Recenzja

Nowy Kirby to jedna z najlepszych platformówek na Switcha. Grajcie, nawet się nie zastanawiajcie!

Kamil Świtalski
0

Kirby powrócił w blasku chwały. Twórcy zaserwowali nam dziesiątki wspaniałych pomysłów i godziny doskonałej zabawy!

Jeżeli miałbym wskazać jedną serię gier platformowych od Nintendo którą zawsze biorę w ciemno — byłby to Kirby. Nie Mario, a właśnie przygody tej uroczej różowej kulki są moimi ulubionymi. Kreatywność ekipy z HAL Laboratory (może wyłączając Kirby: Star Allies z 2018 roku) wielokrotnie mnie zaskoczyła. Nowe umiejętności, nowe wyzwania, fajny level-design. I właśnie tym jest Kirby and the Forgotten Land. Powrotem serii do formy, za którą ją pokochałem przed laty, kiedy zetknąłem się z nią po raz pierwszy na Gameboyu Advance... a później sukcesywnie nadrobiłem wszystkie odsłony wydane wcześniej, jednoczesnie odliczając dnie w kalendarzu do premiery nowych części. Po tym jak krótkie było Star Allies nie byłem zbyt ufny. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie.

Kirby and the Forgotten Land — platformówka z krwi i kości

Jeżeli nigdy nie mieliście przyjemności grać w żadną grę z Kirbym w roli głównej, to ten niezwykle uroczy bohater ma umiejętność, której mogą mu pozazdrościć absolutnie wszyscy inni: wchłaniania swoich wrogów i przejmowania ich taktyk. Dlatego też w jednej chwili możemy być walecznym rycerzem, chwilę później płonącą kulkopochodnią, a parę momentów dalej szastającym na prawo i lewo bombami słodziakiem. Brzmi kuriozalnie, prawda? No bo to jest kuriozalne, ale żebyście wy tylko wiedzieli ile to daje frajdy! Połykanie wszystkiego co napotkamy na naszej drodze, lewitowanie, zwinne odskoki i kuriozalne akcje to specjalność naszego bohatera. A w najświeższej odsłonie doczekał się jeszcze więcej sztuczek: teraz potrafi pochłonąć samochód, sterować motorówką, a nawet wlać w siebie przeogromne ilości wody, którą następnie ogarnia wszystkie napotkane na swojej drodze zanieczyszczenia. I tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi. Ale...

Ale no właśnie — to platformówka z krwi i kości. Kirby wielu może i odrzuca swoją cukierkową, kolorową, oprawą — ale nie dajcie się zwieść pozorom. Pojedynki które przyjdzie nam tam stoczyć wcale nie będą należały do specjalnie łatwych. Czasem wpadniemy w wir walki ze zwykłymi przeciwnikami, pomiędzy nimi musimy pokonać mini-bossów, zaś na końcu każdego ze światów czeka nas potyczka z rządzącym w naje krainie złoczyńcą. A kiedy dodamy do tego fenomenalne projekty poziomów, nieograniczone pokłady kreatywności twórców oraz zestaw wyzwań dla każdej z plansz otrzymujemy miks na piątkę. Nie przesadzam!

Ciągle się coś dzieje, nieustannie coś nowego. Właśnie za to Kirby zgarnia największe brawa

Projektanci z HAL zadbali, abyśmy nie mieli czasu na nudę. Zaserwowali nam zestaw kilkudziesięciu plansz, z których każda ma zestaw swoich wyzwań. Jedne są powtarzalne (np. ukończenie poziomu, uratowanie ukrytych Waddle Dee), inne charakterystyczne dla każdej z nich (a to odkrycie sekretnych miejsc, a to zerwanie plakatów, a to znowu odprowadzenie kaczątek do stęsknionej mamy). Ale ilość mechanik które przez tych 10 godzin zabawy są nam przedstawione powinna dać innym twórcom powody do sporej zazdrości. Bo tam nieustannie się coś dzieje — i co ważniejsze, stale jest to coś nowego. Poza "tradycyjnymi" poziomami, są jeszcze takie nastawione typowo na wyzwania — w nich nagradzani jesteśmy specjalnymi gwiazdkami, które następnie możemy wymieniać na ulepszenia dla każdej z umiejętności. Pod warunkiem, że poza gwiazdkami dzielnie zbieramy również monetki po drodze.

