84

Jeszcze trochę jadu – dlaczego zrezygnowałem z Orange?

Jeśli wystarczająco długo czytacie Antyweb i nie pomijacie wpisów napisanych przeze mnie, to być może mieliście okazję poznać moją historię związaną z mobilnym internetem w Orange. Spora część z Was odczytała to jakie zwykłe żale, ale w końcu od czego jest blog? Trochę konsumenckiego podejścia nie zaszkodzi w tym nudnym jak… biznesowym świecie, parafrazując niepłaczących […]

Jeśli wystarczająco długo czytacie Antyweb i nie pomijacie wpisów napisanych przeze mnie, to być może mieliście okazję poznać moją historię związaną z mobilnym internetem w Orange. Spora część z Was odczytała to jakie zwykłe żale, ale w końcu od czego jest blog? Trochę konsumenckiego podejścia nie zaszkodzi w tym nudnym jak… biznesowym świecie, parafrazując niepłaczących chłopaków.

Po wielu latach korzystania z Orange dziś podjąłem ostateczną decyzję o zmianie operatora. Nie dlatego, że T-Mobile obiecał mi iPada, czy Play więcej minut za darmo. Dlatego, że bałagan w Orange przerósł także pracowników tej korporacji, a mnie już przestało to obchodzić.

Sytuacja wygląda następująco. Nie jestem najlepszym klientem Orange na świecie, zdaję sobie z tego sprawę. Chociaż opłacam  abonament iPhone’owy o wysokości ok. 150zł i często przekraczałem tę kwotę (zaryzykuję więc stwierdzeniem, że jestem w połowie płacących wyższe, niż niższe rachunki), to zdarzało mi się i nadal zdarza spóźniać z opłatami. A to jakiś nieplanowany wyjazd zagraniczny, a to po prostu luka w pamięci, a to brak czasu aby podjechać do operatora (tak, jestem dinozaurem, opłacam rachunki za telefon w punktach sprzedaży)… W związku z tym dostawałem powiadomienia SMSowe z prośbą o wpłatę, ba – zdarzyło mi się podczas 3-letniego kontraktu, że mój numer został chwilowo wyłączany. Wtedy oczywiście czym prędzej pędziłem do salonu opłacić wszystkie zaległości i sprawy bieżące, mijała godzina i numer ponownie był aktywny. Ot, taka trudna miłość.

Po wspomnianych 3 latach od podpisania ostatniego kontraktu przyszedł jednak czas na przedłużenie umowy. Sprawa normalna. Nawet nie zastanawiałem się nad zmianą operatora – pomimo pewnie przeciętnych warunków jakie mam obecnie oferowane. Ot, przyzwyczajenie, wierność marce, która powinna (wierność, nie marka) jak przypuszczałem zostać w jakiś sposób wynagrodzona.

I pewnie by tak było, gdyby Orange był operatorem osiedlowym, a jego klientów liczyłoby się w dziesiątkach. Niestety z wielomilionowymi korporacjami bywa tak, że zdarza im się mieć klientów w poważaniu. I pechowo trafiło, bo nie dość, że na klienta zostawiającego u nich całkiem przyzwoite pieniądze (ostatnie kilka miesięcy rachunki 200-300zł+), to jeszcze mającego dostęp do dashboardu Antyweba. Stąd ten wpis.

Pierwsza próba przedłużenia umowy (kontrakt wygasa jakoś na dniach) miała miejsce kilka tygodni temu. Usłyszałem wówczas, że zaległe rachunki nie pozwalają na to. W porządku, fair enough. Szybko w okienku opłaciłem co należy, wróciłem do pana sprzedawcy – ale niestety, no-no. Trzeba poczekać na zaksięgowanie wpłaty, chociaż SMSa z powiadomieniem o takiej operacji dostałem po 5 minutach. Proszę wrócić za kilka dni. Nikt mnie nie informuje oczywiście o zaksięgowaniu, muszę monitorować temat sam. Ok. Wracam zatem po kilku dniach.

W salonie przechodzimy do tematu, sprawa zaksięgowana i… Niestety, przykro mi bardzo, ale nie może pan przedłużyć umowy. Dlaczego? Ponieważ mój numer jest zdezaktywowany. Nie może pan z niego przecież dzwonić, wysyłać wiadomości.

Tutaj mi nieco szczęka opadła, gdyż minutę przed rozmową zadzwoniłem do znajomego. Ponowna próba – wszystko działa. Jak to pan stwierdził – niemożliwe. Przy mnie stało się możliwe!

