Felietony

Kupiłem MacBooka Pro dwa lata temu, a czasem mam wrażenie, że to sprzęt sprzed dekady

Kacper Cembrowski
132

Jestem posiadaczem MacBooka Pro z 2020 roku, a momentami czuję się, jakbym korzystał z laptopa sprzed dekady.

We wrześniu 2020 roku przyszedł czas na upragniony przeze mnie upgrade komputera. Po wieloletnich przygodach z zasłużonym już MacBookiem i stacjonarnym pecetem na Windowsie (nigdy więcej) z dumą zamówiłem świeżutkiego MacBooka Pro. Cieniutki, o kolorze gwiezdnej szarości, 8 GB RAM i procesor jeszcze od Intela. Niestety, zakupu dokonywałem jeszcze przed ogłoszeniem M1, więc nie miałem innego wyboru - i nie ukrywam, że bardzo tego żałuję.

Pierwsze wrażenia były doskonałe

Pierwszy kontakt z komputerem był prawdziwą bajką. Touch bar, który pomimo sporego hejtu i faktu, że finalnie Apple w kolejnych latach zrezygnowało z tego dodatku, dla mnie był (i nadal jest) świetnym bajerem. Czy jest przydatny? Tak samo jak przyciski funkcyjne. Czy przeszkadza? Niespecjalnie, chociaż czasem przypadkowo włączę palcem Siri lub wyciszę dźwięk komputera. Czy przeglądanie animowanych naklejek na Telegramie albo przesuwanie emoji sprawia mnóstwo frajdy? Oj, jeszcze jak!

Poza tym imponująca Retina, pierwszy i bardzo udany kontakt z Magic Keyboard, Touch ID w przycisku odpowiedzialnym za włączenia komputera - same plusy. Jedyne problemy, jakie zauważyłem od razu, to beznadziejna jakość kamerki i fakt, że żeby normalnie korzystać z laptopa, niezbędny jest hub - sam laptop posiada wyłącznie wejścia Thunderbolt USB-C. Samo korzystanie z laptopa mimo wszystko było przyjemne… aż do czasu.

Im więcej korzystam z tego MacBooka, tym mam coraz bardziej mieszane uczucia

Od kilku miesięcy komputer sprawia co chwilę różne problemy. Niektóre klawisze na Magic Keyboard nie chcą się “wklikiwać” do końca, dziwnie odskakują i nie dają uczucia wciskania klawisza, przez co również raz komputer zarejestruje nacisk na klawisz, a innym razem nie. Nagle przestaje działać mi przycisk escape (w tym MacBooku jest już fizyczny, nie podlega pod touch bar) - co się okazuje? Z jakiegoś powodu muszę wejść w Monitor aktywności i wymusić zamknięcie Siri, która po chwili włącza się sama i wszystko działa normalnie. Żeby było zabawniej, przez tę procedurę muszę przechodzić średnio raz na dwa tygodnie.

Do tego zdarzają się sytuacje, że podczas kilkugodzinnej pracy przy komputerze, ten zaczyna działać jak PlayStation 4. Obawy o to, że laptop zaraz odleci z biurka, są jak najbardziej zrozumiałe. Kilka razy spotkałem się z apple’owskim “bluescreenem”, a ostatnimi czasy system parę razy mroził się do tego stopnia, że przeniesienie kursora z jednego końca ekranu na drugi trwało nawet 10 minut - i jedynym sposobem, żeby to naprawić, było wymuszenie wyłączenia komputera.

Fakt, teraz nie kupiłbym MacBooka z 8 GB RAM. Gdybym miał wymieniać komputer, absolutnym minimum byłoby 16 GB - ale w tej chwili już nic z tym nie mogę zrobić. Podobnie nie kupiłbym MacBooka z procesorem Intela. Kiedy laptop działa normalnie, nadal korzystanie z niego jest czystą przyjemnością. Problemem jednak jest fakt, że przeszkody pojawiają się coraz częściej, co jest niesamowicie frustrujące. A w końcu mówimy o sprzęcie, który ma zaledwie blisko dwa lata.

Sam komputer ma również ponad 60% wolnej przestrzeni dyskowej (większość plików trzymam w chmurze, zarówno w iCloud, jak i na Google Drive), nie mam zainstalowanych żadnych programów, z których bym nie korzystał lub które mogłyby w znacznym stopniu obciążać komputer (największym wyzwaniem dla MBP zdaje się być Google Chrome). Przez te aspekty, wszystkie problemy jeszcze bardziej mnie irytują.

Co najgorsze - nie ma perspektyw na to, żeby sytuacja się polepszyła

Czymś, co przeszkadza mi najbardziej, jest fakt, że Apple absolutnie przestało przejmować się swoimi komputerami z sercem od Intela. Oczywiste jest to, że najbardziej inwestują w Apple silicon, lecz ich sprzęty z CPU Intela są naprawdę młode - i zwyczajnie się złoszczę, kiedy czytam, że niektóre funkcje w nowym systemie operacyjnym nie będą działać na moim Macu. Czuję się pomijany - przypomnę - dwa lata po zakupie komputera za ponad 7 tysięcy złotych.

Nie jest tajemnicą, że kupowanie MacBooka z Intelem w tej chwili jest czystą bzdurą. W dobie M1 Max i Pro, a nawet M2, oglądanie się za i5 jest bez sensu. Nie mogę jednak ukryć, że jako osoba, która nie miała opcji wyboru w tej kwestii, bardzo często podczas pracy na laptopie towarzyszy mi uczucie bezradności i bezsilności.

Unsplash @alesnesetril

Moje relacje z MacBookiem Pro z 2020 roku są niesamowicie burzliwe ostatnimi miesiącami. Są dni, kiedy mam absolutnie zero powodów do narzekań i kończę dzień pracy z uśmiechem na twarzy. Bywają jednak też dni, że zgrzytam zębami z frustracji, kiedy włączenie przeglądarki trwa 20 sekund, laptop bez żadnego powodu zaczyna mieć problem z tym, że w tle działają zaledwie cztery programy, a przycisk escape po raz setny przestaje działać. Plus jest taki, że komputer cały czas prezentuje się naprawdę ładnie - chociaż chętnie zrezygnowałbym ze smukłego designu na rzecz apple’owskiego CPU i braku przymusu noszenia w plecaku huba.

Obrazek wyróżniający: Dmitry Chernyshov / Unsplash

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu