Bezczelni i roszczeniowi. Przekonani, że wszystko należy im się za darmo. Rozbestwieni korsarze internetu przyczyniający się do upadku kultury – tak wysokiej jak i niskiej. Opinie krążące o internetowych piratach są różne, ale najczęściej ocierają się o skrajności. Jedną przedstawił wczoraj w swoim artykule Rafał Kurczyński. Czy rzeczywiście jest co piętnować? Wiele już na ten temat […]

Bezczelni i roszczeniowi. Przekonani, że wszystko należy im się za darmo. Rozbestwieni korsarze internetu przyczyniający się do upadku kultury – tak wysokiej jak i niskiej. Opinie krążące o internetowych piratach są różne, ale najczęściej ocierają się o skrajności. Jedną przedstawił wczoraj w swoim artykule Rafał Kurczyński. Czy rzeczywiście jest co piętnować?

Wiele już na ten temat zostało napisane i mój głos na pewno nie będzie pierwszym, ani tym bardziej ostatnim. Piractwo internetowe ma wiele twarzy. Niektórzy je gorliwie piętnują, obwiniając za wszystkie nieszczęścia tego świata. Inni widzą w tym szansę na globalny dostęp do dóbr kultury, świadomą konsumpcję oraz narzędzie do walki z kłamliwym marketingiem. Prawda pewnie jak zwykle leży po środku. Po co więc to piszę? Bo w całej rozciągłości nie zgadzam się z Rafałem. Oto dlaczego.

Swój tekst Rafał rozpoczyna długim wstępem na temat inwigilacji i kradzieży naszych danych. Faktem jest, że duże koncerny zbierają pod szyldem Big Data informacje na temat nawyków, zainteresowań, preferencji i gustów swoich użytkowników. Faktem jest również, że handel tymi danymi kwitnie. Faktem jest ponadto to, że oddajemy je dobrowolnie w zamian za możliwość korzystania z Gmaila, SkyDrive’a, Facebooka i innych. Czy ktoś zatem nas tutaj okrada z prywatności? Jeśli już to na nasze własne życzenie. Dane, które po sobie pozostawiamy powinno się rozpatrywać raczej w kategoriach waluty. Płacimy w ten sposób za świetny pakiet Google Docs, za darmowe gigabajty w Dropboksie, za pocztę w Outlooku.

Internauci to skąpcy i dusigrosze…

Za co jednak nie płacimy? Na pierwszy ogień w tekście Rafała idzie Kinomaniak i inne serwisy, które nazwano dobitnie „domami złodziejstwa i obłudy”. Autor pyta się wyzywająco, czy zdajemy sobie sprawę z tego, jakie straty przynosimy w ten sposób twórcom. Zakładam się, że nie mamy pojęcia. Powiem więcej – oni sami również. Wszelkie dostarczane przez organizacje antypirackie wyliczenia i raporty bazują na spekulacjach i szacunkach, w wyniku czego powstają astronomiczne kwoty mające działać na naszą wyobraźnię i piętnować zjawisko piractwa. Tymczasem nie ma, powtarzam NIE MA żadnych badań, które wykazywałyby, że piractwo jest bezpośrednią przyczyną spadku sprzedaży i w konsekwencji upadku firm tworzących kulturę (jeżeli się mylę, proszę o informację. Starałem się dogłębnie przeanalizować temat, ale mogło mi coś umknąć).

Istnieją za to inne wyniki. Otóż okazuje się, że nie kto inny tylko właśnie piraci są najaktywniejszymi konsumentami dóbr kultury. Centrum Cyfrowe Projekt Polska opracowało w 2012 roku raport, z którego wynika, że 39 proc. internautów korzysta z nich w sposób nieformalny (pożyczanie, streaming, ściąganie itp.). Jednocześnie grupa ta okazała się najczęściej kupować książki i płyty z muzyką, a także chodzić do kin. Różnice są znaczące. Twórcy badania zresztą mówią wprost: „Osoby skłonne w jeden sposób uczestniczyć w kulturze częściej robią to także w drugi sposób, a dwa rodzaje obiegów do pewnego stopnia uzupełniają się w codziennych praktykach„. Rafał natomiast pisze.

Pobierając album z serwerów z czaszkami na flagach, oświadczamy, że jesteśmy piratami, złodziejami, kryminalistami, którzy okradają w jasny dzień ludzi jak ja czy ty, zarabiających więcej lub mniej, pracując ciężej lub lżej, ale zawsze pracujących, nie leżących bezładnie na tyłku nie robiąc nic, jak pokolenie konsumpcyjne, którego tak nie znoszę.

Internet jest stosunkowo młodym medium, które do tej pory trudno zrozumieć badaczom, a co dopiero ustawodawcom. Być może kiedyś ściąganie plików z sieci zostanie zakwalifikowane jako kradzież i karane z całą surowością prawa. Dziś jednak w świetle obowiązujących w Polsce ustaw, nie da się kogokolwiek ukarać za to, że pobrać z sieci film lub płytę z muzyką. Opinia Rafała, który widzi typowego internetowego pirata jako nic nie robiącego konsumenta gryzie się też z przytoczonymi wyżej badaniami.

A uwierzcie mi – nie są to jedyne wyniki utrzymane w takim tonie. Społeczność akademicka nieustannie dochodzi do podobnych wniosków, czego rezultatem są raporty z różnych zakątków świata. Pomijam już tutaj kwestię pokolenia konsumpcyjnego, które nie jest przecież dziś żadnym ewenementem – szczególnie w branży IT, gdzie producenci wiedzą jak generować nasze potrzeby. Kto zbudował fenomen iPhone’a, iPada, Androida i innych, jeśli nie konsumenci, którzy wystają w długich kolejkach po każdej głośnej premierze? Tymczasem tyrada Rafała trwa:

dzisiejsze młode pokolenie nie robi nic, chce wszystko za darmo i ani mu się śni przyznawać się do błędów.

Nie wiem, czy dzisiejsze pokolenie młodych ludzi nie robi nic. Wiem natomiast, że chęć otrzymania wszystkiego za darmo nie dotyczy tylko nastolatków buszujących po sieci. Postawa ta charakteryzuje dziś niemal każdego internautę przyzwyczajonego do faktu, że tekst na Onecie może przeczytać bez opłat, za teledyski na YouTube nie wymaga się od niego nawet grosza, a oferujący skrzynki pocztowe, webowe pakiety biurowe i usługi przechowywania plików w chmurze twórcy biją się o to, by założył u nich konto (rzecz jasna również za darmo).

…A jednak płacą

Z czego zatem utrzymują się takie serwisy, jak Kinomaniak, DepositFiles, Chomikuj itp.? Otóż okazuje się, że internauta umie wyjąć portfel i zapłacić kilka złotych za darmowy transfer danych, za nielimitowane oglądanie filmów czy za możliwość pobrania ich na dysk twardy komputera. Czy to wina konsumenta, że jest gotowy zostawić swoje ciężko zarobione pieniądze na forum z warezem niż w legalnym serwisie? A może to największa porażka wytwórni i dostawców dóbr kultury, którzy zwyczajnie nie potrafią walczyć o to, by było inaczej? Na szczęście to się zmienia (Spotify, Deezer, Netflix itd.), choć akurat nie z inicjatywy wytwórni.

Rafał krytykuje też tłumaczenie piractwa tym, że jest jedynie narzędziem pozwalającym sprawdzić dany produkt przed zakupem:

Najczęstszą i najgorszą odpowiedzią na pytanie – „piracisz?” jest „piracę, ale gdy coś mi się spodoba, to to kupuje”. Dlaczego ta wiadomość jest tragiczna? Ponieważ jak sami widzicie, gdy gra, film, płyta nie spodoba się konsumentowi, ten po prostu kasuje ją z dysku i ma święty spokój – a autor zostaje okradziony

Według raportu opublikowanego przez Wspólne Centrum Badawcze przy Komisji Europejskiej w ubiegłym roku, gdyby usunąć wszystkie warezy, hostingi plików i torrenty sprzedaż dóbr kultury mogłaby spaść o dwa proc. (w skali globalnej, a wiec to kwota liczona w setkach milionów). Brytyjski Ofcom (odpowiednik polskiego UKE) w badaniu przeprowadzonym w trzecim kwartale 2012 roku dodaje, że piraci przeznaczają znacznie więcej pieniędzy na kulturę niż pozostali. Przeciętnie na pojedynczego brytyjskiego pirata ma przypadać 56,11 funtów wydanych na filmy i 77,24 funta na muzykę w porównaniu z odpowiednio 35,57 i 43,31 funtów wydawanych przez niepiratów.

Jak się okazuje, to nie jest tylko usprawiedliwienie bez pokrycia, ale realne zjawisko. Tymczasem we wspomnianym wcześniej raporcie Centrum Cyfrowego Projekt Polska przygotowanym we współpracy z firmą Millward Brown SMG/KRC możemy przeczytać: „Przy jednoczesnym braku istotnej zmiany procentu osób uczestniczących w wymianie rynkowej, stawiamy hipotezę, że osoby które sięgają po treści poza rynkiem, nie powodują strat – wcześniej nie były bowiem jego klientami”.

