Felietony

Moja jedyna opcja na internet w lesie zhakowana…

Alina Mróz-Wiśniewska
15

Według mojego redakcyjnego kolegi “każdy ma internet”. Jak się jednak okazuje: niekoniecznie, bo wciąż istnieją na naszej mapie plamy bez dostępu do sieci. Albo miejsca w końcu szczęśliwie podłączone, ale - ze względu na ostatnie wydarzenia - na krótko. O czym sama się przekonałam…

Uroczy domek w lesie do niedawna bez szans na neta

Tak się nieszczęśliwie składa że letni domek moich rodziców znajduje się w otoczonej lasem i jeziorem dolinie. Jest zdecydowanie najniższy ze wszystkich okolicznych domków a rodzice wiele lat temu posadzili wokół niego drzewa, które teraz mają wysokość niskich bloków mieszkalnych. Żeby odbyć rozmowę telefoniczną trzeba iść na położoną kilkadziesiąt metrów dalej “górkę” a i tak nie zawsze da się połączyć i zrozumieć rozmówcę. W samym domku nawet o odbiorze sms-ów nie ma mowy. Przetestowałam wszystkich operatorów komórkowych i urządzenia z różnymi antenami. Wszystko na nic. Z czasem przyzwyczailiśmy się, że w tym miejscu wpadamy w dziurę bez telefonii i neta. Odpuściliśmy dalsze poszukiwania rozwiązań.

Światełko w internetowym tunelu

Jakiś czas później postanowiliśmy powalczyć z tematem na nowo. Najpierw w ruch poszedł router z T-mobile. Nie zadziałał. Potem dokupiliśmy do niego antenę zewnętrzną i powiesiliśmy na dachu. To również nie widziało żadnego z dwóch pobliskich BTS-ów.

Ostatnią deską ratunku okazał się działający wtedy od niedawna w Polsce internet satelitarny TooWay. Po sprawdzeniu lokalizacji podpisałam umowę i otrzymałam potrzebne urządzenia. W zestawie znajdował się talerz, transponder, wieszak do talerza, modem z routerem wifi, 20 metrów kabla koncentrycznego, zasilacz i instrukcja. Za pierwszym razem powiesiliśmy talerz na domku, ale drzewa zasłaniały satelitę, więc nie udało się połączyć. Dopiero po przewieszeniu talerza na altanę się udało. Po odpaleniu modemu w trybie konfiguracji transporter zaczął piszczeć, co oznaczało, że jesteśmy blisko. Po odpowiednim ustawieniu talerza w kierunku satelity KA Sat transponder w końcu zaczął wydawać jednostajny dźwięk, czyli się udało!

A jednak internet w dolinie nie działa

Po kilku miesiącach internet przestał nagle działać. Niby wszystko było ze sprzętem ok, ale przestał wyszukiwać satelitę. W czasie włączania system przechodził przez trzy etapy łączenia gładko, a w ostatnim wracał do początku. I tak w kółko. Wina spadła na wzrost wysokiego świerka, który znajdował się mniej-więcej na linii talerz - satelita. Czubek drzewa został sporo podcięty a problem pozostał. I dopiero po kontakcie z dostawcą okazało się że to awaria sprzętu, którą zarejestrowali również u siebie. Natychmiast wysłano nam poprawnie działający transponder. A my już chwilę potem cieszyliśmy się z powrotu sieci.

Wojenna awaria

Szczęście nie trwało jednak długo. 24 lutego, czyli w dzień ataku Rosji na Ukrainę, dioda na modemie znowu przestała mrugać. I jak donosiły media połączenie z internetem straciło nie tylko kilkadziesiąt tysięcy użytkowników takich jak ja, ale i m.in. 5800 niemieckich turbin wiatrowych. Niebawem mejlowo poinformowano mnie, że - według oficjalnego oświadczenia od właściciela satelity i dostawcy sieci, firmę Viasat - “przyczyna awarii nie jest do końca jasna, ale możemy zapewnić, że wraz z naszymi partnerami z Viasat pracujemy przez całą dobę, aby rozwiązać ten problem”. Niestety już 10 dni później podano że “istnieją przesłanki, że może to być incydent cybernetyczny” związany z inwazją Rosji na Ukrainę. A dzień potem wiadomo już było że problemu nie da się rozwiązać zdalnie i potrzeba wymienić dziesiątki tysięcy modemów, którym fałszywa aktualizacja wykasowała oprogramowanie. W tzw. międzyczasie próbowałam zalogować się na swoje konto - bezskutecznie. 18 marca dostałam wiadomość z prośbą o potwierdzenie adresu do wysyłki sprawnego urządzenia. I cisza. A mamy koniec marca. Gdyby ten talerz był jedynym moim źródłem internetu i pracowałabym z domu, to byłabym wściekła. Co sprytniejsi podmienili sobie zhakowane modemy na inne i z neta korzystają nadal. Jakoś nie wpadłam niestety wcześniej na to, żeby mieć taki sprzęt na wypadek awarii…

Jeśli nie TooWay, to co?

Tysiące odbiorców internetu satelitarnego szuka teraz bardziej stabilnego rozwiązania. Starlink od SpaceX i Elona Muska jest na pewno rozwiązaniem najwygodniejszym, bo ustawia się praktycznie sam. Poza tym korzysta z własnych satelitów i modemów, więc atak na Tooway klientów Muska nie dotknął. Właśnie dzięki niezależności rozwiązania Starlink mógł niemal natychmiast wspomóc Ukrainę w dostępie do sieci. No i wszystko pięknie, ale cena powala. A innej możliwości na dostęp do sieci w leśnej dolinie wciąż brak. Czekam więc na rozwój sytuacji z TooWay u mojego obecnego dostawcy. Na to rozwiązanie jestem niestety skazana.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu