9

Doom to wspaniały hołd dla kultowej serii. Fani oldskulowych strzelanek, biegnijcie do sklepów!

W dobie taśmowo wydawanych Call of Duty i Battlefielda pojawia się strzelanka, która nawiązuje do klasyki nie tylko marką ale również regułami zabawy. Czy ma rację bytu?

Jeżeli pamiętacie Dooma I lub II możecie o sobie mówić, że jesteście starzy. Gra zapisała się w historii branży złotymi zgłoskami i zapewniła ID Software oraz Johnowi Romero sławę po wsze czasy (którą potem skutecznie roztrwaniali takimi (s)hitami, jak Daikatana zwana też Daikaszaną). Niektórzy pewnie znają Dooma głównie przez pryzmat trzeciej odsłony serii, która ukazała się w 2004 roku. Część fanów wyparła ją z pamięci jako nieudolne połączenie klasycznej marsjańskiej zadymy z mrocznym klimatem typowym raczej dla System Shock czy nawet Deus Ex. Mniejsza o to. Teraz Doom wrócił w formie takiej, jakiej oczekiwano od ponad 20 lat. Za grę w dalszym ciągu odpowiada ID Software, ale tym razem debiutuje ona pod skrzydłami Bethesdy. Czy to udany restart?

Fabuła jest dość klasyczna i nawiązuje do początków serii. Jako samotny komandos trafiamy na stację badawczą korporacji UAC, gdzie eksperymentowano z portalami czasoprzestrzennymi, zabawiano się demonologią i robiono masę innych brzydkich rzeczy. Wpadamy w to bagno ze strzelbą i robimy porządek w jedyny znany sobie sposób – strzelając do wszystkiego co się rusza i choć trochę przypomina potwora.

Fabuły równie dobrze mogłoby nie być, ale przecież nie za to pokochaliśmy Dooma. Ta namiastka, którą otrzymujemy jest doskonałym dopełnieniem wartkiej akcji, z której będziemy czerpać najwięcej radości. A zaczyna się już od pierwszej sceny. Budzimy się w sarkofagu, łapiemy za leżącą obok spluwę i dziurawimy kilku brzydali. Chwilę potem mamy na sobie już nasz pancerz i z toną ołowiu na plecach wozimy się po Marsie jak po własnej dzielni. I tak przez 12 godzin, bo mniej więcej tyle zajmuje przejście kampanii wypełnionej hordami demonów oraz satysfakcjonującymi bossami.

Nie obowiązują tutaj reguły narzucone przez Call of Duty, Battlefielda i inne strzelanki AAA. Zamiast odnawiającego się zdrowia mamy pasek życia, który po bitwie ani myśli drgnąć dopóty, dopóki nie znajdziemy apteczek. Pod ręką zamiast 2-3 broni mamy cały arsenał – klawisze od 1 do 9 nie będą już zbierać kurzu. Wśród dostępnych pukawek znajdziemy zapewniającą krwawy festiwal obfitości piłę mechaniczną, śmiercionośne BFG (hell yeah!), a także niepozorny karabin plazmowy. Ogółem zestaw jest bardzo klasyczny i to stanowi jego siłę. Nieklasyczne są jednak ulepszenia, które znajdujemy podczas rozgrywki. Za ich pomocą możemy w znacznym stopniu zmodyfikować nasze zabawki, dodając np. dodatkową lufę lub montując granatnik. W analogiczny sposób rozwijamy noszony przez nas pancerz pretora. Sami wybieramy, na co dane ulepszenie spożytkujemy. Dopełnieniem tego wszystkiego są proste wyzwania pojawiające się między misjami – za ich wykonanie również otrzymujemy pewne bonusy.

Rozgrywka nie jest tak sztywna, jak w roku 1993. Nasz komandos potrafi więcej – skacze, wspina się i – co szczególnie ważne – potrafi dobijać przeciwników, którym pozostało już niewiele życia. To bardzo opłacalne, bo epickie wykończenie stworów sprawia, że wypada z nich więcej zdrowia i amunicji. Odpowiednie wykorzystanie tego mechanizmu jest kluczem do sukcesu.

Poza kampanią twórcy przygotowali jeszcze tryb sieciowy. I tu zaskoczenie, bo Dooma w nim niewiele. Znacznie bliżej mu za to np. do takiego Quake’a III. Czy to źle? Kwestia gustu. Ja się odbiłem, więc zabrałem zabawki i poszedłem tłuc w Overwatcha. Jestem jednak przekonany, że znajdą się fani tego typu zabawy. Szczególnie, że mamy tutaj kilka ciekawych trybów, jak np. Mroźny Berek, Żniwa Dusz czy Wojenna Ścieżka. W każdym chodzi o coś innego. W berku na przykład zamrażamy przeciwników i roztapiamy kompanów.

Zgodnie z obowiązującymi trendami, znajdziemy tutaj rozbudowany system personalizacji – począwszy od naszego profilu, przez bohatera, a na broni skończywszy. W rezultacie po mapach biega stado klaunów wymalowanych jaskrawymi kolorkami i strzelających z plastikowych pukawek. Czy tak miało być? Nie wiem, ale efekt wywołuje co najwyżej pobłażliwy uśmiech na twarzy. Nie zabrakło też systemu poziomów, za zdobywanie których otrzymujemy moduły hakerskie dające przewagę w boju. Może to tworzyć pewne dysproporcje między weteranami a początkującymi. Jak wspomniałem – ja się odbiłem, ale multi w Doomie ma swoje zalety i warto przekonać się o tym na własnej skórze.

To ciągle nie wszystko, co nowy Doom ma do zaoferowania. Twórcy dodali do gry również edytor poziomów, za pomocą którego możemy puścić wodze wyobraźni i pokazać twórcom „jak to się robi”. Możliwości są nieograniczone, co widać po bazie już stworzonych projektów. Tower Defense? Proszę bardzo. Odpieranie coraz silniejszych hord przeciwników? Też da się zrobić. Klimatyczny horror bez strzelania? Eee… serio? W każdym razie warto tutaj zajrzeć po uporaniu się z kampanią. Mam wrażenie, że w miarę upływu czasu liczba i rozmach przygotowywanych przez społeczność map będą rosnąć. Po cichu liczę tylko, że i sami twórcy gry dorzucą od siebie nieco więcej, bo przy obecnej bazie elementów w edytorze pomysły mogą się szybko wyczerpać.

Graficznie jest nieźle. Scenerie są klimatyczne, przytłaczające i mroczne, a krew leje się hektolitrami. Pewne wątpliwości budzą modele – zarówno przeciwników jak i wybranych modeli otoczenia. Nie jest to jednak żadne rażące odejście od standardów. Z pewnością natomiast twórcy odeszli od standardów w kwestii optymalizacji swojego tytułu – na konsolach działa niemal nieskazitelnie płynnie. Aż przyjemnie na to się patrzy. Z tego, co się orientowałem, pecetowcy też nie mieli większych problemów. A do tego wszystkiego dodajcie mocną muzykę, która została idealnie dobrana pod ten dynamiczny i demoniczny klimat. Aż chce się grać, mając taką otoczkę.

Grając w Dooma bardzo łatwo jest poczuć pewien dysonans. Ujawnia się on podczas przechodzenia między trybami zabawy. O ile bowiem kampania to wspaniałe oddanie hołdu marce i nawiązanie do tych wspaniałych czasów, gdy gatunek FPS dopiero raczkował (szukajcie easter eggów, powiadam Wam!), o tyle multi jest jakimś dziwnym potworkiem próbującym pogodzić ze sobą prehistorię ze współczesnością. Na szczęście jest jeszcze edytor, ale ten wymaga nieco więcej uwagi od twórców, bo bez tego może szybko się znudzić.

Ogółem muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak wysokiego poziomu. Doom miał być kolejnym odcinaniem kuponów od marki. Nie wiązałem szczególnie dużych nadziei z tą produkcją – szczególnie po miernych betatestach. A tymczasem otrzymujemy solidny single na kilkanaście godzin + bonusy (niestety takie mam wrażenie). To i tak o wiele więcej, niż masa współczesnych produkcji ma do zaoferowania.

Ocena: 8/10

Kup Doom na PC, PS4, Xbox One w Avans.pl. Kliknij!