Czytanie to jedna z wielu przyjemności, po które możemy sięgnąć w każdej chwili, gdy tylko zapragniemy. Zawdzięczamy to również rozwojowi technologii, bo choć tradycyjna książka nadal oferuje wiele rzeczy, których czytniki nam nie zapewnią, to jednak właśnie dzięki nim definicja książki została pewien czas temu napisana na nowo. A co czytnik, to inne obietnice i możliwości.

Firma Kobo nie jest zbyt szeroko znana w naszym kraju. Owszem, bardziej świadomi i śledzący nowinki użytkownicy/czytelnicy będą kojarzyć tę markę z rynkiem czytników i ebooków, ale o masowej popularności nie można mówić. A szkoda, bo w swojej ofercie Kobo ma kilka urządzeń, którymi “pochłaniacze” ebooków powinni się zainteresować. Jednym z nich jest model mini, określany przeze mnie mianem czytnika kieszonkowego. Jego kompaktowe rozmiary to prawdopodobnie najważniejsza cecha urządzenia brana pod uwagę przy zakupie. Ale nie zawsze z minimalizmem idzie w parze komfort i wygoda – czy warto więc zainteresować się czytnikiem niewiele większym od średnich rozmiarów smartfona?

„Kingsajz”

Kobo mini ma do zaoferowania pięciocalowy ekran e-ink o rozdzielczości 800 na 600 pikseli. By jednak zapewnić pewny chwyt podczas czytania, producent musiał zdecydować się na solidne obramowanie wyświetlacza. Plastikowa obudowa po obydwu bokach ekranu ma szerokość 13 milimetrów – to powinno wystarczyć nawet, gdy mamy większe dłonie niż przeciętne. Wymiary całego czytnika to 10,2 cm na 13,3 cm, przy grubości wynoszącej dokładnie 1 centymetr. W celu poprawy wyglądu czytnika i zwiększenia komfortu gdy znajduje się w ręce, Kobo zdecydowało się na delikatne zaokrąglenia przy każdej z krawędzi tylnego panelu. Co ciekawe, te są nawet wymienialne, a w ofercie dostępne są dokładnie cztery kolory do wyboru: fioletowy, rubinowy, błękitny i srebrny. Właśnie w tym celu na prawym górnym rogu urządzenia pojawiło się delikatne wcięcie w bocznej krawędzi. Nie zdarzyło mi się, by tylny panel choć raz przypadkowo się odczepił, więc nie jest problematyczne rozwiązanie. Sama obudowa może być barwy białej lub czarnej. Kombinacja bieli i koloru srebrnego prezentowała się według mnie najlepiej, ale jeśli nie podzielacie mojej opinii możecie skorzystać z innego wariantu. Materiał z jakiego wykonane są tylne panele nie wpływa znacząco na to jak trzyma się urządzenie, a znajdujący się na nim wzór jest jedynie dodatkiem wizualnym.

Mam raczej niewielkie dłonie i czytanie na Kobo mini nie sprawiało mi problemów. Inni użytkownicy, wśród których pojawiły się osoby z dłońmi większymi od moich również nie narzekali na jego wymiary. Czytnik jest wystarczająco lekki, by trzymać go w jednej ręce przez naprawdę dłuższy czas bez fatygowania ramienia. Znajdujący się na górnej krawędzi przycisk pozwalający włączać/wyłączać czytnik oraz usypiać go nie budzi jednak zaufania. Od pierwszego uruchomienia mam poważne obawy co do jego niezawodności, ale po ponad pół roku mogę stwierdzić, że są one zupełnie bezpodstawne – mechanizm jest nadal w pełni sprawny i nie zanosi się na to, by wkrótce mogło się to zmienić. Zaraz obok niego, na lewo, znalazła się niewielka dioda LED informująca nas między innymi o stanie baterii podczas jej ładowania czy procesie uruchamiania czytnika. Na środku dolnego brzegu umieszczono złącze microUSB pozwalający ładować czytnik i łączyć go z komputerem w celu transferu książek. W te musimy zaopatrywać się w innych sklepach, ponieważ platforma Kobo, oferująca książki i magazyny, nie jest dostępna w naszym kraju. Nie skorzystamy więc na obecności Wi-Fi w czytniku.












Czytnik obsługujemy za pomocą ekranu dotykowego. Wewnątrz Kobo mini znalazł się procesor o taktowaniu 800 MHz i 2 gigabajty pamięci wbudowanej, z czego dokładnie połowa jest do naszej dyspozycji. Nieobecny jest czytnik kart pamięci, więc pozostaje nam jedynie wspomniana przestrzeń. W przypadku e-książek jest to ilość wystarczająca do wypełnienia pamięci czytnika setkami książek czy dokumentów. Obsługiwane są następujące formaty: EPUB, PDF, JPEG, GIF, PNG, TIFF, TXT, (X)HTML, RTF, CBZ, CBR. Ze względu na niewielki, czarno biały ekran oglądanie grafik czy komiksów nie jest zalecane, ale taka możliwość istnieje. Plik EPUB są jednym z dwóch najpopularniejszych formatów (obok MOBI), w których zakupimy ebooki w języku polskim, z którym czytnik nie ma żadnych problemów. Zazwyczaj kupujemy książki w obydwu formatach, wystarczy wybrać pobieranie właśnie z EPUB i wtedy możemy przejść do lektury na Kobo mini.

Nie dla każdego

Chciałbym napisać, że czytanie na Kobo mini będzie przyjemnością dla każdego. Niestety nie. Szczerze mówiąc, jeżeli nie macie możliwości przeczytać co najmniej kilkunastu stron przed zakupem, to ryzykujecie, że Kobo mini niedługo później stanie się bohaterem Waszego ogłoszenia o sprzedaży. Niewielki ekran wiąże się z wieloma kompromisami – jeżeli wybierzemy jeden z największych rozmiarów tekstu musimy pogodzić się z niewielką ilością treści na ekranie. Niewielka czcionka ciągnie za sobą mniej wyraźne litery i wytężanie wzroku. Oczywiście to jak widzimy jest sprawą indywidualną i najmniejszy rozmiar liter może okazać się dla niektórych najlepszym wyjściem, ale w większości przypadków nie wiąże się to z szeroko pojętym komfortem. Jeżeli chodzi o pliki PDF, czytnik oferuje dość wygodny mechanizm powiększania, ale rozmiary ekranu zupełnie dyskwalifikują w mojej ocenie to urządzenie jako czytnik PDF-ów. Te, zdecydowanie wygodniej będziemy przeglądać na tablecie i smartfonie.

Wydajność Kobo mini jest wystarczająca – tak w skrócie można opisać czas wczytywania kolejnych ekranów menu, książek czy następnych stron. Zazwyczaj przy dwóch pierwszych sytuacjach potrzebne jest do kilku sekund, zaś przełączanie stron działa po prostu sprawnie. Zdecydować możemy o rozmiarze “stref” odpowiedzialnych za wybranie poprzedniej i następnej strony. Pierwszy z wariantów dzieli ekran na dokładnie trzy części – skrajne pozwalają przełączać strony, a centralna umożliwia wyświetlenie menu kontekstowego.

Jeżeli czytamy trzymając czytnik jedną ręką będziemy woleli wybrać jeden z dwóch pozostałych, gdy dwie trzecie powierzchni ekranu odpowiadają za wybór następnej strony, a pozostała część za powrót do poprzedniej. Wtedy jednak menu kontekstowe wywołujemy po tapnięciu na niewielki prostokąt na środku ekranu zaraz obok dolnej jego krawędzi. Kobo mini oferuje 10 czcionek oraz opcje zmiany rozmiaru liter, odstępów między liniami i zasięg marginesów. Jeżeli zechcemy, skorzystać można z opcji justowania tekstu, bądź wyrównania do lewej. Nawigowanie po ustawieniach jest nieco meczące, szczególnie ze względu na niską wydajność, ale również i z powodu nieco większej siły, której trzeba użyć przy tapnięciach. Do tego można jednak przywyknąć i po pewnym czasie przestajemy na ten fakt zwracać uwagę dotykając ekranu z odpowiednim naciskiem.

Brak wykorzystania dla Wi-Fi można przekształcić w spory atut dla czytnika – dłuższy czas pracy na baterii. Ten, według Kobo, powinien wynieść około miesiąca i taki wynik jest osiągalny, jeżeli czytamy sporadycznie. Jeśli po czytnik będziemy sięgać częściej, codziennie, i czytać będziemy do kilku godzin to po dwóch i pół tygodnia możliwe jest ujrzenie komunikatu o niskim poziomie naładowania baterii. Jak na urządzenie o takich rozmiarach, jestem w pełni zadowolony z czasu pracy na baterii jaki oferuje, nie ustępuje on przecież nawet modelom (innych producentów) z wyższej półki.

Podsumowanie

Korzystając i recenzując taki czytnik należy pamiętać jaki cel przyświecał producentowi przy jego projektowaniu. Ma to być urządzenie które będziemy mogli zabrać ze sobą niemalże wszędzie (jak na razie mini nie jest wodoodporny, ale przyszłe wersje mogą odziedziczyć tę cechę po modelu H20) i jego zakup musi być umotywowany właśnie takimi oczekiwaniami. W tej roli Kobo mini mnie nie zawiódł i jeśli poszukujecie kieszonkowego czytnika warto zainteresować się właśnie tym modelem.