Sprawdź jaki laptop Intel Evo jest najlepszy dla Ciebie Więcej
Moje przemyślenia

Dlaczego Internet będzie o nas pamiętał na wieki

KK
Karol Kopańko
11

Ile razy wrzuciliście post na fejsa nie zastanawiając się nad konsekwencjami? Ile razy skomentowaliście coś pod własnym nazwiskiem nie licząc się z tym, że w przyszłości może to Wam przeszkodzić w zdobyciu wymarzonej pracy? Chcielibyście teraz odkleić niepochlebną metkę od swojego nazwiska? Droga je...

Ile razy wrzuciliście post na fejsa nie zastanawiając się nad konsekwencjami? Ile razy skomentowaliście coś pod własnym nazwiskiem nie licząc się z tym, że w przyszłości może to Wam przeszkodzić w zdobyciu wymarzonej pracy? Chcielibyście teraz odkleić niepochlebną metkę od swojego nazwiska? Droga jest kręta i wyboista.

Czasami nie trzeba nawet bezpośredniego zaangażowania czynnika ludzkiego, aby dzięki dostępnym w sieci informacjom zamienić czyjeś życie w piekło. Przekonał się o tym dobitnie pewien Hiszpan, którego dom z racji zalegania ze składkami ubezpieczeniowymi został wystawiony na licytację. Jednak ta nie doszła do skutku bo długi zostały w końcu spłacone.

W międzyczasie publikacja o aukcji pojawiła się stronie internetowej gazety „La Vanguardia Ediciones”, co spowodowało, że po wpisaniu do wyszukiwarki nazwiska owego Hiszpana, na pierwszym miejscu wyskakiwała informacja o możliwości nabycia jego domu. Wyobraźcie sobie tylko, że chcecie do siebie zaprosić jakąś dziewczynę, ale ona prewencyjnie decyduje się na wyguglowanie waszego nazwiska i doznaje olśnienia, że kłopoty finansowe, o których jej wspominaliście, właśnie wstąpiły na poziom hard.

Halo, policja? Proszę przyjechać na fejsbuka

Ów Hiszpan postanowił działać. Napisał do gazety z prośbą o usunięcie publikacji. Ta odmówiła, zasłaniając się, że opublikowała artykuł na życzenie ministerstwa pracy. Skoro dziennikarze okazali się oporni, to dlaczegożby nie uderzyć wyżej, np. do samego Wujka Google’a. Hiszpańska filia potraktowała sprawę poważniej, dostrzegając medialny potencjał sporu i skierowała ją do centrali na Mountain View.

Drogę wniosku w dużych korporacjach można porównać do krętej eskapady jaką z jądra Słońca pokonują fotony. Zanim promienie wydostaną się z gwiazdy mijają często miliony lat. Tym razem Google nie kazało na siebie tak długo czekać, jednak procedury trwały i trwały… Dlatego też mieszkaniec Hiszpanii poskarżył się na swoją sytuację do tamtejszego odpowiednika polskiego GIODO.

Ostatecznie, organy ochrony danych osobowych nie doszły do porozumienia z kalifornijskim gigantem informatycznym i sprawa trafił do Trybunału Europejskiego, który dopiero latem wydał wyrok. Zwycięsko wyszło z niego Google, które już oficjalnie nie musi nikogo usuwać z wyników indeksowania własnej wyszukiwarki. W uzasadnieniu napisano: „prawo europejskie nie przewiduje prawa do bycia zapomnianym”. Póki co?

Sprawdziłeś siebie?

Mogę się założyć, że część czytelników, sprawdziła teraz, jakie wyniki daje wpisanie ich nazwiska. Jeśli w czołówce znajduje się Wasz profil na Facebooku czy innym medium społecznościowym, to prawdopodobnie nie macie się czego obawiać, bo nie weszliście nawet na pierwszy stopień internetowego „celebryctwa”. Gorzej jednak kiedy okaże się, że jakiś gościu o takim samym nazwisku, dajmy na to, Jasio czy Kazio z Koziej Wólki na drugi końcu Polski, został kiedyś złapany na honorowym oddawaniu moczu w miejscu publicznym i nie omieszkał pochwalić się tym przed całą siecią.

