18

Gratka dla ludzi z IT: koszula, której nie trzeba prać

Jakiś czas temu wystosowałem pewien apel do naszych startuperów i spotkał się on z różnymi reakcjami. Temat dotyczy wielu Czytelników AW, więc należy ponownie poświęcić mu uwagę i ponownie zamienić się w doradcę i analityka. Tym razem jednak zamierzam przedstawić pewną propozycję okołobiznesową, a ściślej pisząc „modową”. Wiadomo, że z przynajmniej kilku powodów warto się […]

Jakiś czas temu wystosowałem pewien apel do naszych startuperów i spotkał się on z różnymi reakcjami. Temat dotyczy wielu Czytelników AW, więc należy ponownie poświęcić mu uwagę i ponownie zamienić się w doradcę i analityka. Tym razem jednak zamierzam przedstawić pewną propozycję okołobiznesową, a ściślej pisząc „modową”. Wiadomo, że z przynajmniej kilku powodów warto się ubierać (choć zdania w tej kwestii są podzielone) i raz na jakiś czas owo ubranie zmienić. I tu pojawia się niezwykle ważne pytanie: co to znaczy „raz na jakiś czas”? Okazuje się, że już niedługo przebieranie się będzie domeną hipsterów…

Tekst nie jest oczywiście adresowany tylko do startuperów, ludzi związanych w inny sposób z branżą IT albo nerdów – pasjonatów. Nawet nie do programistów przetrzymywanych siłą w kazamatach niektórych firm i odciętych od świata zewnętrznego. Jego odbiorcami mogą być dosłownie wszyscy, ponieważ idea, którą za chwilę przedstawię, to propozycja dla każdego tekstylnego, jak określił tę przypadłość Zbigniew Wodecki. Na branży nowych technologii skupiam się ze względu na specyfikę AW. Nim jednak przejdę do szczegółów, warto zrobić pewien zarys problemu.

Każdy dobrze wie, że w IT lekko nie jest. Pracujesz w korporacji: ciężko (albo trzeba udawać, że coś się robi albo pracować za tych, którzy udają – w obu przypadkach będzie nerwówka). Pracujesz w mniejszej firmie: jeszcze gorzej (szef nie pozwoli się obijać, bo ma na wszystko oko i trzeba każdego dnia poświęcać pracy kilkanaście godzin). Pracujesz na własny rachunek: wariant niezwykle ryzykowny (można się bardzo napracować i niewiele z tego mieć). We wszystkich trzech przypadkach (sam nie wiem, czy należy wyłączać z zestawienia grupę korporacyjnych kombinatorów – udawanie, że coś się robi, to bardzo absorbujące i wymagające zajęcie. Można się nabawić wrzodów, hemoroidów itd. To też ciężki kawałek chleba) człowiek jest pochłonięty pracą i poświęca jej mnóstwo czasu. A to wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami lub wpisuje go w utarte zwyczaje.

Czym żywi się profesjonalny startuper? Każde dziecko odpowie natychmiast, że pizzą. To oczywiście symbol wszystkich innych produktów „fastfudowych” – szanujący się startuper czasem powinien skusić się na kebaba, hot-doga albo „czisa”. Wszystko to można jednak spokojnie wrzucić do menu z napisem „Pizza” (zwłaszcza, gdy zamawia się pizzę o smaku kebaba lub kebab o smaku pizzy). Startuper/programista/grafik może cierpieć nie tylko z powodu kiepskiej jakości pizzy (więcej na ten temat pisał wczoraj Kamil), ale też monotonii. Kiedy przetestuje się już całą ulotkę i w ramach przerywnika zamówi nawet pizzę z pasztetem i paprykarzem, człowiek popada w kulinarną depresję. Kiwając się przy komputerze myśli o pierogach, bigosie albo duszonych żeberkach. Względnie o sałatce – to już ostateczne stadium depresji kulinarnej.

Pizza 2

Najprostszym rozwiązaniem byłoby oczywiście zamówienie wspomnianych produktów, kupienie ich (lub przygotowanie w domu) i odgrzanie w pracy albo nawet upichcenie w tejże (wszak w siedzibach niektórych firm są mniej lub bardziej profesjonalne kuchnie). Można też wybrać się do baru/restauracji/bistro – tych ostatnich cały czas przybywa, a oferta jest coraz bardziej zróżnicowana. Tu pojawia się jednak pewien problem. Jeżeli zamówię do pracy pierogi, to koledzy przestaną mnie szanować – to łamanie tabu. Jeszcze gorzej, gdy poproszę w restauracji o schabowego i zobaczy to ktoś od konkurencji albo klient naszej firmy. Przecież nikt nie będzie patrzył poważnie na programistę/startupera/akałnt menedżera, który nie zamawia pizzy. Usprawiedliwieni są niby „ludzie na stanowiskach” oraz wszyscy pracownicy korporacji, ale podskórnie każdy z nich czuje, że łamie branżowe zasady i penie jest mu z tym ciężko na duszy. To zaklęty krąg. Prawdziwa spirala nienawiści, z której nie ma ucieczki.

Podobnie jest z kwestią odzieży i właśnie na tym elemencie warto się skupić. W sektorze IT obowiązują różne stroje – jedni noszą dość oficjalne kreacje, drudzy mogą sobie pozwolić na większy luz, jeszcze inni uważają tę kwestię za całkowicie nieistotną i prym wiodą zniszczona koszulka, dżinsy oraz trampki. W tym ostatnim przypadku brak odpowiedniej uwagi przywiązywanej do kwestii ubioru jest pozorny. Każdy fachowiec doskonale wie, że dobranie „od niechcenia” butów, spodni oraz t-shirtów zajmuje długie godziny, a czasem nawet doby. Do perfekcji dochodzi się latami i nie można przeskoczyć pewnych etapów.

Najgorsze jest jednak to, że odpowiednich zestawów trzeba przygotować kilka. Nie wynika to z faktu, że ktoś mógłby źle odebrać ubraniową monotonię (przecież mowa o branży, w której liczy się kreatywność eksponowana na każdym kroku). Powodem nie jest nawet konieczność zaakcentowania swojej pozycji oraz ewentualnego majątku (wszak nie od dzisiaj wiadomo, że „najwięksi tej branży”, oprócz nielicznych wyjątków, ubierają się źle, bardzo źle albo koszmarnie). Jedyny powód, dla którego konieczna jest zmiana stroju, to kwestia higieny.

Intel partnerem technologicznym AntywebNikt nie powiedział/napisał oczywiście, że wspomnianych zestawów ubraniowych potrzeba kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt – nie popadajmy w skrajności. Na dobra sprawę wystarczą dwa, ale to już wersja dla starych wyjadaczy, którzy działają w tej branży od dłuższego czasu i wiedzą, jakie panują w niej zasady. Osoby mniej zorientowane potrzebują bardziej rozbudowanej garderoby. Zwłaszcza latem, gdy temperatura rośnie i może się robić dość nieprzyjemnie (w krajach o cieplejszym klimacie „ludzie z branży” są w znacznie mniej komfortowej sytuacji – warto mieć to na uwadze i doceniać ich poświęcenie). W głowach wielu osób latem pojawia się zapewne myśl: gdyby tylko ktoś stworzył ubranie odporne na brud i brzydki zapach… Nierealne marzenie? Niekoniecznie.

Serwis Kickstarter zanany jest zapewne zdecydowanej większości z Was. Czasem pojawiają się tam dziwne projekty, czasem przełomowe – ten, który przedstawię za moment jest chyba z pogranicza wspomnianych dwóch grup. Wool&Prince – te dwa słowa, a właściwie jedna nazwa, mogą być odpowiedzią na marzenia wielu osób. Koszula, którą widać poniżej jest niezwykła. Co wyróżnia ten produkt? Według twórców, można go nosić przez 100 dni (słownie: sto dni nieustannego noszenia), a upływ czasu nie będzie widoczny na ubraniu. Co więcej, nie będzie też odczuwalny. Ponad trzy miesiące użytkowania, a koszula nadal wygląda na wypraną i wyciągniętą z szafy lub odebraną z pralni. Przy tym wyniku nawet hasło „prane w perwolu” blednie.

koszula 3

Koszula nie powstała oczywiście z dnia na dzień. To miesiące badań, prób i eksperymentów (do tego ponad trzy miesiące testów na ludziach). Skoro już zainwestowano czas i pieniądze w stworzenie tego przełomowego produktu, to teraz należy z tego wyciągnąć odpowiednie korzyści (wszak po to tworzy się biznes). Żeby jednak wystartować z masową produkcją (w gruncie rzeczy mowa o kilkuset koszulach – to quasi masowa produkcja) potrzebne są odpowiednie środki. I właśnie w tym celu twórcy zwrócili się do użytkowników Kickstartera. Był odzew?

Był i chyba przerósł oczekiwania młodych biznesmenów. Potrzebowali 30 tys. dolarów, a udało im się już zebrać 110 tys. dolarów. Wnioski są proste: na pomoc ruszyli ludzie z IT. Przecież realizacja tego projektu (o ile zostaną potwierdzone magiczne właściwości koszuli) oznacza spełnienie marzeń wielu osób z tej branży. Na wieść o tym ewidentnym przełomie polały się zapewne łzy: jedni płakali ze szczęścia, inni żałowali, że to nie oni wpadli na tak klawy pomysł. Po pewnym czasie smutek jednak mija – może i na tym nie zarobię, ale przynajmniej będę mógł ponosić. I to przez sto dni na jednym praniu!

Czy mamy do czynienia z biznesem idealnym, któremu nic nie może zagrozić (wszak z czasem każdy będzie chciał posiadać tak ekonomiczną koszulę)? Chyba nie. Prędzej czy później firmy z branży odzieżowej, chemicznej i usługowej dostrzegą zagrożenie i będą szukały rozwiązań, które znów pozwolą im niegodziwie zarabiać na ludzkiej potrzebie higieny. To będzie szansa dla kolejnych startupów – pojawi się popyt na broń w walce z koszulą (a z czasem pewnie też całą gamą innych produktów) idealną. Tu pojawia się jednak pytanie: co wybierze startuper: wizję posiadania koszuli, którą można nosić 100 dni na jednym praniu czy opcję dorobienia się na jej unicestwieniu? To wielki dylemat natury moralnej. Znów dochodzimy do wniosku, że życie startupera nie jest usłane różami…

Na koniec zaznaczę, by nie brać wszystkich zawartych w tekście informacji i uwag bardzo poważnie. Chociaż z drugiej strony…;)

Źródło grafiki: nimbleuser.com