło i jednym z najjaśniejszych punktów bijatyki, która wróciła z otchłani bagna i braku pomysłów był bez wątpienia wątek fabularny. Rozwinięcie pomysłów widzieliśmy w świetnym Mortal Kombat X, jednak tam story już tak bardzo mi nie podpasowało – przypomniałem je sobie nawet 3 tygodnie temu i podtrzymuję swoje zdanie – w dziewiątce „siadło mi” bardziej.

Tymczasem MK11 zachwyca opowieścią tak, jak MK9 osiem lat temu. Podoba mi się również, że to wciąż kontynuacja zapoczątkowanego wcześniej wątku. Raiden po zabiciu (czy jak wolicie – pokonaniu) Shinnoka przejął jego amulet. Artefakt zmienił go jednak nie do poznania – ze sprawiedliwego obrońcy ziemskiego wymiaru stał się tyranem, mordercą obsesyjnie zapatrzonym w misję obrony ludzkości. Jest tak źle, że do akcji wkracza niejaka Kronika, strażniczka…czasu. Działania Raidena tak namieszały, że chce ona wymazać go z kart historii z uwagi na zachwianie balansu dobra i zła. Jak możecie się domyślić, jej intencje nie są jednak tak czyste jak mogłoby się wydawać, ale ich zawiłości całkiem nieźle wyjaśnia cała opowieść.

Zobacz też: Wszystko, co trzeba wiedzieć o serii Mortal Kombat

Kronika miesza więc jeszcze bardziej łącząc przeszłość z teraźniejszością, przez co bohaterowie poznają…swoje młodsze wersje. Obserwujemy więc rozmowy dorosłego, dojrzałego Johnny’ego Cage’a z jego wcześniejszym, zawadiackim wcieleniem, a Cassie Cage widzi swoją matkę, która jest mniej więcej w jej wieku. Możecie się domyślić, że prowadzi do nie tylko do zabawnych sytuacji, ale również konfliktów. Nikomu jednak nie jest do śmiechu, bo plan Kroniki zakłada wymazanie aktualnej linii czasu, na co oczywiście obrońcy ziemi nie chcą pozwolić.

NetherRealm Studios nie rewolucjonizują wcześniej wymyślonego schematu i tryb opowieści to ponownie świetnie zrealizowane, ciekawe i całkiem długie scenki przerywnikowe przeplatane walkami. Niestety znikają sekwencje QTE, które w MKX może nie były specjalnie ambitne, ale nie sprawiały, że stawaliśmy się biernymi widzami filmików. Jakoś mi ich nie brakuje, ale zaznaczam, że to jedna ze zmian. Realizacja trybu opowieści stoi na najwyższym poziomie, wszystko ma tu ręce i nogi, nic nie wydaje się za długie czy przesadzone (a niektóre wątki w MKX sprawiały takie wrażenie). Kiedy zobaczyłem już napisy końcowe, licznik wewnętrzny gry pokazał dokładnie 6 godzin i 9 minut.

Czy jednak warto kupić Mortal Kombat 11 dla samej opowieści? Moim zdaniem tak, choć docenią ją tak naprawdę przede wszystkim osoby ogarniające uniwersum serii. No i szkoda podchodzić do niej bez znajomości dwóch poprzednich części – to nawet nie są nawiązania, a pełnoprawna kontynuacja historii. Tego typu tryby mają jednak jeden minus – równie dobrze można…obejrzeć historię w sieci. Jeden ze znajomych właśnie tak zrobił (filmy są już dostępne, gra pojawiła się w sklepach przed premierą). Czy coś stracił? Moim zdaniem tak, ale materiał na YT to wciąż fajna rzecz do obejrzenia jeśli nie planujecie kupić gry.

W Mortal Kombat 11 liczy się nie tylko opowieść

Nie umiem ocenić, co jest w MK11 ważniejsze, bowiem tryb story nie wydaje się być tu jedynie fabularnym dodatkiem. Ale z drugiej strony kto kupuje bijatykę dla 6 godzin zabawy, z czego więcej niż połowa to filmiki przerywnikowe? No właśnie – co więc czeka osoby, które zdecydują się na zakup nowej odsłony Mortala? Masa zawartości, choć oczywiście odpowiednio powtarzalnej, co jest standardową cechą bijatyk. Mamy tu klasyczne wieże, gdzie wspinamy się na sam szczyt pokonując kolejnych przeciwników. Ale mamy również wieże czasu, gdzie zamysł jest ten sam, jednak do kolejnych walk wprowadzane są modyfikatory, praktycznie zawsze działające na naszą niekorzyść. Podnosi to poziom trudności, ale i wprowadza urozmaicenie, dzięki czemu zabawa jest jeszcze fajniejsza. Generalnie warto przejść nawet najłatwiejszą standardową wieżę wszystkimi postaciami żeby zobaczyć co dany wojownik zrobi z mocą Kroniki. Na końcu wyzwania stoi bowiem właśnie ona, a zwycięzca przejmuje władzę nad czasem.

