20

Komu spadnie na głowę wielka chińska rakieta? Wyliczanka trwa…

Chiny w dziedzinie podboju kosmosu dokonały w ostatnich latach bezprecedensowego skoku. Ich programy są ambitne i coraz bardziej skomplikowane, a Amerykanie muszą co chwilę oglądać się za siebie. Jednak jeden z aspektów ich kosmicznej działalności jest nawet nie tyle niedopracowany, ile żenujący, jeśli chodzi o podejście. Chodzi o to, co dzieje się z ich rakietami po zrealizowanej misji. Państwo Środka, można odnieść wrażenie, niewiele się tym tematem interesuje, w efekcie ich największa rakieta w niekontrolowany sposób właśnie wraca na Ziemię i jest zagrożenie, że może uderzyć w zamieszkane tereny.

To nie przypadek

W ostatnim czasie opisywałem sytuację ze spektakularnym od strony wizualnej wejściem w atmosferę resztek drugiego członu Falcon 9, który spłonął nad amerykańskim stanem Waszyngton. Dlaczego więc czepiam się Chin, a nie Amerykanów? Cóż, Muskowi taka sytuacja się zdarzyła z powodu awarii (nie odpalił silnik Merlin). Normalnie jego rakiety deorbitują w kontrolowany sposób, a awarie trafiają się bardzo rzadko.

Z Chinami problem wygląda na… systemowy. Już jakiś czas temu opisywałem sytuację z pierwszymi członami ich rakiet, wystrzeliwanymi z kosmodromów zlokalizowanych w centrum kraju, które literalnie spadają ludziom na głowy. Stwarzają tym zagrożenie tak kinetyczne, jak i toksykologiczne, spora część ich rakiet ciągle napędzana jest silnie trującą i rakotwórczą hydrazyną.

Nie lepiej jest na orbicie. Podczas gdy inne kraje i firmy pracują nad systemami umożliwiającymi szybką i kontrolowaną deorbitację, co kosztuje pieniądze, wymaga paliwa i komplikuje całą konstrukcję, Chiny niespecjalnie się przejmują, tak rakietami, jak i krytyką ich „luzackiego” podejścia.

Na kogo wypadnie…

Wraz z pojawieniem się rakiet Long March 5B, problem wskoczył, jeśli można tak powiedzieć, na wyższy poziom. 5B to specjalna odmiana rakiety, przystosowana do wynoszenia na orbitę dużych ładunków i wyróżnia się tym, że główna rakieta ma tylko jeden człon, wspierany przy starcie przez 4 boostery.

Oznacza to, nie mniej nie więcej, że prawie cały „żelastwo” wystrzelone z Ziemi trafia na orbitę, a następnie musi spać z powrotem. W normalnych konstrukcjach śmieciem orbitalnym staje się tylko, znacznie mniejszy, drugi człon rakiety tutaj, cała główna część. Szacuje się, że pusty Długi Marsz 5B waży około 21 ton, tylko trochę mniej niż moduł stacji kosmicznej, który właśnie wyniosła.

… na tego bęc.

I właśnie ten złom wielki kawałek złomu w kompletnie niekontrolowany sposób niedługo wejdzie w atmosferę. Aktualne symulacje wskazują, że upadek nastąpi w pasie, którego północną granicę wyznaczają Nowy Jork, Madryt i Pekin, a południowa sięga poza Australię, Nową Zelandię i południowe Chile.

Oczywiście największą szansę na oberwanie chińskimi szczątkami mają oceany, ale jak uczy historia, nie można wykluczyć uderzenia w tereny zamieszkane. Taka sytuacja miała już miejsce w latach 70.tych, gdy w okolicach australijskiego miasteczka Esperance spadły resztki stacji kosmicznej SkyLab. Niewiele też brakowało, by na zamieszkałe tereny Quebecu spadły radioaktywne resztki radzieckiego satelity Cosmos 954.

Recydywista

Rok temu podobny problem z niekontrolowanym powrotem miała pierwsza z udanie wystrzelonych rakiet Long March 5B. Jej szczątki spadły ostatecznie do Oceanu Atlantyckiego, choć pojawiły się doniesienia, że część uderzyła w tereny Wybrzeża Kości Słoniowej.

Jak będzie tym razem? Oby kosmiczny śmieć zaliczył wodowanie, ale jeśli tak dalej pójdzie, Chinom (oraz komuś na Ziemii) może się w końcu szczęście skończyć. Pozostaje mieć nadzieję, że Kraj Środka, który w ostatnim czasie z programów kosmicznych zrobił skuteczną PR-ową maszynkę, dostrzeże ten problem wcześniej, niż zmusi ich do tego jakaś katastrofa.

Dziś technologia bez problemu pozwala kontrolować żywot zużytych rakiet, a międzynarodowe porozumienia od dawna mówią, jak to robić. Statki można pozostawić na specjalnej, cmentarnej orbicie, ale najkorzystniejszą opcją jest szybka i kontrolowana deorbitacja z ewentualnym „wodowaniem” w bezkresnych wodach Pacyfiku.

Źródła: [1], [2]