Ale żeby móc w ogóle sobie pozwolić na takie kombinacje, najpierw musimy znaleźć przepis na te ulepszenia (blueprint). Te czasem otrzymujemy za pokonanie wroga, a innym razem musimy przeszukać dokładnie planszę, bo potrafią być naprawdę skrzętnie ukryte. Ale to właśnie cała frajda w Kirbym — design tamtejszych poziomów jest na tyle doskonały, że robi się to z przyjemnością. I póki co po prostu ukończyłem grę, ale podobnie jak inne części — tę również planuję wymaksować i znaleźć w niej wszystko co tylko się da, uratować kogo się da... a jeśli szczęście dopisze, to także ukończy kolekcję figurek z gatchy. Jako że mowa tam o elemencie losowości, to zdecydowanie mój najmniej ulubiony aspekt tej produkcji, ale rozumiem wszystkich z zacięciem kolekcjonerskim którzy będą usilnie losować, aż nie zbiorą wszystkich figurek z każdej kolekcji. Dodam tylko, że w sumie jest ich kilkaset — i mimo że znajdujemy je na naszej ścieżce po drodze, to poza tym możemy kupować losy (po 10 monetek każdy) w miasteczku.

30 klatek i ani jednej więcej

Twórcy gier na Nintendo Switch na przestrzeni lat przyzwyczaili nas już do tego, że z optymalizacją to są często na bakier. Niestety, nie jest to domena wyłącznie zewnętrznych studiów. Nintendo dopuszczało na swoje konsolki produkcje nawet od ekip first party (i z wykorzystaniem ich własnych marek), które zaliczały tak ogromne spadki klatek animacji, że to było wręcz bolesne. Na szczęście tym razem udało im się ustrzec od dramatów — i Kirby hopsa sobie radośnie w 30 klatkach na sekundę. Niestety, rozpieszczony przez to co (póki co) dostaję na konsolach konkurencji — uważam że mogłoby być lepiej. Ale też rozumiem, że ekipa odpowiedzialna za grę wyciskała już ze Switcha ostatnie soki, tworząc możliwie jak najbardziej różnorodne, interaktywne i rozbudowane plansze. Dlatego zamiast narzekać na to, że gra nie działa w 60 klatkach — napiszę po prostu, że działa stabilnie w 30. A do tego wygląda... po prostu ślicznie. I powiem wam, że z każdym kolejnym światem byłem coraz bardziej oczarowany kreatywnością, rozwiązaniami i pomysłami, jakie serwowali nam projektanci. Zarówno ci odpowiedzialni za rozgrywkę, jak i ci odpowiedzialni za wygląd produkcji.

Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną — dla mnie jest ona po prostu neutralna. Trudno się do czegokolwiek przyczepić, ale też nie bardzo widzę powody do chwalenia. Ot, dobrze współgra z kolorową stylistyką zabawy — nic dodać, nic ująć.

Kończąc już kwestię aspektów technicznych — dodam jeszcze, że Kirby and the Forgotten Land posiada opcję zabawy w kooperacji. Niestety, nie dane mi było jej przetestować — bo nie miałem z kim. Ale gra wyraźnie instruuje że drugi gracz może dołączyć się do zabawy w dowolnym momencie by pomagać nam stawić czoła przeciwnikom. Czy jest ich wtedy więcej? Nie sądzę, ale czy frajda jest większa? Na pewno — jak to w trybie kooperacyjnym!

Kirby and the Forgotten Land to pozycja obowiązkowa dla każdego fana platformówek

Jeżeli lubicie gry platformowe, to tytuł obowiązkowy. Przemyślana, kolorowa, wciągająca — i dająca od groma frajdy zabawa, w którą możecie bawić się zarówno w pojedynkę, jak i w kooperacji. Pełna niespodzianek, zachęcająca do eksploracji produkcja wciąga bez reszty. Niestety jeżeli liczycie na przygodę po kilkadziesiąt godzin, to nie tym razem. Kirby zaoferuje około 10h frajdy — a kolejne to już kwestia powrotu do znanych lokacji, eksploracji i maksowania poszczególnych wyzwań. Ale nie ma ani krzty przesady w stwierdzeniu, że od dawna żadna gra nie dała mi TYLE frajdy. Dlatego z czystym sercem polecam - i małym, i dużym!

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu