HDR to jedna z najpopularniejszych technik fotograficznych ostatnich czasów. Choć często krytykowana za jej nadużywanie lub niepoprawne stosowanie, w rękach wytrawnych specjalistów pozostaje znakomitym narzędziem! Pomaga bowiem poprawić zdjęcie, by wyglądało dokładnie tak, jak obraz widziało nasze oko, czulsze i bardziej tolerancyjne od matrycy aparatu. Takim specjalistą bardzo szybko może stać się praktycznie każdy – […]

HDR to jedna z najpopularniejszych technik fotograficznych ostatnich czasów. Choć często krytykowana za jej nadużywanie lub niepoprawne stosowanie, w rękach wytrawnych specjalistów pozostaje znakomitym narzędziem! Pomaga bowiem poprawić zdjęcie, by wyglądało dokładnie tak, jak obraz widziało nasze oko, czulsze i bardziej tolerancyjne od matrycy aparatu. Takim specjalistą bardzo szybko może stać się praktycznie każdy – dzięki wsparciu znakomitego polskiego oprogramowania Machinery.

Dwa słowa do tych, którzy nie chcą czytać dalej, bo mają złe doświadczenia i HDR przyprawia ich o gęsią skórkę. Technikę tę najlepiej porównać do gry na skrzypcach. Kiedy na scenę wychodzi Konstanty Andrzej Kulka lub Nigel Kennedy (ba, nawet Zbyniu Wodecki!), słyszymy boskie dźwięki, które potrafią wycisnąć łzę z naszego serca. Tymczasem gdy w mieszkaniu obok 10-letni syn sąsiadów co dzień rzępoli, bo dopiero zaczął się uczyć, mamy ochotę związać mu ręce i nogi, wywiesić z balkonu głową w dół, a z jego skrzypiec zrobić packę na muchy. Jednorazową.

To prawda. Zalew taniego oprogramowania do tworzenia zdjęć HDR lub skomplikowany interfejs profesjonalnego softu powodują, że zwycięża amatorszczyzna lub, powiedzmy to sobie wprost, zły smak i brak gustu. Ale przecież niewprawny użytkownik nie może być wizytówką techniki, tak jak brzydkie, a często wręcz potworne kolaże nie są wizytówką możliwości Photoshopa.

Fatalne i pozbawione gustu kolaże nie świadczą źle o Photoshopie, lecz o użytkownikach – autorach tych prac

Momencik, ale co to w ogóle jest HDR?

Zapytają niektórzy. Już wyjaśniam. HDR to skrót od słów high dynamic range określających specjalną technikę poprawy dynamiki światłocienia i kolorystyki fotografii. Innymi słowy pozwala ona na zwiększenie rozpiętości tonalnej względem tej, którą oryginalnie ma nasza światłoczuła matryca. Zależnie od potrzeb, zdjęcia można urealniać lub odrealniać!

Najlepiej wytłumaczyć to na prostym przykładzie, z którym większość z nas miało w życiu do czynienia.

Wybraliśmy się na wycieczkę. Stoimy na rynku – w Wiedniu, Wrocławiu czy Sandomierzu. Pogoda jest doskonała. Świeci słońce, po błękitnym niebie leniwie płyną piękne białe cumulusy. Jedna pierzeja zabytkowych kamienic skąpana jest w świetle, druga tonie w cieniu. Nasze oko ma cudowną zdolność adaptacji. Wyraźnie widzimy wszystkie szczegóły – bogactwo kolorów, detale jasnej i ciemnej strony otaczających nas budowli. To po prostu trzeba uwiecznić!

Sięgamy po aparat, robimy zdjęcie, poziom naszego zadowolenia wzrasta wydatnie. Po powrocie do domu podłączamy aparat do komputera, ściągamy zdjęcia i… klops. Zależnie od tego, jak nasz aparat dokonał pomiaru, otrzymujemy zdjęcie prześwietlone lub niedoświetlone.

Przepalone niebo albo niedoświetlone obiekty – nie tak widziało to nasze oko…

Albo widzimy piękne niebo, chmury i jasną stronę budynków w znakomitej jakości, ale ciemna pierzeja zamienia się w rachityczną czarną bryłę, albo też jest ona dobrze widoczna, ale jasne budynki i niebo zamieniają się w białą blachę. No jak to tak, dlaczego? Przecież widzieliśmy wyraźnie wszystko, szafa grała jak z nut! Dlaczego więc wykonane wtedy zdjęcia nadają się wyłącznie do kosza?