Granie w Moral Kombat 11 oznacza zdobywanie wewnętrznej waluty, którą następnie możemy wydawać w Krypcie na wyspie Shang Tsunga. Biegamy wtedy po lokacji i otwieramy kolejne skrzynie płacąc zarobionymi wcześniej monetami. Co z nich wypada? Różnie – często rozczarowujące duperele, ale również skórki postaci, które następnie możemy zakładać w odpowiednim edytorze. Tu niestety mam mieszane uczucia i zobaczę muszę sprawdzić, czy za kilka tygodni będę tam chciał jeszcze zaglądać. Spotkałem się z opiniami, że to sztuczne wydłużanie czasu gry – z drugiej strony jak zachęcić ludzi do ciągłego grania? Nie mówię oczywiście o osobach, które od razu wskakują do sieci i chcą tam pokazać, czego już się nauczyły. Bijatyka to nie sieciowe battle royale i producenci muszą kombinować jak zatrzymać mniej zaangażowanych graczy.

Zobacz też: Co powinieneś wiedzieć o serii Far Cry?

Mortal Kombat 11 to oczywiście również tryb walk sieciowych, gdzie skonfrontujecie swoje umiejętności z innymi graczami. Sprawdzałem go przed oficjalną premierą, ale wszystko już działało. Zapytacie pewnie czy są lagi, ale nie jestem w stanie na to jednoznacznie odpowiedzieć. Podczas samych starć nie czułem by kod przeszkadzał mi w płynnej i responsywnej rozgrywce, kilka razy darzyło się natomiast przycięcie przed rozpoczęciem drugiej rundy. Jak będzie później kiedy do gry wskoczą osoby z premierowymi kopiami? Czas pokaże, jestem jednak dobrej myśli. Nie ukrywam natomiast, że już teraz tryb online mocno zweryfikował moje umiejętności i choć dobierał mi sieciowych debiutantów, to odebrałem kila lekcji pokory.

Mamy też oczywiście starcia lokalne i jestem więcej niż pewien, że zagonię na kanapę wszystkich znajomych, którzy odwiedzą mnie w najbliższych miesiącach – to moim zdaniem kwintesencja bijatyk, w tym również Mortal Kombat. Jest też dość dziwny tryb Bitwy SI, gdzie wybieramy drużynę i określamy statystyki postaci i wystawiamy je do walki z automatami innych graczy. Nie do końca rozumiem po co znalazło się to w nowym Mortalu, ale wspominam. Jest też oczywiście fajny tryb treningowy, gdzie poznacie zarówno podstawowe ciosy i zagrywki, bardziej zaawansowane techniki, jak również potrenujecie fatality.

System walki w Mortal Kombat 11 to perełka

Nie jestem aż tak wytrawnym graczem poprzednich Mortali by wymieniać różnice względem wcześniejszych odsłon. Klasyczne już X-Ray’e zastąpiono jednak ciosami Fatal Blow i mam co do tej decyzji mieszane uczucia. Otóż wspomniane prześwietlenia wymagały naładowania specjalnego paska – naciskając jednocześnie oba spusty na padzie mogliśmy uruchomić mocny, świetnie wyglądający cios, który naprawdę zmieniał sytuację na placu boju, o ile oczywiście doszedł do celu i nie został zablokowany. Odpalała się wtedy brutalna animacja obfitująca w łamanie kości i ujęcia flaków. Fatal Blow wygląda podobnie, natomiast można go uruchomić dopiero przy końcówce paska zdrowia (spójrzcie na screen wyżej – Fatal Blow pojawi się gdy pasek zdrowia dojdzie do zgrubienia). Można go też użyć tylko raz na całą walkę dlatego warto przemyśleć czy faktycznie warto z tego ultramocnego ciosu skorzystać przy pierwszej rundzie. A jak wyglądają animacje? Niektóre są lepsze od fatalities, prawdziwa uczta dla oka, choć oczywiście brutalność stoi tu na bardzo wysokim poziomie.








Podobnie jak fatale animacje nie są jednak hmm…obleśne. Natomiast wciąż uważam, że osoby projektujące te fragmenty muszą mieć naprawdę chorą psychikę by wymyślić tak finezyjne tortury przeciwnika. Latają tam głowy, flaki, broń biała daje początek fontannom krwi. Absolutnie nie wpuszczajcie dzieciaków do pokoju.

Zobacz też: Tak „nagrywano” digitalizowanych wojowników w starych odsłonach Mortal Kombat

Sam system walki wydaje się bardziej dopieszczony, mniej zlagowany. Może to tylko moje odczucie, ale w poprzednich odsłonach czułem minimalne opóźnienie na linii kontroler – postać. Tu uczucie jakby znikało, choć to wciąż inna kontrola nad postacią niż w Tekkenie czy Street Fighterze. Tak jak jednak w każdej bijatyce trzeba poznać nie tylko ciosy i kombosy, ale również odpowiednie bloki na konkretne ataki, czasu podbicia postaci, dzięki czemu odpowiednio wymierzycie kolejne uderzenia tak, by przeciwnik nie miał szans na kontrę. Jak to w przypadku Mortali bywa – easy to learn, hard to master, ale o tym przekonacie się albo grając w sieci, albo oglądając profesjonalnych wojowników, którzy zamieszają swoje rozgrywki w sieci.

Mortal Kombat 11 wygląda obłędnie!

Od razu zaznaczę, że złapane przeze mnie screeny nie zachwycają. Z jednej strony to oczywiście kwestia 60 fps-ów, gdzie nie jest łatwo uchwycić przez PS4 kadru w bezruchu, z drugiej ta gra zupełnie inaczej wygląda w akcji kiedy nie jest statyczna.

Wspominałem, że przypomniałem sobie niedawno MKX. Obejrzałem też kilka filmów z MK9 i wiecie co? MK11 to zupełnie inny poziom oprawy. Grałem na PlayStation 4 Pro, w dodatku na OLED-zie Sony Bravia A1 z włączonym HDR-em i zbierałem szczękę z podłogi. Mortal Kombat 11 na takim zestawie wygląda obłędnie, dobry HDR naprawdę dużo daje jeśli chodzi o grę świateł i detale w ciemnych rejonach kadru. Dopieszczono tu zarówno modele postaci, jak i areny, na których przyjdzie nam walczyć. Te ponownie są w części interaktywne, raz na jakiś czas rzucicie więc kimś w przeciwnika albo wytrzecie jego twarz o igły rosnącego z tyłu kaktusa.

Grałem na PlayStation 4 Pro i jestem pod wrażeniem płynności rozgrywki, patrząc na sieciowe analizy framerate’u widzę stałe fps, więc jest świetne. Co ciekawe niekiepsko prezentuje się również i działa wersja na Nintendo Switch, dlatego cały czas zastanawiam się, czy nie iść dziś do sklepu i nie kupić kopii na przenośną konsolę Nintendo. Oczywiście gra wygląda gorzej, jednak mam w pamięci ogrywanie MK9 na PS Vita i wiem, że po chwili słabsza oprawa przestaje mieć znaczenie.

Mortal Kombat 11 przyjął delikatnie inny, trochę dojrzalszy styl graficzny. Wystarczy spojrzeć na Sony’ę Blade lub Kitanę – szczególnie na ubraną w niebieski strój księżniczkę, szczególnie w porównaniu z MK9. Jeszcze 8 lat temu była to nieźle umięśniona, mocno roznegliżowana panna z biustem i pośladkami na wierzchu. W MK11 nawet twarz stała się bardziej pospolita, uroda nie jest już standardowo-plastikowa, a kształty mniej pełne. Generalnie NetherRealm Studios zrezygnowało z eksponowania (często przerysowanych) kobiecych wdzięków – z drugiej strony część męskich bohaterów wciąż chodzi półnago. Nie przeszkadza to w ogóle w odbiorze gry, ale warto zaznaczyć tę zmianę stylistyki.

Werdykt

To najlepszy Mortal Kombat, w jaki grałem. Serio. Oczywiście trudno porównywać grę do trzech pierwszych części, jednak stawiając ją obok 9 i 10, najnowsza odsłona wydaje się najbardziej dopracowana i kompletna. Świetna historia, rozbudowane tryby dodatkowe, kapitalny system walki, niesamowita oprawa i przede wszystkim ogromna frajda po wyprowadzenia każdego ciosu. Bałem się odgrzewania starych pomysłów i zadyszki NetherRealm Studios, tymczasem nie ma się czego bać – to jest dokładnie taki Mortal Kombat, jakiego oczekiwaliśmy.

Druga opinia

Przez weekend równolegle do mnie Mortal Kombat 11 ogrywał również Artur Janczak – z tą różnicą, że na Xboksie One X. Co sądzi o nowej odsłonie kultowej serii?

Seria Mortal Kombat zawsze była mi bliska. Tym bardziej nie mogłem się doczekać nadejścia MK11. Choć pierwsze materiały wskazywały, że szykuje się godna kontynuacja, to nigdy bym nie przewidział, że najnowsza odsłona stanie się moją ulubioną. Ciężko jest mi wskazać jakiekolwiek wady. Oprawa, prowadzenie walk, ilość trybów, setki rzeczy do odblokowania. To nie jest tytuł na dwa wieczory. Do tego ta fabuła. Żadna bijatyka nie może się poszczycić tak angażującą kampanią dla pojedynczego gracza. Choć trwa raptem 5-6 godzin — w zależności od poziomu trudności — to jedynie wstęp do świata Mortal Kombat. Potem czekają na Was Wieże: klasyczne i czasu, rozbudowana sekcja sieciowa, a także ogromna krypta. Miałem możliwość rozkoszować się tym tytułem na Xbox One X i przyznaje, gra robi oszałamiające wrażenie. Jedynie przerywniki są w 30 klatkach na sekundę, ale w niczym to nie przeszkadza. Po ostatnim Tekkenie, Soul Calibur czy Dead or Alive, to właśnie MK11 stoi na szczycie. Piękne, dopracowane i niepowtarzalne. Jeśli chodzi o bijatyki, to poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko.

Ocena: 9/10