35

Facebook źródłem ruchu dla bloga? Zapomnij!

Tłuste lata dla wydawców na Facebooku minęły bezpowrotnie. Dziś są oni tam dlatego, bo muszą i tak wypada, a nie z powodu wymiernych korzyści. Sami się o tym przekonujemy na Antywebie. Tymczasem platforma Zuckerberga pozwala sobie na coraz więcej. Żale na temat obcinanych zasięgów, skrajnie niekorzystnych algorytmów i filtrowania treści na Facebooku pojawiają się w […]

Tłuste lata dla wydawców na Facebooku minęły bezpowrotnie. Dziś są oni tam dlatego, bo muszą i tak wypada, a nie z powodu wymiernych korzyści. Sami się o tym przekonujemy na Antywebie. Tymczasem platforma Zuckerberga pozwala sobie na coraz więcej.

Żale na temat obcinanych zasięgów, skrajnie niekorzystnych algorytmów i filtrowania treści na Facebooku pojawiają się w sieci nie od dziś. My natomiast dziś przekonaliśmy się kolejny raz o tym, jak nikłe korzyści daje nam fanpage z 36 tys. fanów. Zresztą wystarczy spojrzeć na ten zrzut ekranu, który mówi sam za siebie.

2015-08-14_124413

Na pierwszy rzut oka wygląda pięknie. W poście prowadzącym do porannej prasówki mieliśmy prawie 8 tys. wyświetleń (choć patrząc na liczbę fanów – 36 tys. to śmieszne, że tak mało; ale bywało mniej, więc oceniam to jako „nieźle)), ponad 50″polubień i kilka udostępnień. Jaki ruch przyniosło to na Antyweb? Zaledwie 677 kliknięć w link. Tak można by opisać zdecydowaną większość postów, które pojawiają się na Fb. A trzeba zaznaczyć, że ten, który opisuje jest jednym z popularniejszych w ostatnim czasie i zgromadził ponadprzeciętnie dużo interakcji.

Oczywiście 677 kliknięć piechotą nie chodzi i trzeba to cenić. Nie potrafię jednak zrozumieć, jak budowany od dobrych kilku lat fanpage z kilkudziesięcioma tysiącami obserwujących jest w stanie przynieść tak nikłe korzyści. Jasne, możemy szukać przyczyn gdzieś indziej. Jedna to chociażby niskiej jakości linki, w które ludzie nie chcą klikać. Druga to zły target, ale to już bardzo naciągana teza. Antyweb nigdy fanów nie kupował i teoretycznie ludzie obserwujący fanpage powinni interesować się tym, co publikuje. Można tutaj wejść też na grunt psychologii: widzę interesujący nagłówek, podoba mi się i klikam „like” lecz nie jestem na tyle zainteresowany, żeby o tym czytać. Wystarczy mi pobieżna wiedza – w tym wypadku świadomość, ze taki dysk powstał. Jeżeli większość osób w internecie wychodzi z podobnego założenia, czeka nas smutna przyszłość.

Możemy to skonfrontować z tym, co robi od pewnego czasu Facebook – stara się utrzymać użytkownika jak najdłużej w obrębie własnych serwisów. To m.in. dlatego w aplikacji mobilnej pojawiła się wbudowana przeglądarka, która pozwala szybko wrócić z powrotem do Facebooka. Z tego powodu też niedawno mówiło się o planach hostowania stron i treści w taki sposób, by były one dostępne na Facebooku. Zuckerbergowi nie zależy na wydawcach, bo wie, że oni muszą tutaj być, jeżeli chcą budować relacje i promować swoje biznesy. Coraz częściej muszą też płacić, żeby przynosiło to wymierne efekty. I to wystarczy, żeby ten biznes się kręcił.

A pomyślcie, co będzie, gdy już Facebook umocni swoją pozycję w segmencie wideo. Wówczas scenariusz pewnie będzie wyglądał bardzo podobnie.