Cyfrowa dystrybucja magiczną pigułką

Zgodzę się, że Steam jest jednym z wybitnym przykładów tego, że można kupować tanio i legalnie. Agresywna polityka cenowa (która daje się we znaki również na rynku polskim. Pamiętacie Zimobranie Muve.pl i Giermasz CDP.pl?) oraz dystrybucja cyfrowa połączone z systemem osiągnięć, automatycznych aktualizacji, elementami społecznościowymi (fora) oraz fenomenalnym Steam Workshop to dostatecznie dużo, aby skłonić graczy do zakupów na platformie Valve. Nie dziwi zatem, że z roku na rok bije ona rekordy liczby użytkowników online (ostatni padł pod koniec grudnia 2013, kiedy trwały promocje świąteczne). Ale Steam to raczej wyjątek niż reguła.

Aż 48 proc. piratów twierdzi, że ściąga z sieci, bo to zwyczajnie wygodniejsze, zaś 44 proc. podkreśla, że głównym atutem jest tutaj szybkość dostępu. Dziś w Polsce, aby obejrzeć film, który dopiero co zadebiutował na DVD i BluRay, musimy się nieźle nagimnastykować. Nie wspomnę już o serialach. O dostępie do Netfliksa czy Hulu możemy tylko pomarzyć, a rodzime platformy typu Ipla czy TVN Player nie oferują zbyt wiele. Mamy zatem dwa wyjścia – czekać na premierę telewizyjną za X miesięcy, albo sięgnąć po streaming z nielegalnych źródeł. Odpowiedź jest chyba prosta – skoro nikt nie chce naszych pieniędzy, dostanie je student prowadzący na własną rękę stronę z serialami w sieci.

Żeby jednak nie być jednostronnym, muszę dodać, że sytuacja się zmienia. Gdyby dziś zamknąć wszystkie serwisy ze streamingiem (w tym Spotify, Deezera i inne), globalna sprzedaż dóbr kultury spadłaby o 7 proc. Korzystamy i będziemy korzystali z tego modelu dystrybucji coraz częściej. Netflix przykładowo ma już 40 mln użytkowników, z czego 38 mln regularnie płaci abonament. Tylko w ostatnim kwartale 2013 roku przybyło mu 1,3 mln. Jak już wspomniałem – internauta w sieci jest przyzwyczajony do darmowych treści, ale kiedy trzeba, potrafi wyjąć portfel – zwłaszcza, gdy ktoś od niego chce symboliczne 20 złotych za dostęp do ogromnej bazy utworów (vide Spotify, Wimp, Deezer, Rdio i inne). Wobec takiej oferty piractwo się zwyczajnie nie opłaca.

Mityczna hydra

Ale producenci wolą stosować kij zamiast marchewki. Strategia ta podoba się również Rafałowi:

Takie prawo powinno przyjść również do Polski, głównie dlatego, że piractwo zostałoby wręcz wykastrowane ze wszystkich możliwości kradnięcia twórczości innych – szkoda tylko, że jego wprowadzanie może potrwać nawet parę lat, lub po prostu może zostać wprowadzone jako przykrywka grubszych projektów – jak było z ACTA.

Walka z piractwem jest jak walka z wiatrakami. Ogromne środki inwestowane w ten cel okazują się utopionymi. Widać to chociażby na przykładzie nieosiągalnego ThePirateBay czy Kima Dotcoma, którego nowa platforma Mega również nie jest nieskazitelna (ale akurat w Nowej Zelandii relatywnie bezpieczna w przeciwieństwie do Megaupload). To jak ucinanie głów mitycznej hydrze. W miejsce Kinomaniaka powstaje Kinoman, Hotfile zastępuje DepositFiles itd.

Czy zatem wytwórnie i organizacje takie, jak RIAA czy MPAA mają klapki na oczach? Wydaje mi się, że są świadome tego, że piraci są najlepszymi klientami, a walka z nimi nie ma sensu. Tylko czy uznanie tego faktu byłoby dla nich korzystne wobec profilu prowadzonej działalności oraz milionów wpompowanych w przeszłości w działania zwalczające to zjawisko? Nie sądzę.

Prawda na temat piractwa internetowego leży gdzieś po środku. Jestem świadomy tego, że mój artykuł może mieć wydźwięk jednostronny, ale dzieje się tak dlatego, gdyż jest kontrastem dla utrzymanego w zupełnie odwrotnym tonie tekstu Rafała (prawdę mówiąc, przedstawienie argumentów drugiej strony zajęłoby mi kolejne 10 tys. znaków, a Wy byście tego zwyczajnie nie chcieli czytać). Myślę, że najważniejszą lekcją, jaką wszyscy powinniśmy z tego wyciągnąć jest nie popadanie w skrajności. Możemy piętnować piractwo w myśl własnych idei i wniosków, ale demonizowanie go nie ma nic wspólnego z faktami. Te są natomiast  dowodem na pozytywne aspekty istnienia tego zjawiska.

 

Grafika: [1]