Felietony

Haha, on zapłacił za Twittera, czyli spolaryzujmy się jeszcze bardziej

Patryk Koncewicz
4

Prawie 4 dyszki miesięcznie za odznakę na darmowej platformie? Say no more.

Internet uwielbia wojenki i podziały czyż nie? Androidy czy iOS, Messi czy Ronaldo, Pepsi czy Cola, BMW czy Audi – mógłbym wymieniać bez końca. Jest tak wiele różnych powodów, żeby anonimowo pokłócić się z kimś w sieci i poczuć wyższość z faktu przynależności do przeciwnej grupy. Nigdy nie bawiłem się w te toksyczne gierki, ale funkcjonuje w Internecie wystarczająco długo by wiedzieć, że ludzie potrzebują tego równie mocno co niegdyś chleba i igrzysk. Całe szczęście Elon podrzucił im nową kość niezgody: płatną weryfikację na Twitterze.

Certyfikat jakości za 8 dolarów

Wbrew pozorom subskrypcja Twitter Blue nie jest wcale żadną nowością. Fakt, Musk wyciągnął trupa z szafy, przyspieszając wdrożenie usługi, ale pierwsze testy zostały zapoczątkowane latem 2021 roku. Wtedy też mówiło się o cenie 3 dolarów za zestaw wątpliwe przydatnych funkcji, takich jak zmiana koloru ikony aplikacji czy niesławna edycja opublikowanych tweetów, ale powiedzmy sobie wprost – nie robiło to szczególnego wrażenia. Dopiero najbogatszy człowiek świata potrafił dzięki swym zasięgom rozbudzić zainteresowanie opłatą za darmowy serwis. Wszystko dzięki znaczkowi weryfikacji.

Źródło: Twitter

Osiem dolarów miesięcznie. Tyle trzeba zapłacić za zbitek pikseli, który pokaże, że Ty to na Twitterze jesteś gość. Byłbym w stanie zrozumieć, gdyby dawało to jakieś wymierne korzyści, ale nie oszukujmy się, chodzi o plakietkę, która niegdyś zarezerwowana była tylko dla gwiazd, sportowców i polityków. Jeszcze do niedawna ten mały niebieski znaczek oznaczał, że treści publikowane przez legitymujące się nim konto są zweryfikowane/popularne/ciekawe i generują niemałe zasięgi. Wiecie, taka trochę Twitterowa elita, która wcześniej musiała czymś się wyróżniać. Dziś każdy może mieć to za 8 dolarów miesięcznie. I właśnie dlatego Internet się z nich śmieje.

Patrzcie, to ten co zapłacił za Twittera!

Co tu dużo mówić, Internet podzielił nam się na tych twitterowych „tryhardów”, dla których posty w social mediach są sprawą honoru i godności i bezlitosnych śmieszków, punktujących lansiarskie zapędy posiadaczy płatnej weryfikacji. I teraz zadajmy sobie pytanie, czy Musk nie miał przypadkiem takiego planu od samego początku?

Twitter przecież od dłuższego czasu pokracznie radził sobie z finansami i konieczne było zwiększenie ruchu na platformie. A nic tak w Internecie nie pobudza atmosfery jak okazja do kpin.

No i stało się. Media społecznościowe zalały się memami i uszczypliwymi komentarzami, a im bardziej sympatycy weryfikacyjnego obozu się irytują, tym mocniej opozycjoniści dokręcają śrubę. Wątki na Reddicie generujące tysiące komentarzy, memy na Twitterze i nawet artykuły w mediach.

O Twitter Blue się mówi i to w zasadzie wina… kogo? Tych złośliwych i prześmiewczych czy nieco nadętych z nadmiarem gotówki? W sumie nieważne, bo nawet bez odpowiedzi ukazuje to stan i polaryzację internetowego społeczeństwa. A może powinienem to nazwać oderwaniem od rzeczywistości? Na tej samej platformie gdzie jedni publikują zdjęcia martwych ukraińskich cywili, drudzy sprzeczają się o potrzebę posiadania fajnej plakietki.

 

I nie chodzi o to, że zaglądam komuś do portfela i czepiam się subskrypcji – skądże, sam mam ich dziesiątki. Ale każda z nich przynosi jakieś wymierne korzyści, czy to w pracy, czy w rozrywce. Płatna weryfikacja na Twitterze to taki przerost formy nad treścią. Coś jak pasek Off-White albo torba Balenciagi. Z tym, że w nieco mniejszej skali i z bardziej protekcjonalną otoczką. A Musk się cieszy, bo zarabia na stworzeniu czegoś z niczego. I wiem, że projekt chwilowo wstrzymano, bo platforma zalała się armią zweryfikowanych fejków (tzn. Musk obraził się o zbyt dużą ilość Musków). Ale zaraz wróci i zapewne Twitter nie będzie musiał narzekać na brak chętnych.

A jeśli jesteś tym, który rozważa wykupienie subskrypcji, to mam nadzieje, że przyświeca Ci jedyny słuszny cel: kolejny klon Elona Muska.

Stock image from Depositphotos

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu