Militaria

MON tłumaczy się z zakupów w Korei. Myślenie życzeniowe ciągle w modzie cz. 1

Krzysztof Kurdyła
46

Po ogłoszeniu koreańskich „konkretów” zakupowych, sporo osób zajmujących się tematyką militarną wykonało gest „fecepalma”. MON, chyba zaskoczony takim obrotem sprawy, próbuje kontratakować, ale co zostanie z ich tłumaczeń, jeśli odrzeć je z buzzwordów i myślenia życzeniowego?

Damage control z przypadku?

Mówiąc o kontrataku mam przede wszystkim na myśli wypowiedź płk Płatka z Agencji Uzbrojenia, którą miała miejsce na YouTubowym kanale Jarosława Wolskiego. Ten ostatni co prawda zaznaczył, że rozmowa nie jest efektem działań typu „damage control” MON, rozmowa była dogadywana już wcześniej, ale mam wrażenie, że termin na jaki wojsko się zdecydowało, nie był przypadkowy.

Znając życie, przełożeni płk Płatka liczyli na entuzjastyczne przyjęcie tych wiadomości, a rozmowa miała być łatwa, miła i przyjemna. Tymczasem wyszło jak zawsze, a MON i tak ma szczęście, że ma na stanowisku rzecznika kogoś tak ogarniętego jak pan pułkownik, a twórca kanału nie ma w zwyczaju agresywnego dociskania rozmówców.

To kiedy ta wojna z Rosją?

Zajmijmy się jednak rozłożeniem na czynniki pierwsze tego, co pan pułkownik ujawnił, a ciekawych informacji jest tak naprawdę zatrzęsienie. Choć niektóre argumenty Agencji są delikatnie mówiąc kontrowersyjne.

Po pierwsze, rzuca się w oczy, że według MON, Federacja Rosyjska miałaby być mieć możliwość odbudowania swojego potencjału, w wręcz jego wzmocnienia, do stanów przedwojennych w terminie znacznie krótszym niż 15 lat. Tylko w ten sposób można interpretować chęć wariackiego, w ciągu 3 lat, uzupełnienia stanów armii za sprzęt, który pojechał na Ukrainę.

Szkoda, że pan pułkownik nie rozwinął tego, wydaje się kluczowego wątku, ponieważ jest to zdanie, z którym nie zgadza się większość polskich i zachodnich specjalistów. Dodajmy, szczególnie nie tych od militariów, ale zajmujących się analizą rosyjskiego przemysłu i technologii, stojących za ich bazą produkcyjną.

Czyżby więc według MON, rosyjska armia, ściągająca obecne coraz bardziej egzotyczne składaki czołgowe, montowane na szybko z tego co się sprawne znajdzie na rozkradzionych i źle zabezpieczonych składach strategicznych miała być gotowa do ataku na kraj NATO w przeciągu 5 - 6 lat?

Cóż, jeśli MON-owi jakimś cudem wyszło, że Rosja jest w stanie przeprowadzić taki technologiczno-przemysłowy bliztkrieg, to radzę go skopiować i wdrożyć w Polsce. Będzie to kiedyś w podręcznikach jako przykład perfekcyjnej rewolucji przemysłowej.

Moim zdaniem nikomu tak nie wyszło, a decyzje na samych szczytach robione są pod wybory. Wojskowi przyklaskują, licząc zapewne (można to zrozumieć po degrengoladzie ostatnich dekad), że jeśli czegoś zamówi się medialnie 100 szt., a koniec końców do wojsko dotrze 50, to i tak będzie dobrze. A skąd... a to już wojskowych nie interesuje.

Trzech muszkieterów

Jednym z trudniejszych rzeczy do ogarnięcia dla wielu osób, jest koieczność traktowanie armii, przemysłu zbrojeniowego i budżetu państwa, jako jednego systemu naczyń połączonych. Systemu w którym wielokrotnie trzeba iść na kompromisy tak, aby z ograniczonych przecież środków wystawić jak najbardziej sprawną i skuteczną armię.

Nie przypadkowo nie używam tu słowa wyposażoną w najlepszy sprzęt. Ten czasem może być gorszy niż to co jest obecnie na rynku, ale takie poświęcenie w jednym miejscu, w innym powinno z naddatkiem ten kompromis uzasadniać. Myślenie o kompromisach, patrząc choćby na plany z K2 i szczególnie FA-50 MON-wi obce nie jest, tyle że narzucona sobie presja czasu powoduje, że kompromisy zawiera się nie ze względu na umiejętne wykorzystanie środków i zdolności przemysłu, a możliwe daty dostaw. Cóż, moim zdaniem to ogromny błąd, za który zapłacimy jako państwo ogromną cenę.

Lepsze czy nieco mniej lepsze

Przejdźmy teraz do sprzętu i zaczniemy od największej kontrowersji, czyli zabijania Kraba i zastępowania go koreańskim K9. Uzasadnieniem dlaczego zamiast rozwijać obecnego Kraba sami i zwiększać moce produkcyjne HSW do wymaganych poziomów idziemy w długoletnią współpracę z Koreą, jest „brak nowoczesności”.

Chodzi o to, że Korea od lat opracowuje pełny (dla pocisków i ładunków miotających) automat ładowania, pozwalający na prowadzenie szybszego ognia (choć tu trzeba pamiętać, że w tej kwestii są też inne ograniczenia) i pozbycie się dwu członków załogi. Taki K9A2 będzie lepszą haubicą od Kraba.

Jeśli nic się nie wysypie po drodze, będzie K9A2 gotowy gdzieś w okolicy 2027 r. To oznacza, że bazujące na nim K9PL, produkowane w całości w Korei zaczną pojawiać się najwcześniej w tym roku. Produkcja w Polsce ruszy na pewno później, nikt nie wdraża nowego produktu w dwu zakładach równocześnie, szczególnie gdy jeden z nich nie jest pod pełną kontrolą producenta...

To równocześnie oznacza, że HSW (lub inny zakład) będzie musiał wdrażać produkcję dwu nowych typów haubicy w krótkim okresie czasu. Dlaczego? Według słów płk Płatka pierwsze polskie K9 będą „bliższe A1”, a dopiero później przestawią się na produkcję A2.

Jednocześnie trzeba zdawać sobie sprawę, że prawa intelektualne do każdego z tych K9PL będą praktycznie w 100% (poza polonizowanymi systemami łączności etc.) należeć do Koreańczyków. Tymczasem HSW opracowywała dla Kraba automat dla pocisków, którym jednak MON nie było zainteresowane.

Można jednak uznać, że takie rozwiązanie, z całkowici polskim know-how jest szybko osiągalne. Trzeba w takiej sytuacji wyważyć, czy 1 członek załogi mniej i trochę większa szybkostrzelność, jest warta zabicia produktu, który samodzielnie już rozwinęliśmy i którego polonizację (czyt. pozbywanie się opłat licencyjnych) jesteśmy w stanie tylko zwiększać.

Dla Kraba wiadomo już jak skonfigurować kolejne zrobotyzowane linie, ogarnięto wszystkie choroby wieku dziecięcego. Jesteśmy w tym miejscu, który pozwoli uzyskać na nim efekt skali, albo uczyni go kolejnym drogim, małoskalowym programem, którym przeciwnicy polskiej zbrojeniówki będą uzasadniać zakupy z półki lub pełne licencje.

W przestrzeni publicznej pojawiają się też w kontekście rozwoju produkcji Kraba „argumenty”, że się nie da. Że produkcja sensownej ilość Krabów jest niemożliwa, ponieważ czas, ponieważ za mało inżynierów, ponieważ kooperanci nie dają tego czy tamtego.

OK, tylko jeśli to wszystko prawda, to jak wyobrażacie sobie równoległe postawienie od zera fabryki czołgów III generacji do 2026 r. O takim planie wspomina płk Płatek. Jeśli do tego czasu powstanie prosta montownia, do której będą przychodzić całe skorupy do wyposażenia w polskie systemy elektro-optyczne i łączności to już będzie można się cieszyć.

Swoją drogą, dziwne że w MON nikt nie zauważa, że Koreańczycy bardzo chętnie oferują zaskakująco krótkie terminy tylko tych w miejscach, w których za ich spełnienie będziemy w dużej mierze współodpowiedzialni.

Warto też zapytać, dlaczego pójście w armatohaubice uzasadniamy tym, że musimy mieć najlepszy i najnowocześniejszy sprzęt, a już czołg może być taki sobie i nie spełniać sensownych warunków stawianych wcześniej w programie Wilk? Tutaj narracja szybko została dopasowana do tego, co na półce ma Korea i nagle to niska waga czołgu stała się game-changerem. Trochę się go dopancerzy, jak K2NO, i jakoś to będzie.

Do tematu K2 wrócę jednak w kolejnej części tego artykułu, niestety ogrom informacja z tego wywiadu nie pozwala na jego bardziej kompaktową formę. Kończąc temat K9, moim zdaniem nie ma na dziś w polskiej zbrojeniówce nic, co pozwalałoby nasze zakłady podnieść na wyższy poziom, oprócz właśnie Kraba.

K9PL bazujący na A2 jest i tak na tyle odsunięty czasowo, że zamiast kupować teraz „gap fillery”, jak to poetycko nazwał płk Płatek w postaci K9A1, powinniśmy zrobić wszystko, aby postawić kolejne linie, a HSW dostała żeby dostała pieniądze na R&D z prawdziwego zdarzenia. To ostatnie to jedyna droga, która pozwala uzależnić się od zagranicznych podwykonawców, od których wpływu koreański K9 zresztą też nie jest wolny.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu