Felietony

Limit transferu danych w Starlink – po co SpaceX przykręca śrubę użytkownikom?

Tomasz Szwast
22

Limit transferu danych w Starlink zaczyna obowiązywać już od tego miesiąca. Na szczęście początkowo tylko w wybranych krajach. Można się jednak spodziewać, że ograniczenia zostaną wprowadzone również w innych krajach i to w nieodległej perspektywie. Po co SpaceX to robi?

Choć obecnie mam ten komfort mieszkania w miejscu, w którym nie mogę narzekać na jakość połączenia sieciowego, nie zawsze tak było. Pochodzę z niewielkiej miejscowości, gdzie nie każdy mógł liczyć choćby na internet dostarczany miedzianymi kablami telefonicznymi. Doskonale pamiętam czasy tzw. sieci sąsiedzkich, gdy połączenie sieciowe prowadzono od domu do domu, by móc podzielić się łączem dostępnym w jednym z budynków. Nieco później pojawiły się lokalne sieci WiFi, a jeszcze później internet mobilny dostarczany przez operatorów komórkowych, którego parametry były wystarczające do względnie swobodnego korzystania z sieci.

Takich białych plam jest na świecie znacznie więcej. Między innymi z myślą właśnie o takich użytkownikach powstał Starlink, czyli internet satelitarny oferowany przez należącą do Elona Muska firmę SpaceX. Jeszcze do niedawna było to połączenie limitowane, jednak od grudnia 2022 roku limit transferu danych w Starlink stał się faktem. Dlaczego władze amerykańskiej firmy zdecydowały się na ten krok? W jaki sposób może to wpłynąć na popularność usługi? Zastanówmy się przez chwilę nad kolejną, niezbyt popularną decyzją Elona Muska w ostatnim czasie.

Limit transferu danych w Starlink to niemiła niespodzianka

Jak wspomniałem wcześniej, Starlink to internet dla wszystkich tych, którzy nie mogą skorzystać z usługi innego dostawcy. Nie mogą, ponieważ w ich miejscu zamieszkania po prostu nie świadczy swoich usług. Usługa oferowana przez SpaceX raczej nie sprawdzi się w mieście, jednak nie ma to najmniejszego znaczenia. Tam są inni dostawcy, którzy świetnie sobie radzą. Starlink powstał po to, by szybki internet docierał wszędzie. Dosłownie wszędzie. Niezależnie od tego, czy chcemy korzystać z niego na pustkowiu, na pokładzie statku, czy w samolocie. Usługa świadczona przez amerykańską firmę ma oferować coś więcej, niż dostęp do internetu tam, gdzie inni nie docierają. Ma to być połączenie szerokopasmowe, z prędkością pobierania przekraczającą nawet 100 Mb/s. To standard, z którym wciąż nie radzą sobie niektórzy operatorzy mobilni.

Gdzie tkwi haczyk? Dokładnie tam, gdzie w przypadku pozostałych usług dostępu do internetu dostarczanego drogą satelitarną. Starlink jest drogi, a nawet bardzo drogi. Zdecydowanie droższy niż chyba każde inne łącze dedykowane użytkownikowi domowemu w Polsce. By móc skorzystać ze Starlink w wariancie dla użytkownika domowego, trzeba uiścić opłatę za sprzęt w wysokości 2200 złotych. Tu jednak koszty dopiero się zaczynają. Poza ceną sprzętu, użytkownik Starlink musi jeszcze opłacać miesięczny abonament. Ile wynosi taka opłata? Obecnie to aż 335 złotych płatne każdego miesiąca.

Mając na uwadze cenę,  limit transferu danych w Starlink wydaje się nieśmiesznym żartem. Czy firma naprawdę musiała go wprowadzać?

Czy limit jest potrzebny? Dane SpaceX mówią, że nie ma innego wyjścia

Zanim jednak o samej zasadności limitu, jeszcze słowo o tym, jak kształtuje się to ograniczenie. Okazuje się bowiem, że jest dość łagodne, choć niektórym użytkownikom (według statystyk jest ich około 10%) napsuje krwi. Limit transferu danych w Starlink wynosi 1 TB, dlatego gdyby nie bardzo wysoka cena usługi, zostałby uznany za całkiem rozsądny. Co istotne, ograniczenie nie obowiązuje w godzinach nocnych. 1 TB danych można pobrać w godzinach od 7:00 do 23:00. Gdy przyjdzie potrzeba pobrania czegoś większego, bez najmniejszych przeszkód można zrobić to w godzinach nocnych.

Co w sytuacji, gdy limit zostanie wyczerpany? Również nie dzieje się wielka tragedia. Można nadal korzystać z internetu z prędkością ograniczoną do 1 Mb/s. Cóż, w miejscach, w których sprawdza się Starlink to wciąż nieźle. Można również dopłacić za dodatkowe gigabajty transferu. 1 GB to koszt 0,25 dolara amerykańskiego. Nie są to szczególnie niekorzystne warunki, jednak wróćmy do samego powodu wprowadzenia lejka.

Zgodnie ze stanowiskiem SpaceX, limit transferu danych w Starlink musiał zostać wprowadzony, ponieważ obecna infrastruktura nie pozwala na świadczenie usługi w innej formie. Przedsiębiorstwo nie dysponuje jeszcze wystarczającą ilością satelit, by móc zagwarantować działanie sieci na poziomie tego, co oferują naziemne połączenia szerokopasmowe. Słuszność tego argumentu potwierdzają również inne dane, tym razem od samych użytkowników.

Zdecydować mogła garstka klientów

By uzmysłowić sobie, jak bardzo sieć Starlink jest obecnie obciążona, musimy zestawić ze sobą kilka kluczowych danych. Na koniec września 2022 roku, Starlink mógł pochwalić się bazą klientów liczącą około pół miliona użytkowników. Jak na usługę satelitarnego dostępu do internetu, zwłaszcza w dość wczesnej fazie rozwoju, to naprawdę bardzo dużo. To, że klientów już teraz jest zbyt wielu w stosunku do możliwości sieci, szczególnie mocno widać po statystykach ze Stanów Zjednoczonych.

Z danych zbieranych przez firmę Ookla, do których należy bardzo popularna strona Speedtest.net, dowiadujemy się, że Starlink zaczyna mieć problemy. Dzieje się tak zwłaszcza właśnie w USA. O ile jeszcze do niedawna przeciętna prędkość łącza oferowanego przez SpaceX wynosiła przeszło 100 Mb/s, tak obecnie mówimy o prędkości około 60 Mb/s. To z pewnością odczuwalny spadek, choć nie czarujmy się, jak na internet satelitarny to wciąż bardzo, ale to bardzo dobrze. Gdy weźmiemy pod uwagę również naprawdę niewielkie opóźnienia otrzymamy parametry całkiem dobrego połączenia sieciowego.

Wiadomo jednak, że SpaceX musi poradzić sobie z bardzo dużym napływem klientów i to bez dalszego pogorszenia jakości oferowanego połączenia. Niestety, ale limit wydaje się jedynym sposobem na osiągnięcie celu.

I tak nie ma innego wyjścia

Choć limit transferu danych w Starlink, z całą pewnością, nie jest pozytywną wiadomością dla użytkowników tej usługi, raczej nikt w SpaceX nie będzie się tym przejmował. Niestety, charakterystyka klientów firmy Elona Muska jest doskonale znana. To osoby, które godzą się płacić za internet bardzo wysoką opłatę nie dlatego, że ich po prostu na to stać, czy dlatego, że ich kaprysem jest możliwość korzystania z internetu dostarczanego drogą satelitarną. W Starlink wcale nie chodzi o podążanie za technologicznymi trendami i modą na to, co najnowsze i najbardziej zaawansowane w aspekcie technicznym. Z internetu satelitarnego korzysta się nie wtedy, kiedy można, ale wtedy, kiedy po prostu nie ma innego sposobu.

Starlink v1.5, Fot. SpaceX

Warto pamiętać również o tym, że nie wszędzie limit transferu danych w Starlink będzie obowiązywał. Jako pierwsi nowe ograniczenie odczują mieszkańcy Stanów Zjednoczonych i Kanady, czyli krajów, w których aktywnych użytkowników jest najwięcej. Limit pojawił się również we Francji, jednak w tym kraju pozostaje on dobrowolny i wiąże się z niższą opłatą miesięczną. Jeśli danemu klientowi nie przeszkadza, że w ciągu miesiąca będzie mógł wymienić z siecią nie więcej niż 250 gigabajtów, zapłaci za internet dwukrotnie mniej, niż w przypadku braku limitu (50 euro zamiast 99 euro).

Limit transferu danych w Starlink – a może można inaczej?

Spadające statystyki prędkości internetu Starlink wydają się w zupełności argumentować konieczność wprowadzenia limitu. Mam jednak wątpliwości co do tego, czy firma wybrała właściwą drogę do realizacji celu. Można było bowiem zdecydować się na inne formy ograniczenia, tyle, że te raczej nie przyniosły by SpaceX dodatkowych pieniędzy. W przypadku obecnej formy ograniczenia firma może mieć nadzieję, że chociaż ci najbardziej wymagający użytkownicy będą płacić za dodatkowe gigabajty. Gdyby zdecydowano się na ograniczenie prędkości w godzinach największego ruchu, a nie limit transferu, nie udałoby się wygenerować dodatkowego zysku.

Innym krokiem, który zapewne również mógłby przyczynić się do ustabilizowania ruchu sieciowego jest chwilowa przerwa w przyłączaniu nowych użytkowników, zwłaszcza na terenach, gdzie liczba klientów jest największa. Problem w tym, że to również niosłoby za sobą konsekwencje finansowe dla samego SpaceX. Ograniczenie ilości klientów oznaczałoby, że z automatu ograniczeniu ulegną przychody firmy. Tymczasem, gdy nowych użytkowników wciąż można przyłączać, przychody rosną w najlepsze.

Osobiście mimo wszystko cieszę się, że nie jestem jednym z użytkowników internetu, którzy potrzebują korzystać ze Starlink od SpaceX. Mam nadzieję, że sieć dostarczana naziemnie w zupełności mi wystarczy i nie będę musiał sięgać po znacznie droższe rozwiązania, w dodatku obarczone limitem transferu. Jeszcze raz przypomnijmy, że wciąż mówimy o usłudze, która na start kosztuje 2200 złotych, a miesięczny abonament to 335 złotych. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że ograniczenie nigdy nie obejmie klientów w Polsce. Tym, którzy rzucili wszystko i wyjechali w Bieszczady, z pewnością będzie łatwiej.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu