VOD

Polski film na Netflix, który lepiej wypadłby jako serial. Hiacynt - recenzja

KK
Konrad Kozłowski
12

Debiutujący na festiwalu filmowym w Gdyni "Hiacynt" wywołał niemałe emocje, a teraz można go oglądać na Netflix. Czy zamiast filmu nie powinien jednak powstać serial?

Piotr Domalewski powraca z nowym filmem, który zabiera nas na schyłek PRL-u. Tytuł powinien od razu przywodzić na myśl okres lat 1985-1987, kiedy to prowadzono szeroko zakrojoną akcję inwigilacji i prześladowania homoseksualistów. Ścigano ich, przesłuchiwano, zmuszano do podpisywania obciążających deklaracji i zakładano teczki. W takim kontekście rozgrywa się akcja filmu, który skupia się na młodym milicjancie Robercie Mrozowskim (Tomasz Ziętek). Jest to ambitny, rezolutny facet, przed którym kariera stoi otworem. Właśnie zamknął głośne śledztwo, może szykować się na odbiór odznaczenia, a w jego ręce trafia nowa sprawa.

Współpracuje ze starym wyjadaczem Wojtkiem (Tomasz Schuchardt), który znakomicie wpasowuje się w ramy systemu. Lukratywne perspektywy nie wyłaniają się przed Robertem tylko z powodu jego pracy, ale także dzięki ojcu w SB, który stara się zadbać o przyszłość syna. Robert szykuje się do szkoły oficerskiej, a szybkie znalezienie winnego w sprawie zabójstwa wydaje się być mu na rękę. Mężczyzna nie potrafi jednak odpuścić i wbrew najbliższym będzie dążył do prawdy.

Śledztwo a sprawy osobiste - Hiacynt to nie jest klasyczny kryminał

Widzowie oczekujący klasycznego kryminału osadzonego w pamiętnym okresie w historii Polski nie będą do końca zadowoleni. To nie dochodzenie jest w "Hiacyncie" najważniejsze, choć jest ono motorem napędowym dla fabuły. O wiele ważniejsza jest postać Roberta i jego relacja z nowo poznanym informatorem Arkiem (Hubert Miłkowski), która zmieni wszystko. Młody Mrozowski postawi się ojcu i dygnitarzom kontynuując śledztwo, co doprowadzi go do miejsca, z którego nie będzie już odwrotu. Rozgryzienie sprawy może zająć widzom mniej czasu, aniżeli Robertowi, więc wyjaśnienie ukazane pod koniec filmu nie jest tak szokujące.

Całość została utrzymana w dość klasycznym dla kryminałów klimacie - niewiele scen rozgrywa się za dnia, a każda ze scenografii aż przesączona jest atmosferą sprzed kilku dekad. Dokładność w odtworzeniu wnętrz robi przepotężne wrażenie. dlatego wiele ujęć przemawia do widza nawet gdy bohaterowie ze sobą nie rozmawiają. Nie jest to częste zjawisko w polskich filmach i nie potrafię przestać się zachwycać tym, jak "Hiacynt" wyśmienicie wygląda na ekranie. Gra kolorów, światła, pomysły na ujęcia w duecie z grą Tomasza Ziętka i wtórujących mu Miłkowskiego, Kality oraz Schuchardta sprawiają, że na blisko dwie godziny byłem przyklejony do telewizora. Muzyka występuje sporadycznie, jest delikatna, ale wpływa na odbiór poszczególnych scen. Całość nie wydaje się niepotrzebnie rozciągnięta ani skompresowana - scenariusz przeniesiono na ekran z zachowaniem dynamiki i właściwym wyczuciem, ale...

Hiacynt mógłby być lepszy jako serial

W samych superlatywach nie można jednak wypowiedzieć się o samej fabule, ponieważ w zbyt dużym stopniu historia bazuje na schematach i szablonach, a zanikający wątek dochodzenia odbiera całości sznytu. Wyraźnie widać jednak, że taki balans pomiędzy wątkiem policyjnym i osobistym jest utrzymywany od początku do końca. Nie zabrakło konsekwencji, dzięki czemu film pozostaje sobie wierny, ale trudno nie poczuć niedosytu w temacie śledztwa i jego zawiłości.

W szerszym kontekście film nie rozprawia się też w dosadny sposób w wydarzeniami z lat 80., pozwala nam tylko poznać kilka informacji, z czego ostatnią pozostawia na koniec w formie napisów. Przez to zacząłem się zastanawiać, czy historia ta nie zasługuje na serial, który lepiej ukazałby skalę działalności służb i przyjrzał się większej liczbie świadków tamtych wydarzeń. W ostatnich latach otrzymywaliśmy od niektórych twórców mini-serie będące rozbudowanymi wersjami filmów, więc i w przypadku "Hiacynta" mogłoby to wyjść z korzyścią dla tytułu i historii.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: