Autorem poniższego tekstu jest Łukasz Banach Zapewne część osób kojarzy moje nazwisko (dobrze bądź źle) ze sceną startupową a konkretnie ze, świętej pamięci, Monetto.pl. To, zamknięty ponad 3 lata temu projekt, z którego chciałbym się rozliczyć i podzielić się z Wami doświadczeniami z pracy nad nim. Obecnie zajmuję się selekcjonowaniem, kierowaniem i przygotowywaniem projektów w […]

Autorem poniższego tekstu jest Łukasz Banach

Zapewne część osób kojarzy moje nazwisko (dobrze bądź źle) ze sceną startupową a konkretnie ze, świętej pamięci, Monetto.pl. To, zamknięty ponad 3 lata temu projekt, z którego chciałbym się rozliczyć i podzielić się z Wami doświadczeniami z pracy nad nim. Obecnie zajmuję się selekcjonowaniem, kierowaniem i przygotowywaniem projektów w Dziale Rozwoju Biznesu w Wirtualnej Polsce.

Mając na uwadze zupełnie odmienne doświadczenia: rozwijania własnej firmy oraz pracy dla tzw. „korporacji”, postaram się podzielić z Wami swoimi refleksjami.

Dziękuję Grzegorzowi za możliwość gościnnego występu na jego stronach. W kilku wpisach postaram się przekazać doświadczenia, ciekawe historie i sporo wskazówek.

Dziś – o startupach:

Tworzenie startupu (modne dziś słowo) albo po prostu własnego projektu (tak, tak – budka z hamburgerami to też startup!) – to ciężka praca, nierzadko na oślep. W Polsce, inaczej niż chociażby w USA nie mamy zwyczaju rozpatrywać nieudanych projektów w kategoriach cennego doświadczenia. U nas jest czarno – biało: sukces lub porażka. A przecież, wedle wszelkich dostępnych danych – 1 lub 2 na 10 odpalonych startupów okazują się JAKIMKOLWIEK sukcesem.

W Krzemowej Dolinie, ludzie stojący za sukcesami dzisiejszych projektów mają za sobą nierzadko 10 i więcej porażek (albo: cennego doświadczenia). To, co pozytywne w ostatnim czasie – mamy naprawdę dużo większy rynek „mentorów” i ludzi z doświadczeniem niż 5-6 lat temu, kiedy tworzyłem Monetto. Mamy także o niebo więcej pieniędzy na rynku (funduszy, inkubatorów i innych tworów). Starajmy się więc rozsądnie korzystać z cennych rad, case studies, branżowych imprez i funduszy. Na marginesie – obawiam się nieco przegrzania tematu, wskutek nadmiaru wszelkiego rodzaju startupowych „festiwali” ostatnimi czasy.

Każdemu, absolutnie każdemu, doradzam zmierzenie się z własnym, najmniejszym choć, projektem. Nic bowiem nie da Wam większego doświadczenia, poczucia satysfakcji, poznania zagadnień organizacyjnych czy prawnych. Jeśli projekt się nie powiedzie – dostaniecie cenne umiejętności, które możecie wykorzystać podczas pracy nad kolejnym przedsięwzięciem albo użyć jako atut na rynku. Czas nie pójdzie na marne – to także inwestycja w Was samych.

Polak mądry po startupie – rad kilka:

Po pierwsze – wybierajcie inwestora, który zapewni Wam (oprócz pieniędzy) kontakty. Najlepiej rozglądajcie się za takim, który ma w swoim portfolio projekty albo kadrę zarządzającą z sukcesami w obszarach zbliżonych do Waszego pomysłu. Zainteresowanie inwestora Waszym projektem to nie złapanie Pana Boga za nogi. Pamiętajcie, że pieniądze inwestora muszą pracować i musi on je gdzieś lokować. Czasem w lepsze, czasem w gorsze pomysły. Inwestycja w Wasz projekt to jeszcze nie oznaka Waszego geniuszu i żadna gwarancja dalszego powodzenia projektu.

Idąc do potencjalnego inwestora, pamiętajcie, że jest/może być dla Was partnerem. Ani Bogiem ani skarbonką. On ma kasę, Wy macie (być może) rewelacyjny pomysł. Rozmawiajcie, jak równy z równym. Macie go przekonać do swojej wizji, pokazać pasję. Sypanie głowy popiołem i kłanianie się w pas od drzwi to ogromna głupota. Co innego słuchanie rad i wskazówek.

Po drugie – bądźcie absolutnie przekonani o powodzeniu własnego projektu. Tak jakbyście mieli zainwestować w niego swoje ostatnie pieniądze. Wciskanie kitu inwestorowi o różowych perspektywach źle świadczy zarówno o Was jak i ludziach pracujących w funduszu.

Po trzecie – róbcie absolutne MPV projektu. To ogromna pokusa stworzyć „kombajn” od razu.

Tylko po co? Wydacie górę pieniędzy, stracicie mnóstwo czasu (a po drodze ktoś Was wyprzedzi) a na końcu okaże się, że dla Waszych użytkowników/klientów ważne jest coś zupełnie innego (w Monetto postawiliśmy na wiarygodność, a okazało się, że użytkownicy nie byli tym prawie w ogóle zainteresowani. Chcieli za to dużo większej swobody, nawet za cenę wyższych kosztów usługi).

Po czwarte – SPECYFIKA LOKALNEGO RYNKU. Na nic Wasze prognozy i piękne wykresy bazujące na danych zza oceanu. Polak i polski rynek jest inny. Social lending nie powiódł się nie dlatego, że w Polsce jest tak dużo oszustów i kiepska spłacalność pożyczek. Nie powiódł się m.in. dlatego, że nasz system bankowy nie pozwala na weryfikację, oznaczanie i odrzucanie takich osób oraz, ewentualnie – szybkie odzyskiwanie należności.

Zamiast szybkiego klona i euforii odkrycia Ameryki, zastanówcie się czy sami byście skorzystali z takiej usługi od nowego, nieznanego podmiotu na rynku. Nawet jeśli ten projekt odpowiada na Wasze rzeczywiste potrzeby nie oznacza to, że nie ma barier, które powstrzymają ludzi przed skorzystaniem z niego.

Po piąte – reagujcie natychmiast. Pivot (kolejne mądre słowo) – Wasz przyjaciel. Jeszcze w 2008 roku, patrząc na ówczesne wyniki Monetto i kryzys na rynkach finansowych, zaproponowałem inwestorowi pivot w kierunku dzisiejszego Walutomatu. Niestety, w swoich przekonywaniach nie byłem wystarczająco silny – widzicie, gdzie jest teraz Monetto, a gdzie Walutomat.

Po szóste – projekt z inwestorem to nie darmowy kredyt na samochód czy mieszkanie. To szansa i nic więcej. Jeśli ją wykorzystacie – stać Was będzie na kilka samochodów i posiadłości na Kajmanach. Jeśli nie – prędzej spodziewajcie się problemów niż łatwej ucieczki z projektu. Aha – i nie liczcie wtedy na pomoc inwestora.

W kolejnych wpisach przekażę Wam najważniejsze różnice, doświadczenia i kilka ciekawych historii z korporacyjnego polskiego podwórka oraz rady jak pozyskać kapitał czy rozpocząć współpracę z takimi gigantami, jak WP.PL.

Obrazek

O autorze:

Project Manager w Dziale Rozwoju Biznesu WP.PL
Entuzjasta rynku mobilnego, fan Apple, były startupowiec. Szczęśliwy posiadasz fotogenicznych kotów.