1

Już ponad 170 tys. linków zniknęło z wyszukiwarki Google, z czego blisko 4 tys. na wniosek Polaków

Raport przejrzystości Google’a to cenne źródło informacji – nie tylko na temat tego, jak funkcjonuje największa internetowa wyszukiwarka. Najnowsze dane wskazują, jak zmieniła się jej zawarto pod wpływem prawa do bycia zapomnianym. Najwyraźniej skala tego zjawiska przeszła najśmielsze oczekiwania. Od momentu uruchomienia formularza do Google’a spłynęło prawie 150 tys. wniosków. Po majowym wyroku Europejskiego Trybunału Sprawedliwości, […]

Raport przejrzystości Google’a to cenne źródło informacji – nie tylko na temat tego, jak funkcjonuje największa internetowa wyszukiwarka. Najnowsze dane wskazują, jak zmieniła się jej zawarto pod wpływem prawa do bycia zapomnianym. Najwyraźniej skala tego zjawiska przeszła najśmielsze oczekiwania. Od momentu uruchomienia formularza do Google’a spłynęło prawie 150 tys. wniosków.

Po majowym wyroku Europejskiego Trybunału Sprawedliwości, na mocy którego Google i inne wyszukiwarki zostały obarczone obowiązkiem udostępniania mieszkańcom Starego Kontynentu formularza do usuwania tych linków z wyników, które zawierają ich dane osobowe oraz informacje niepełne, nieaktualne lub po prostu nieprawdziwe. Dziś możemy wreszcie zobaczyć skalę odzewu, z jakim się to spotkało.

2014-10-10_153611

Z perspektywy czasu okazuje się, że Trybunał Sprawiedliwości miał po części rację. Europejczycy potrzebują takiego narzędzia i chcą z niego korzystać. Świadczy o tym te niespełna 150 tys. wniosków, które wpłynęły do wyszukiwarki. W rezultacie pracownicy Google zostali zmuszeni do przeanalizowania prawie 0,5 mln linków, z czego usuniętych zostało ponad 170 tys. (blisko 42 proc.). Tylko w Polsce złożono dokładnie 3665 wniosków o usunięcie 14,6 tys. linków. Zaowocowało to wykluczeniem z wyników wyszukiwania 34 proc. z nich (niespełna 4 tys.).

2014-10-10_153555

Co ciekawe, największa liczba usuniętych linków (3331) pochodzi z… Facebooka. Niewiele gorszy jest od niego serwis do wyszukiwania osób w sieci profileengine.com, do którego prowadziło 3287 odnośników. W czołówce znalazł się też YouTube z wynikiem 2393. Wnioski nasuwają się same. Prawo to pozwala walczyć przede wszystkim z treściami, których autorami nie są dziennikarze czy media, ale przede wszystkim inni użytkownicy. Podejrzewam, że przeważająca liczba usuniętych wyników to kompromitujące, oczerniające wpisy, pogłoski lub filmy wrzucone na YouTube. Obrywa się też platformom, które bez naszej zgody tworzą profile w sieci i zbierają informacje na nasz temat, a z tego przecież znane jest m.in. badoo.com.

2014-10-10_153539

Google przytacza również przykładowe wnioski, które składali użytkownicy. Widać tutaj pewne pozytywne rezultaty funkcjonowania formularza. W Niemczech skorzystała z niego ofiara gwałtu, której imię i nazwisko pojawiało się w artykule prasowym dotyczącym całej sprawy. W tym samym kraju pojawił się również wniosek o usunięcie 50 linków prowadzących do prywatnej, krępującej korespondencji, która wyciekła do sieci. Ktoś we Włoszech poprosił natomiast o usunięcie linku do strony, na której ktoś opublikował należące do niego zdjęcie. Internauta z Belgii natomiast brał udział w konkursie jako dziecko i nie chciał, aby ta informacja była dostępna w Google.

Ale nie wszystkie wnioski są rozpatrywane pozytywnie. Pojawiło się kilka wniosków o usunięcie linków do stron informujących o aresztowaniu i skazaniu danej osoby za przestępstwa finansowe. Google rozpatrzył je negatywnie. Podobny los spotkał zgłoszenie pracownika mediów z Wielkiej Brytanii, który sam opublikował krępujące artykuły, a potem prosił o ich usunięcie z wyników wyszukiwania. Inny Brytyjczyk żądał usunięcia informacji o jego zwolnieniu z pracy za przestępstwa seksualne – również się nie udało. Szczęścia nie miał też pewien urzędnik państwowy, który chciał usunięcia z Google linku do petycji studentów domagających się jego rezygnacji. Pojawił się również przypadek osoby duchownej chcącej pozbyć się linków do artykułów dotyczących śledztwa w sprawie oskarżeń o molestowanie seksualne, którego miałaby się dopuścić podczas wykonywania obowiązków zawodowych.

Jak widać nie można oceniać jednoznacznie wyroku ETS i jego konsekwencji. Choć początkowo byłem bardzo negatywnie nastawiony do całej sprawy, to widząc przykłady podane przez Google muszę przyznać, że to ma sens i jest potrzebne. Jednocześnie wielki plus należy się samemu koncernowi za to, że stara się przedstawiać całą sprawę w pozytywnym świetle. Zresztą jest w interesie Google’a, by przekonać internautów do tego, że nowe prawo nie wpłynie na rzetelność i neutralność wyników wyszukiwania. Jak na razie, moim zdaniem, udaje się to bardzo dobrze.