To proste. Matryca światłoczuła nie ma tak wysokiej tolerancji i szerokiej rozpiętości tonalnej jak nasze oko. Aparat nie jest w stanie zrównoważyć bardzo jasnych obiektów i tych schowanych w głębokim cieniu. Dlatego też najlepsze fotografie uzyskać możemy w zasadzie tylko przy świetle rozproszonym, czyli wtedy gdy zwarta warstwa chmur przewodzi je w miarę równomiernie, zmniejszając kontrast otoczenia. Zgrabnie tłumaczy to serwis Wikibooks:

 Przy większej rozpiętości rozłożenia światła fotografowanej sceny nie do uniknięcia jest niedoświetlenie lub prześwietlenie części kadru. Dobrej jakości klisze fotograficzne posiadają większą skalę czułości (do ok. 8 EV), ale i one nie potrafią poprawnie odwzorować scen o bardzo skrajnych światłocieniach. Tymczasem oko człowieka potrafi się dostosować do nawet skrajnych warunków oświetleniowych – stąd zdjęcia wykonywane w takich warunkach wyglądają inaczej niż może te same sceny zobaczyć człowiek. (źródło)

Z pomocą przychodzi nam technika HDR, która – w dużym uproszczeniu – pomaga zmniejszać tzw. przepały (nie mylić, broń Boże, z przypałami!) i rozjaśniać zbyt głębokie cienie, równając tym samym efekt do oryginału, jaki zarejestrowało nasze czułe oko. W ten sposób niejako urealniamy zdjęcie.

Możemy jednak również je w artystyczny sposób odrealnić, ustawiając parametry oprogramowania HDR tak, że otrzymamy surrealistyczny efekt. O ile nie przesadzimy, fotografia może stać się prawdziwym dziełem sztuki. Kto ma tyle lat, że pamięta jeszcze zabawy w prawdziwej ciemni fotograficznej, zna zapewne technikę manualną, która dziś wzbudziłaby śmiech.

Film fotograficzny miał większą czułość niż papier, więc na klatce było zawsze więcej szczegółów niż na odbitce. Dlatego naświetlając powiększalnikiem zdjęcie machaliśmy ręką nad danymi obszarami tak, by ciemne części negatywu naświetlały się dłużej, a jasne krócej. Dziś to samo, choć w stopniu o wiele bardziej zaawansowanym, wykonujemy w cyfrowej ciemni oprogramowania HDR.

Polska maszyneria!

Techniką HDR zainteresowałem się z dwóch powodów. Chciałem zdjęcia i urealniać, i odrealniać. Pierwsza potrzeba wynikała z odwiecznego rozczarowania niedoskonałością sprzętu, druga z faktu, że jestem urban explorerem (w tej branży HDR jest w modzie), a także tworzę opartą na fotografiach przygodową grę fantastyczną i zależało mi na tym, by zdjęcia bardziej przypominały mniej lub bardziej artystyczną grafikę.

Przetestowałem wiele programów – i darmowych, i płatnych. Z efektów nigdy nie byłem zadowolony. Albo algorytmy obróbki pozostawiały wiele do życzenia, albo interfejs programu był tak nieintuicyjny, że łatwiej byłoby mi z marszu poprowadzić prom kosmiczny na Alfa Centauri.

Na program Machinery trafiłem przypadkiem, w czasie, gdy jego strona nie była jeszcze zbyt dobrze wypozycjonowana w google’u. Pierwsze zdziwienie wywołał we mnie fakt, iż trafiłem na oprogramowanie polskie. Drugi raz zdziwiłem się, gdy zobaczyłem przykładowe fotografie. Wyglądały zbyt dobrze, więc postanowiłem całość przetestować osobiście.

Machinery

Po godzinie zrobiłem coś, co czynię stosunkowo rzadko. Wyciągnąłem kartę kredytową i kupiłem program. Zaznaczam, że rzadko, bowiem zdecydowana większość mojego softu to programy darmowe – do dziś np. nie mam pakietu biurowego Microsoftu, a w to miejsce używam Libre Office (kupuję w zasadzie tylko gry). Machinery jednak okazał się programem tanim, znakomitym i wydajnym.

Wczoraj wieczorem postanowiłem przetestować najnowszą wersję – 2.9. I mówiąc szczerze, jestem absolutnie nią zachwycony! Program rozwija się w bardzo dobrym kierunku, a intuicyjność i prostota interfejsu w połączeniu z zaawansowanymi algorytmami obróbki zdjęć sprawiają, że w mojej opinii Machinery jest po prostu bezkonkurencyjny. Owszem, zapłacić trzeba 99 zł, ale nie ma tu opcji kupowania kota w worku – śmiało można najpierw przetestować wersję demonstracyjną.

Mało tego, w pakiecie z demo znajdują się oryginalne obrazy z galerii wraz z ustawieniami. Można więc przekonać się, że nie jest to, kolokwialnie mówiąc, marketingowa ściema, a także dokładnie przetestować różne ustawienia programu, w tym bogatą listę presetów.

Interfejs Machinery prezentuje się tak:

Początkujących użytkowników niech nie zatrważa mnogość ustawień widocznych w panelu po prawej stronie. Po godzinie niezobowiązującej zabawy z programem i przesuwania suwaków, można bez problemu zdobyć wiedzę na temat tego, co możemy zrobić z obrazem. Doskonałym dodatkiem do opcji są małe ikonki obrazujące ich działanie:

Osoby, które jednak nie chcą zajmować się szczegółowymi ustawieniami, a pragną szybko uzyskać pożądany efekt, mogą skorzystać z sutej listy presetów. Wystarczy wgrać wybrane zdjęcie, kliknąć na przycisk Presety (lewy, górny róg okna programu) i obejrzeć swoją fotografię w dziesiątkach różnych wariantów, pośród których znajduje się np. ustawienie Natural HDR, generujące obraz jak najbardziej zbliżony do tego, co widziało nasze oko. Po lewej stronie mamy trzy zakładki presetów (1, 2, 3), a suwak pozwala nam zmieniać rozmiar podglądu, byśmy mogli lepiej przyjrzeć się propozycjom. Jeśli któraś nas zadowoli, klikamy na niej podwójnie, program generuje według niej nasze zdjęcie i wystarczy już tylko nagrać je na dysk.

Co więcej, program nie tylko potrafi składać obraz z kilku ujęć o różnej ekspozycji, ale doskonale również współpracuje z plikami raw (znanymi profesjonalnym fotografikom), a i polepszy nawet pojedynczą fotografię w zwykłym jpg. Dodać przy tym należy, iż Machinery wykorzystuje akcelerator graficzny (współpracę z kartą konfiguruje automatycznie podczas instalacji), więc jest imponująco szybki. Pierwsza wersja programu, która zakupiłem, takiej opcji jeszcze nie miała, w związku z czym przetwarzanie było stosunkowo wolne. Teraz to niemalże błyskawica.

inst_sh06

Instalacja programu wrzuca nam na pulpit dwie ikony – jedna do właściwe Machinery, druga natomiast to przydatny eksplorator plików. Bardzo też cieszy fakt, iż instalator jest czysty – nie próbuje nam dorzucać żadnego niechcianego oprogramowania, magicznych antywirusów czy „niezbędnych” i „cudownych” dodatkowych pasków w przeglądarce. Jestem na to uczulony wyjątkowo, więc stawiam dodatkowy plus!

Reasumując

Ostatni raz tak zachwycony byłem, gdy pisałem dla Was recenzję Stellarium. Machinery to doskonałe narzędzie i dla amatorów, i dla profesjonalistów. Dla mnie osobiście to 10/10, a przy tym cena w stosunku do możliwości programu i łatwości obsługi jest po prostu znakomita. Dla porównania inny program, który dane mi było testować i który również lubię, choć uważam za słabszy – Dynamic Photo HDR – kosztuje 59$ (około 180 zł) i nie ma polskiej wersji językowej, co dla niektórych może być utrudnieniem. Z czystym sumieniem i przyjemnością polecam więc rodzime Machinery, ale nie musicie bazować na mojej opinii – możecie program przetestować sami!