Google

Google zbiera dane o lokalizacji bez zgody i zapłaci śmiesznie niską karę

Krzysztof Rojek
10

Google po raz kolejny pokazało, ze nie szanuje prywatności użytkowników i wykorzysta każdą sposobność, by zebrać ich dane za ich plecami.

Będąc użytkownikiem internetu, na naszą prywatność czycha dziś tyle podmiotów, że momentami ciężko sobie to aż wyobrazić. Nie tylko są to giganci tacy jak Google, Facebook czy Amazon, którzy zbierają dane w zamian za świadczenie usług, ale też szereg firm z nimi współpracujących, zajmujących się reklamą i analizą danych. Oprócz nich oczywiście trzeba do tego doliczyć szereg agencji rządowych, często znajdujące się dla nas po drugiej stronie oceanu. Nasze dane wędrują więc nie wiemy gdzie, nie wiemy do kogo i nie wiemy jak są przetwarzane. Dlatego tak istotne jest, byśmy mieli pewność, że chcemy je w ogóle wysłać w świat. Po to też np. system Android ma wiele (niestety ukrytych) przełączników pokazujących, czy Google zbiera nasze dane. Niestety, nawet ich odkliknięcie nie wystarcza, by gigant nie sięgnął i nie wziął sobie naszych informacji.

Google zbierało dane pomimo braku zgody. 60 milionów kary to w takim wypadku nic

Jak donosi GizChina, Google jest w tym momencie w trakcie sporu z australijskim odpowiednikiem UOKIKu i raczej ten spór przegrywa. Problem dotyczy tamtejszych użytkowników, których dane o lokalizacji były zbierane przez amerykańskiego giganta nawet, jeżeli wyłączyli oni historię lokalizacji, czyli właśnie funkcję pozwalającą Google na takie praktyki. Teoretycznie więc Google nie powinno mieć do wspomnianej lokalizacji dostępu. Jak się jednak okazało, miało, ponieważ w Androidzie zaszyta jest druga funkcja, a więc - historia aktywności w internecie i aplikacjach. Australijski sąd uznał, że stanowi to naruszenie praw konsumenta, i słusznie, ponieważ ciężko sobie wyobrazić, by ktokolwiek kto odznacza funkcję pobierania danych o lokalizacji chciał, by ta była zbierana, tylko przez inną opcję

Jednocześnie, kara, która została nałożona na Google jest w tym wypadku, przynajmniej dla mnie, śmiesznie niska. Owszem, 60 milionów dolarów robi piorunujące wrażenie, ale przypominam, że mówimy o korporacji, która na takich właśnie praktykach zbudowała swoją pozycję światowego hegemona. Jest więc to kara, która nijak ma się ani do tego, ile danych zostało w ten sposób wykradzionych (bo jest to kradzież), ani też - do miliardowych zysków całej firmy. Najlepszy dowód na to, że Google nic sobie z takich kar nie robi mamy na co dzień, ponieważ non stop słyszymy, że firma przegrała kolejny proces i znowu musi zapłacić. Jednocześnie, Google kontynuuje swoje praktyki i nie zamierza nic w nich zmieniać, co pokazuje tylko, że proces w dalszym ciągu się opłaca i takie kary nie są skuteczne w przekonaniu giganta, by choć trochę szanował swoich użytkowników.

Dlatego też, o ile jestem zdania że zwrócenie uwagi na takie kwestie jest kluczowe w budowaniu świadomości ludzi odnośnie tego, jak firmy takie jak Google naprawdę działają, o tyle czekam mocno na proces, który zatrząśnie posadami firmy i sprawi, że ta przemyśli swój proces monetyzacji.

Źródło

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu