23

Miłość, śmierć i roboty to najlepsze, co ostatnio wypuścił Netflix

Wielokrotnie pisałem, że Netflix stał się dla mnie domem dla anime i to dzięki niemu powróciłem do konsumpcji tego typu treści. Bardzo udana Castlevania, przeurocza Aggretsuko, czy świetne Hi Score Girl to tylko kilka z tytułów, którym ostatnio poświęciłem czas. Nie ukrywam, że mocno czekałem na Miłość, śmierć i roboty. Wiecie co? Było warto.

Choć Miłość, śmierć i roboty wygląda w serwisie jak klasyczny serial, to jednak nim nie jest. Mowa tu raczej o antologii krótkich, niepowiązanych ze sobą osiemnastu animacji, z których każda opowiada inną historię i zrealizowana jest w inny sposób. Mają jednak jeden element wspólny – kręcą się wokół fantasy, science-fiction, cyberpunku i horroru, czasem sięgając po jakieś komediowe akcenty.

Miłość, śmierć i roboty to uczta dla oczu

Za każdy z krótkich, maksymalnie kilkunastominutowych odcinków odpowiedzialny jest ktoś inny. Mamy tu zarówno nasze polskie Platige Image, ale i Tima Millera czy Davida Finchera. Co więcej, różne odcinki zrealizowane są w różny sposób. Dostajemy więc zarówno klasyczną kreskę, jak i rewelacyjne CGI – w kilku przypadkach naprawdę zapierające dech w piersiach na tyle mocno, że zacząłem podważać sens kręcenia zwykłych filmów z aktorami. Jedna z opowieści pokazuje prawdziwych ludzi, ale nie będę ukrywał, że przez kilka pierwszych kadrów dałem się nabrać i myślałem, że to kolejna trójwymiarowa animacja. Poza kilkoma wyjątkami, odcinki trzymają niesamowicie wysoki poziom wizualny i choćby dla niego na pewno wrócę do niektórych opowieści.

Zobacz też: Najlepsze filmy science-fiction

Czy jednak fabularnie też jest tak dobrze? To zależy. Choć trudno odnieść wrażenie, że opowieści w tych krótkometrażowych działach były tylko przykrywką by pokazać umiejętności realizatorskie, to nie znajdziecie tu niczego, co zmieni Wasz światopogląd, zmusi do głębszych refleksji czy wystrzeli z kapci. Owszem, niektóre zakończenia robią wrażenie, ale nie znajdziecie tu drugiego Matriksa.

Dostaniecie natomiast skondensowaną dawkę krwi, przemocy, nagości i seksu od którego twórcy większości animacji nie stronią – ba, robią z nich mocny środek wyrazu. To nie jest seria dla młodszego odbiorcy i +18 jest tu jak najbardziej na miejscu. W żadnym przypadku autorzy nie jadą jednak na taniej kontrowersji i zawsze mają one swoje usprawiedliwienie. Nawet kiedy krew sika hektolitrami albo z korpusów odpadają głowy.

Miłość, śmierć i roboty – moje typy

Myślę, że przy 18 animacjach każdy wytypuje najlepsze jego zdaniem opowieści, natomiast mi najbardziej do gustu przypadły – Sonnie ma przewagę, w którym cyberpunk wylewa się z ekranu hektolitrami. Świadek zachwyca niesamowitą animacją i ciekawie zaprojektowaną opowieścią. Mechy można uznać za klasyk, który docenią fani wielkich robotów i walki z nacierającymi hordami potworów. Za szczeliną orła i Zmiennokształtni rzucają na kolana jakością animacji, podobnie jak Szczęśliwa trzynastka i Tajna wojna. Tak, to zdecydowanie moje ulubione odcinki, do których wrócę jeszcze kilka razy próbując wyłapać kolejne smaczki i pozachwycać się wizualizacjami. I tu drobna rada, nie oglądajcie tego na telefonie, nawet jeśli uważacie, że to najlepszy ekran na rynku mobile. Mnie trochę kusiło, ale ostatecznie zdecydowałem się obejrzeć wszystkie opowieści na dużym OLEDzie Sony i zdecydowanie polecam wykorzystać telewizory, które macie u siebie, nie zaszkodzi też podpiąć jakiś lepszy sprzęt audio lub słuchawki – tak moim zdaniem powinno się konsumować Miłość, śmierć i roboty.

Zobacz też: Najlepsze anime na Netflix

Dlaczego to takie krótkie?

Z jednej strony niektóre odcinki tego “serialu” mnie zachwyciły, z drugiej natomiast pozostawiły spory niedosyt. Kilka z nich chciałbym zobaczyć jako całą serię, poznać wcześniejsze i dalsze losy bohaterów – bowiem kilkanaście minut to zdecydowanie za mało by wkręcić się w klimat i zbudować jakąkolwiek więź z bohaterami. Takie na przykład Mechy pokazuje ciekawy świat, który chciałbym poznać. Dowiedzieć się skąd w zasadzie rolnicy mają wielkie roboty, dlaczego żyją tam gdzie żyją i czy ich codzienność zawsze wyglądała tak samo. Podobnie pierwszy odcinek, czyli Sonnie ma przewagę. Opowieść o dziewczynie, która kieruje wielkim stworem i mierzy się z innymi podobnymi kreaturami na ringu wygląda na świetne podwaliny do samodzielnego serialu. Było mi zwyczajnie przykro, że historia kończyła się tak szybko, animacje wydawały się częścią czegoś większego. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich filmów, jednak w większości ta krótka forma wywołuje niedosyt – ale może taki był zamysł już na etapie pisania scenariusza.

Zdecydowanie warto

Nie każdy odcinek Miłość, śmierć i roboty jest świetny. Ba – takie na przykład Historie alternatywne, gdzie widzimy co mogłoby się stać gdyby Hitler zginął przed wybuchem II wojny światowej są kiepskie. Podobnie historia jogurtu, która również odstaje od reszty na w zasadzie każdej płaszczyźnie. Miłość, śmierć i roboty to jednak kapitalna uczta dla nerdów/geeków, którzy będą szukać nawiązań do znanych dzieł popkultury, zrozumieją klimat i dadzą się porwać tym lepszym lub gorszym historyjkom. Dawno nie widziałem żeby coś opatrzone logo Netflix wyszło tak dobrze. Świetna odmiana po mocno przeciętnej, ale za to konkretnie promowanej Potrójnej granicy.