Lekko przekichane. Jednak można użyć bardziej dosadnego epitetu, kiedy sprawa dotyczyć miałaby jazdy na podwójnym gazie czy innych odnotowanych w Kodeksie Karnym ekscesów. Co wtedy? Ano jak na razie nic, ale zgodnie ze słowami unijnej komisarz Viviane Reding, koła zębate europejskiej legislacji zostały wprawione w ruch. Co z tego wynika dla każdego z nas?

W sieci nic nie ginie

Otóż wszystko rozchodzi się o ustalenie spójnych dla 28 krajów Wspólnoty regulacji, które umożliwiałyby w wprowadzenie w życie prawa do bycia zapomnianym. Zapewne słyszeliście, że to, co już raz trafiło do Internetu pozostanie tam na wieki, albo przynajmniej do inwazji kosmitów, którzy albo przywiozą nam coś lepszego, albo powiedzą „Hasta la vista”.

Idea wymazywania niekorzystnych informacji z Internetu jest już dość wiekowa, jednak nie tak bardzo jak sama sieć. Obecnie wszyscy adminowie wyszukiwarek i portali muszą podporządkowywać się prawu, które zostało wprowadzone przed 17. laty, a więc w czasach kiedy Zuckerberg jeszcze ciągał dziewczyny za warkocze, a podpięty do Internetu był 1 % ludzkości.

Były to zupełnie inne czasy kiedy ludzie przywiązywali większą wagę do tego co piszą i to nawet pod pseudonimami, tymczasem jak mówi CEO Google, Eric Schmidt:

za dziesięć lat dzisiejsza młodzież będzie zmieniać nazwiska, bo nie będzie chciała być kojarzona z treściami, które dziś publikuje na swój temat.

Obecnie Internet działa niemal jak Wolna Amerykanka, każdy może skopiować Twoje zdjęcie z profilu w mediach społecznościowych. Przerobić je na dowolny, nawet wulgarny czy obraźliwy sposób i wstawić np. na 9GAGa czy inny LOLcontentowy portal, a potem spijać śmietankę utalentowanego grafika. Kto wie, a może tak już zrobiono z waszą fotką z wieczoru kawalerskiego kumpla, gdzie „przypadkowo” odpłynęliście w ramiona Morfeusza?

Dlaczego to się… nie uda

Politycy mogą rozpościerać przed nami Internetowe krainy mlekiem i miodem płynące, ale faktem jest, że większość z nich żyje w oderwaniu od codziennego świata. Dlatego ich manewry na polu prawa do bycia zapomnianym mogą skończyć się podobnie do ciasteczkowego eldorado, które raczej irytowało niż pomagało.

Moje obawy potwierdził zresztą Michał Boni, który powiedział:

Dokładne analizy i dyskusja pokazały, że trudno byłoby w sensie prawnym i technicznym znaleźć skuteczną formułę na prawo do bycia zapomnianym.

Nawet duże korporacje nie są w stanie poradzić sobie z wirusowym rozprzestrzenianiem się treści w Internecie. Przypomnijcie sobie tylko „ubrudzony” stół w siedzibie TVN. To, że możecie oglądać ten filmik pokazuje tylko, że co raz trafi do Internetu usunąć jest bardzo trudno…

Mądry Polak po szkodzie

W to powiedzenie może w najbliższych latach wstąpić nowe życie. Kiedy zorientujemy się np. że pracy nie dostaliśmy bo po każdej imprezie zostawiamy za sobą wirtualne okruszki naszego cyfrowego wizerunku, który „nie pasuje do polityki firmy”. Mówi się też, że „na każdego można znaleźć haka”, choć teraz już tak naprawdę nie trzeba w ogóle szukać, sami i to z premedytacją, dostarczamy je na portalach społecznościowych.

Marzy mi się, że nadejdzie kiedyś taki moment kiedy ludzie pomyślą dwa razy, zanim puszczą coś w eter i postawią siebie w niekorzystnym świetle, bo spływające lajki nie zawsze są najlepszym miernikiem „bycia fajnym”. Więc może zamiast pracować nad prawem, warto edukować? Tak jak lepiej niż leczyć, jest zapobiegać i wtłaczać do głów jak świadomie tworzyć swoje zero-jedynkowe „ja”.

Invisible man via Shutterstock

Foto 2

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu