Ciekawostki technologiczne

TAKIEGO karalucha szanuję. Ale też wolałbym go nie mieć w swoim domu

Jakub Szczęsny
6

Mnie raczej taki karaluch nie grozi, ale Japończycy mają akurat ten problem, że muszą sobie radzić chociażby z trzęsieniami ziemi. Jedno z takich wywołało nawet katastrofę nuklearną w Fukushimie: aktywność sejsmiczna, mimo doskonałego przygotowania Japonii to coś, przed czym czasami nie da się ochronić w pełni. Jednak naukowcy z tego kraju mają pewien pomysł - dlaczego by nie wykorzystać do przeszukiwania gruzowisk... karaluchy?

Raczej mało przyjemne zwierzątka. Już to, co nazywamy karaluchem w Polsce (czyli najczęściej prusaki) jest obrzydliwe, kojarzy się z brudem i chorobami i trudno to wytępić. Japończycy podchodzą do tego inaczej - na dosyć ciekawy pomysł wpadli naukowcy z firmy Riken, którzy zademonstrowali zdolność do zamontowania "plecaków" z ogniwami słonecznymi i elektroniką na karaluchach. Po co te elementy elektroniczne? Cóż... aby karaluchami "sterować". Tamtejszy zespół opracował elastyczną folię dla ogniw słonecznych, która ma grubość 4 mikronów i może zmieścić się na odwłoku owada. Tak umieszczone ogniwo słoneczne generuje wystarczająco dużo energii do przetwarzania i wysyłania sygnałów kierowanych do narządów zmysłów, które znajdują się w tylnej części ciała karalucha. Brzmi naprawdę skomplikowanie, ale sami naukowcy mówią że nie jest to szczególnie wyrafinowane rozwiązanie.

Japońscy naukowcy wspierali się poprzednimi pracami Nanyang Technological University w Singapurze, gdzie eksperymentowano nad metodami kontroli owadów za pomocą sygnałów elektrycznych kierowanych do ich narządów zmysłów. Jeżeli chodzi o takie karaluchy, to mają one istotną przewagę nad robotami: mogą wejść do niebezpiecznych obszarów znacznie szybciej i w prostszy sposób. No i dodatkowo - pomysł naukowców, który polega na jedynie kierowaniu sygnałów do narządów zmysłów - jest niesamowicie optymalny energetycznie. Poruszanie mechanicznymi częściami robotów zużywa mnóstwo energii. Tutaj kluczowe jest to, że w tym przypadku to sam karaluch inicjuje ruch - zużywa własną, biologiczną energię.

Co bardzo istotne, mimo zamontowania urządzeń "na barkach" karaluchów, owe robaki są w stanie pokonać małe przeszkody lub stanąć na nóżkach się po przewróceniu na grzbiet. Ale to już efekt bardzo kreatywnej inżynierii: istotne było to, aby wykorzystać maksymalnie miejsce na takim karaluchu. Warto podkreślić, iż "produkcja" takich karaluchów nie jest szczególnie droga. Ów prototyp opracowano za pomocą części wartych jakieś 35 dolarów. Do "akcji" wykorzystano natomiast madagaskarskiego karaczana znanego z tego, że "syczy" (wydaje dźwięk podobny do syczenia) - chodziło o to, by był on na tyle duży, by unieść "sprzęt" i jednocześnie na tyle żywotny, by wejść w trudne miejsca. Warto podkreślić, iż według słów naukowców z Riken - parasol pokryty tą samą folią dla ogniw słonecznych, co w przypadku karaluchów byłby tak wydajny energetycznie, że mógłby on naładować telefon komórkowy w rozsądnym czasie. Nieźle.

Jedyny karaluch jakiego "szanuję"

Takie karaluchy miałyby docierać do ludzi w gruzach znacznie szybciej. Jednak wyzwaniem jest na razie to, aby zmieścić na tych owadach inne czujniki - między innymi kamery, które pozwalałyby zajrzeć pod zwały zawalonych budynków. Naukowcy są jednak całkiem pozytywnie nastawieni do możliwych dalszych sukcesów i uważają, że niektóre problemy techniczne zostaną szybko rozwiązane. A i trzeba mieć na uwadze fakt, iż dalsza miniaturyzacja najpewniej pozwoli całkiem szybko zrealizować "sen o karaluchach-ratownikach".

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu