7

Gry wszech czasów: 25-lecie grozy, która nadeszła z pustyni!

Pewnej gorącej, dusznej nocy 1951 roku na pustyni otaczającej senne miasteczko Lizard Breath rozbija się meteoryt. Na miejsce przybywa Greg Bradley, geolog mający zbadać sprawę. Misja naukowa szybko przeradza się w walkę o przetrwanie… W tym roku mija ćwierćwiecze od premiery jednej z ciekawszych gier na Amigę – „It came from the desert”. To niezwykle […]

Pewnej gorącej, dusznej nocy 1951 roku na pustyni otaczającej senne miasteczko Lizard Breath rozbija się meteoryt. Na miejsce przybywa Greg Bradley, geolog mający zbadać sprawę. Misja naukowa szybko przeradza się w walkę o przetrwanie…

W tym roku mija ćwierćwiecze od premiery jednej z ciekawszych gier na Amigę – „It came from the desert”. To niezwykle klimatyczny i ciekawy mariaż stylów adventure i arcade. Gra utrzymana jest w konwencji filmowych horrorów klasy B z lat pięćdziesiątych. Za duchowego ojca produkcji uznać należy obraz „Them!” z 1954 roku:

W przeciwieństwie do filmu, w grze apokalipsa ma wymiar lokalny, choć w końcu opanować może cały świat. To na tych klimatach bazuje sam Stephen King – małe senne miasteczko, mroczne zagrożenie, odcięcie od świata i jego technologii (warto tu wspomnieć chociażby świetną „Desperację”).

Bohater na miarę swoich czasów

Żeby zrozumieć i pokochać grę, z pewnością trzeba mieć sentyment do filmów klasy B, skorych do pewnych uproszczeń i przerysowań. Nasz bohater, Greg Bradley, jest co prawda zwykłym geologiem, ale jak na amerykańskiego samca alfa przystało, potrafi pilotować samolot, ścigać się autem i celnie strzelać z wszelakiej broni palnej, a pielęgniarki w szpitalach chętnie rozchylają przed nim dekolty.

Po lewej Amiga, po prawej PC. Auć…

Mroczne widmo

Na szczęście nie Lucasa… Mrok pada na senne Lizard Breath, gdy okazuje się, że w miasteczku dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy. Dlatego też rozpoczynamy śledztwo w sprawie różnej maści niecodziennych wypadków. Rozmawiamy z mieszkańcami, patrolujemy okolicę, a nawet… udajemy się do wróżki. W tym czasie naprzemiennie działamy w konwencji klasycznej przygodówki z tekstami na tle ilustracji, trybie FPS oraz rzucie z góry typowym dla wczesnych RTS.

Uwaga, spoiler!

Ponieważ na świecie dość często rozgrywają się dziwne rzeczy, założyć trzeba, że wśród Czytelników niniejszego tekstu są tacy, których gra ominęła, a którzy chcieliby się zanurzyć w jej fabułę, nie wiedząc, jakie jest rozwiązanie pustynnej tajemnicy. Ci muszą zamknąć oczy i przeskoczyć na ślepo do kolejnego podtytułu. Tymczasem my tu sobie, panie dzieju, przypomnimy, iż miasteczko zaatakowane zostaje przez gigantyczne, zmutowane mrówki.

Naszym najważniejszym zadaniem będzie odnaleźć i pokonać królową, a mamy na to 15 dni. Jakkolwiek naiwnie to brzmi, pamiętajmy o przyjętej konwencji filmów klasy B. Mało tego, gra, choć momentami humorystyczna, skutecznie trzyma w napięciu. To prawdziwy horror – nie gore jednak – to raczej produkcja w wtrwanym stylu Kinga.

Jeśli powyższa fabuła przypomina Ci horrory klasy B z lat sześćdziesiątych, co więcej – uwielbiasz takie filmy, to It Came from the Desert jest grą wprost stworzoną dla Ciebie. Wszystko w niej, od początku do końca nawiązuje do tego typu produkcji, poczynając od tytułu i projektu okładki na specyficznej atmosferze kończąc. Scenariusz, choć momentami groteskowy, skutecznie trzyma w napięciu. Widok rujnowanego miasta pod koniec gry i bezsilność głównego bohatera, chcącego ratować mieszkańców Lizard Breath, pozostawia niezapomniane wrażenia. (źródło)

Oprawa audiowizualna

„It came from the desert” to gra z 1989 roku, więc nie liczcie na grafikę rodem z „The Vanishing of Ethan Carter”. Tym niemniej kto nie urodził się wczoraj i zna etapy rozwoju strony wizualnej elektronicznej rozrywki, nie będzie zawiedziony. Gra wygląda zgrabnie, wykonana jest starannie i zdecydowanie ma klimat. Pamiętać jednak należy o tym, że oryginalna produkcja na Amigę wyglądała nieco lepiej niż pecetowa konwersja – wspominam na wypadek, gdybyście zastanawiali się, w którą wersję zagrać. Sporą zasługę w utrzymaniu klimatu ma też muzyka, która doskonale podkreśla stan zagrożenia, a nawet gdy przechodzi w pozornie sielskie tony, wiemy, że to cisza przed burzą.

Tajemnicza druga wersja

Googlując na temat gry, można trafić na różne okładki i… zdecydowanie odmienne w klimacie screeny. Niespójność graficzna? Nic z tych rzeczy. Gra doczekała się bowiem oficjalnie jednej konsolowej wersji, nieoficjalnie natomiast dwóch. W 1991 roku na rynku pojawiła się wersja na TurboGrafx CD. Śmiało określić ją można mianem koszmarnego gniota, od którego zęby bolą. To wina zachwytu nad nową wówczas technologią CD. Sympatyczne grafiki z oryginału tutaj zastąpiono fatalnymi sekwencjami wideo z udziałem żywych aktorów. Z uwagi na ograniczenia techniczne (niska rozdzielczość i jeszcze niższa paleta kolorów) filmy wyglądały jak wizje na kwasie, a kunszt aktorski nie odstawał od poziomu całości. To niesamowite, jak w ciągu roku zdołano zamordować jakże znakomity klimat! Tymczasem wcześniej, bo w 1990, a więc rok po premierze na Amigę, przygotowano wersję na platformę Sega Genesis/Mega Drive. Gra ta nigdy jednak nie trafiła na półki, bowiem projekt został zawieszony. Co ciekawe, pojawił się on w sieci jako ROM dla emulatora już w XXI wieku. Nie ma sensu jednak o tej grze wspominać, bowiem odarto ją z wszelkiego klimatu, zamieniając w głupawy shooter. Jeśli ktoś sie uprze, w sieci znajdzie emulator NES z rzeczoną grą właśnie. Osobiście radzę jednak omijać szerokim łukiem.

Była i kontynuacja!

Tutaj wesprę się źródłami sieciowymi, bo bez bicia przyznaję, że o części drugiej oryginału dowiedziałem się… wczoraj! Pięć lat po zniszczeniu królowej mutantów okazuje się, że na pustyni uchowała się druga matka. Tym razem wcielamy się w żołnierza o imieniu Brick i przeżywamy… powtórkę z rozrywki. Tam przynajmniej wynika z obejrzanego przeze mnie longplaya na youtube. Te same animacje, lokacje, muzyka, ta sama ilustracja na koniec, choć nieco inaczej opisana. „Antheads: It Came from the Desert II” pojawiła się już w 1990 roku i była dodatkiem wymagającym pierwszej części. W Stanach Zjednoczonych dostępna była w sprzedaży wysyłkowej, natomiast w Europie zagościła nawet na półkach sklepowych. Jak twierdzi Wikipedia, kontynuacja ta zdobyła tytuł gry roku magazynu Computer & Video Games.

Nie tylko wspomnienie

Gra, choć kończy w tym roku 25 lat, nie jest tylko miłym, wygładzonym przez czas wspomnieniem dla pikselomaniaków. To do dziś całkiem grywalna przygodówka, która wciąż potrafi zbudować nastrój! Nie wiedzieć czemu, firma Cinemaware zaprzestała kilka lat temu darmowej dystrybucji DOS-owej wersji gry. Można ją jednak znaleźć na różnej maści stronach z abandonware, a nie brakuje też ROM-ów przeznaczonych na emulatory Amigi. Serdecznie polecam!