Trudno, trzeba jakoś ten problem rozwiązać. Pan polecił telefon na infolinię i zgłoszenie sprawy. Zrobiłem tak jeszcze w salonie, pani po drugiej stronie słuchawki skierowała mnie do działu windykacji (?). Tak uciąłem sobie miłą pogawędkę, sprawa została zgłoszona. To tyle z drugiej wizyty. Czas się pożegnać i po kilku dniach sprawdzić czy już problem rozwiązano.

Mija jakiś czas, wracam ponownie. Aby było milej, przy stole ten sam pan co poprzednio. Pójdzie szybko, pomyślałem. Niestety, pan o mnie nie pamiętał (ok, jestem podobny zupełnie do nikogo, rozumiem; poza tym byłem w dresie). Nakreśliłem problem, ale pan wolał wszystko od nowa sprawdzić. I niestety, brak efektu. Na windykację pana skierowali? Co za idioci… No nie mogę… Cóż, najważniejsze, że był szczery. Zatem pogadaliśmy ponownie i tym razem dość stanowczo powiedziałem, że nie wyjdę od nich z salonu z niczym. Kajdanek do przykucia się do kaloryfera nie zabrałem, ale nie mam też czasu jeździć wielokrotnie i załatwiać banalne sprawy. No to siedzimy, o suchym pysku – kawy oczywiście nie podają – i czekamy. A w zasadzie ja czekam, pan dzwoni tu i ówdzie, na infolinię konsumencką, a także jakąś wewnętrzną. W KOŃCU! Ktoś podobno wie w czym rzecz, chociaż pan w salonie zaklina się, że pierwszy raz taką akcję widzi. I każe mi czekać kolejnych kilka dni na efekt.

Dobra, teraz byłem zły. Zrywamy umowę, nie mam czasu na wasze zabawy, serio. I co? I szok! Skoro numer jest nieaktywny, to zerwać umowy się nie da. Dlaczego zatem dostaję np. faktury co miesiąc? Otóż Orange ma dwa systemy – jeden związany m.in. z przedłużaniem/zrywaniem umów, drugi z fakturami. W pierwszym mnie NIE MA, ale w drugim – jak najbardziej. Całe szczęście, że nie odwrotnie! W każdym razie dowiedziałem się, że muszę czekać. Rozmowa miała miejsce w minionym tygodniu, pan OBIECAŁ mi, że na początku tego dostanę powiadomienie SMSem lub telefonem o rozwiązaniu sprawy. Zatem, do widzenia!

Nie muszę dodawać, że wpis powstał, ponieważ powiadomienia nie dostałem? Przez cały tydzień cała armia pracowników Orange miała mnie gdzieś, zatem pofatygowałem się jeszcze dziś. Ostatni raz. Mówię ślicznej pani konsultantce – działa? W skrócie, rzecz jasna. Otóż – w skrócie rzecz jasna – nie, nie działa. Dobra, to zrywamy.

Ach! Zapomniałem. Nie mogę. Pani mówi: proszę pismo do BOK napisać. Spoko, niech pani napisze, ja się podpiszę. Nie można. OK, niech mi pani podyktuje, nie mam czasu na wymyślanie formułek. Zgadnijcie: też nie można. Pani sprzedaje mi protipa: niech pan pójdzie do innego operatora, oni są silni i dzięki nim przeniesie pan tam numer, im mocno zależy, mają władzę. Wow.

Doskonały pomysł, przecież z Orange i tak już korzystać nie będę. Nie napiszę do kogo się przenoszę, bo to nie ma znaczenia – nie chodzi tutaj o reklamę kogokolwiek. Tylko o to, aby przestrzec przed znakomitą obsługą i systemem w Orange. Być może jestem jedyną osobą na świecie, której taki przypadek się przytrafił. I wtedy – wybacz Orange – ale macie nieprawdopodobnego pecha.

Swoją drogą – poprzednie przypadki pokazały, że czytają nas przedstawiciele firmy i reagują na wpisy. Jeśli zatem i tym razem miałaby taka sytuacja nastąpić – możecie podarować sobie gesty w moją stronę, zresztą – kim jestem, aby na nie zasłużyć? Ale wybudowanie kilku studni w biednych krajach Afryki byłoby niezłym pomysłem. Przynajmniej się na coś realnie przydadzą.

PS Opisałem tutaj 4 wizyty w salonach – czyli circa 4 godziny straconego czasu, wliczając dojazdy. Dałbym sobie urwać jednak chociaż mały palec, że byłem tam w tej sprawie 5 czy 6 razy. Apeluję – za każdą bezsensowną wizytę klienta Orange w salonie – jedna studnia!