161

Kupujecie produkty, bo są markowe?

Dwadzieścia lat temu, gdy byłem dzieckiem, posiadanie butów firmy X, kurtki firmy Y oraz piłki czy paletki do tenisa stołowego (czyli pingla) marki Z, było marzeniem wielu rówieśników. Moim też, bo fajnie jest mieć coś, co jest modne. Jakość nie była istotna (zakładano, że jest lepsze, bo markowe i nierzadko było to bardzo uzasadnione), liczył się napis czy logo. To samo dotyczyło elektroniki, ale bardziej w przypadku starszych, ludzi, którzy kupowali telewizory czy radioodbiorniki. A jak sprawy mają się dzisiaj? Nadal wybór opiera się na marce? I czy jest to uzasadnione...?

Nad tematem zacząłem się zastanawiać dzisiaj, krótko po publikacji tekstu o Toshibie. Pojawił się pod nim taki komentarz:

Kiedyś posiadanie „japończyka” to było coś. Nieważne czy był to samochód, czy też sprzęt elektroniczny. A tera od chińczyka różnią się tylko logiem i odpowiednią ceną za to logo. Szkoda…

Trudno nie zgodzić się z tym, że kiedyś taki „japończyk” to był luksus. Produkty marki Sony, Panasonic, Sharp czy rzeczonej Toshiby były czymś wow. I dla dużych i dla małych. Posiadanie telewizora, aparatu czy video od tych firm mogło być nawet wyznacznikiem statusu materialnego. Pierwsze zdanie komentarza jak najbardziej do obronienia. A drugie? Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy kupuję produkty kierując się marką producenta. Pomyślałem o obuwiu, odzieży, żywności i elektronice, czyli rzeczach, na które najczęściej wydajemy pieniądze. Przyznam szczerze, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupiłem coś, bo miał na sobie logo firmy X.

Kraj pochodzenia produktu nie robi mi już różnicy, to nie są czasy, gdy rzecz z Chin można było stygmatyzować, bo… jest z Chin. Na dobrą sprawę wszystko jest teraz z Państwa Środka, szerzej z Azji, często produkty różnych firm produkowane są przez tego samego podwykonawcę, w tym samym zakładzie. Jasne, nie musi to oznaczać, że są równie dobre. Ale obecność jakiegoś logo też nie daje gwarancji, że to lepszy sprzęt. Popatrzcie na rynek elektroniki i powiedzcie: czy smartfony Lenovo, Huawei albo Xiaomi odstają od tych dostarczanych przez Sony?

Umiera mit „japończyka”, ale nie wynika to jedynie z niemocy samych Japończyków. To szersze, globalne zjawisko. Rynek się wyrównuje, przybywa produktów na podobnym poziomie, a to sprawia, że nie patrzy się już tak bardzo na markę. Przynajmniej ja nie patrzę. Zastanawiam się przy tym, czy w większym stopniu jest to efekt nadrabiania zaległości przez firmy, które są młodsze, kiedyś były uznawane za gorsze czy też ze słabszej postawy starych gigantów? Kupuję komputer chińskiego producenta tylko dlatego, że jest tańszy czy po prosu oferuje mi to samo za niższą cenę? Stawiałbym raczej na drugą odpowiedź, dorzuciłbym, że ten „chińczyk” ma rozwiązania, których droższy model „renomowanej” firmy nie posiada…

Wybierając się na zakupy nie kieruję się już marką, lecz opinią o konkretnym produkcie. Jeśli znajomi polecają telefon X, to go wezmę. To samo z produktami, które najbardziej mi smakują, najlepiej na mnie leżą, zapewniają największą wydajność czy odznaczają się największą żywotnością. Marka ma tu niewielkie znaczenie. Jasne, może iść w parze z jakości, ale to drugorzędna kwestia. Jednocześnie trzeba zaznaczyć, że w niektórych sferach naszego życia nadal dominują stare, sprawdzone marki, bo nie dały się dogonić konkurencji, ciągle są nie do pobicia. Ale znowu: siłą jest jakość.

Czy to jednak oznacza, że ludzie przestali zwracać uwagę na markę? Tak daleko bym się nie posuwał. Logo ma spore znaczenie i w szkołach i w dorosłym życiu. Pisałem o swoim przypadku, ale miliony ludzi przecież nadal zwracają uwagę na to, jaki znaczek zdobi samochód, koszulę, komputer czy narty. I są skłonni zapłacić za produkt więcej, bo to logo jest istotne. Nie zamierzam tego krytykować – nie moje pieniądze, nie moje życie. Sam wybieram tego „chińczyka”, bo skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać, jak mawia klasyk…