23

Google testuje usługę podobną do BlaBlaCar. Za jakiś czas może rzucić rekawicę Uberowi

Ciekawe rzeczy dzieją się za Oceanem, oj ciekawe (złośliwi stwierdzą, że tam zawsze jest ciekawie - mogą mieć rację). Obserwujemy kolejny etap starcia, które wisiało w powietrzu od pewnego czasu. Najciekawsze jest to, że jego strony na razie są ze sobą mocno związane i obie odnoszą korzyści ze współpracy. Obaj gracze myślą jednak o większym kawałku tortu, więc ich drogi zaczynają się rozchodzić. Mowa o Google i Uberze. Pierwsza firma chce zacząć zarabiać na transporcie, druga spróbuje uniezależnić się od internetowego giganta i przetrwać ewentualną walkę z nim.

Google to firma, która ma wielkie możliwości i ambitne plany, lecz jednocześnie jest to gracz, który nie musi być dla konkurencji „wyrokiem”, trudno nazwać go także idealnym egzekutorem. Pewnie każdy może wymienić przynajmniej kilka projektów, które nierzadko kosztowały firmę sporo, a nie przyniosły żadnych wymiernych korzyści. To przez lata irytowało (i irytuje nadal) akcjonariuszy – nie chcą oni słuchać wizji przyszłości rodem z filmów i książek SF, wystarczą im najbliższe raporty kwartalne. Firma z Mountain View ma tę przypadłość, że zabiera się za wiele ciekawych rzeczy, lecz spora część z nich gdzieś się „gubi”, nie wychodzi, nie zdaje egzaminu. Chyba wiecie, o czym mowa.

Piszę o tym, ponieważ chcę uczulić Czytelników, iż testy prowadzone przez korporację nie muszą do niczego prowadzić. Nawet, jeśli to coś więcej niż zabawa, nie jest pewne, że Google „dowiezie” projekt. Przykładem tworzenie przez nich serwisu społecznościowego – na papierze Facebook nie mógł wytrzymać tego starcia, a w rzeczywistości… Możliwe zatem, że z Uberem Google też przegra (o ile naprawdę rzuci mu wyzwanie) i nawet nie będzie to emocjonujący pojedynek. Najdroższy startup świata jest zdeterminowany i nie zamierza wywieszać białej flagi – tu może być naprawdę ciekawie. Przejdźmy zatem do szczegółów.

Media informują o dwóch ciekawych wydarzeniach związanych z korporacjami. Pierwsza dotyczy top menedżera korporacji Alphabet (w jej skład wchodzi Google), Davida Drummonda, który był też ważną figurą w… Uberze. Jak do tego doszło? Kilka lat temu Google zainwestowało w Ubera ćwierć miliarda dolarów i mogło umieścić swojego człowieka we władzach startupu – nic nadzwyczajnego, wówczas także kontrowersyjnego, bo o konkurowaniu obu firm mało kto mówił i myślał. Uber to była płotka. Teraz dowiadujemy się jednak, że Drummond opuścił szeregi Ubera, a powód nie jest zamglony, ukrywany lub pokrętnie tłumaczony: firmy stają się dla siebie konkurencją i wystąpiłby konflikt interesów.

Mniej więcej w tym samym czasie media donoszą o usłudze, jaką w San Francisco testuje Google. Bazuje ona na serwisie Waze kupionym przez Google kilka lat temu. O tym przejęciu pisał Tomasz, obraz sytuacji uzupełniał Jan. Tłumaczył on wówczas, czym jest Waze (polecam oba teksty – pokazują, jak ważne są usługi tego typu i jaka toczy się o nie walka):

To jakby serwis społecznościowy dotyczący map, ale nie wymagający aktywnej interakcji ze strony użytkowników, chociaż ją umożliwiający. To odpowiednik CB Radia XXI wieku. Każdy użytkownik Waze, który ma włączoną aplikację przesyła co jakiś czas informacje o swoim położeniu i prędkości jazdy. Na tej podstawie w czasie rzeczywistym obliczana jest płynność ruchu na danym odcinku. Tym sposobem informacje o ruchu na drodze są zawsze aktualne i możliwe jest omijanie korków przez wyznaczanie alternatywnej trasy na gorąco. Dodatkowo użytkownik ma możliwość zgłoszenia istotnej informacji np. miejsca wypadku, miejsca w którym ustawiony został fotoradar itp.

Okazuje się, że Google sprawdza, jak jeszcze można wykorzystać Waze, a testy przywodzą na myśl usługę BlaBlaCar. Z pomocą aplikacji Google łączy dzisiaj ludzi, by wspólnie podróżowali i dzielili się kosztami. Na razie działa to na ograniczonym obszarze i ma sporo barier, lecz te mogą stopniowo znikać. Ważne jest to, że póki co Google nie rzuca rękawicy bezpośrednio serwisom typu Uber czy Lyft: podkreślam, że nie chodzi tu o biznes taksówkarski, lecz o współdzielenie kosztów paliwa. Kierowcy zarabiający z Uberem nie będą zainteresowani pieniędzmi, jakie mogą zyskać z Waze podwożąc kogoś do pracy.

To może się jednak zmienić – wszystko zależy od tego, jakie wnioski Google wyciągnie z programu pilotażowego. Jeżeli wyczuje pieniądze, a sytuacja polityczno-prawna nie będzie niekorzystna, to korporacja z Mountain View może rozszerzyć i zasięg i zakres usługi. Wejdzie w transport z przytupem. Nie tylko w San Francisco, nie tylko w kwestii wspólnej podróży pracowników do biurowca. Pisałem kiedyś, że Google może stworzyć aplikację podobną do tej uberowej, teraz widać, że w tym celu może wykorzystać produkt, który już posiada – wystarczy go rozbudować i rozpropagować. Wiele osób nie będzie nawet wiedziało, że jedzie z Google…

Dla Ubera taki przeciwnik byłby twardym orzechem do zgryzienia. Zwłaszcza, że dzisiaj firma korzysta z map internetowego giganta. Nie dziwią zatem doniesienia o pracach nad własnymi usługami tego typu. Nie dziwi, że korporacja myślała o przejęciu HERE. Ciekawe jest też to, że obie firmy myślą o wykorzystaniu autonomicznych pojazdów w transporcie przyszłości. Niedawno pisałem, że Uber rusza z ich testami w USA, wspominałem wówczas, że startup finalizuje przejęcie bardzo młodego biznesu o nazwie Otto – ta ekipa pracuje nad technologiami autonomicznej jazdy, a tworzą ją m.in. byli pracownicy… Google. Ludzie, którzy sprawili, że na ulice trafiły małe autka samojezdne wielkiej firmy. Wszystko się zazębia.

W bardziej komfortowej sytuacji jest oczywiście Google/Alphabet, o czym pisał już kiedyś Tomasz: jeżeli górą będzie w tym wyścigu gigant z Mountain View, to może sporo zarobić i zdywersyfikuje źródła przychodów. Jeśli jednak powiedzie się Uberowi, to… Google też powinno zarobić, bo zainwestowało w ten biznes. Page i Brin nie mają noża na gardle – Travis Kalanick (CEO Ubera) niby też nie, ale jemu bardziej powinno zależeć na tym, by szybko oderwać się od Google i stworzyć biznes, który zdoła się sam utrzymać i nie będą mu straszne działania „przyjaznej konkurencji”.