Spotify

Artyści nie zarabiają na Spotify? Spójrzmy na to szerzej, na przykładach

TP
Tomasz Popielarczyk
10

Kwestia zarobków artystów w serwisach ze streamingiem muzyki jest bardzo kontrowersyjna. Często pojawiają się głosy z ich strony, że oferowane stawki są śmiesznie niskie i nie odzwierciedlają liczby osób, do których trafiła ich muzyka. Problem w tym, że takie oskarżenia są wynikiem przestarzałego po...

Kwestia zarobków artystów w serwisach ze streamingiem muzyki jest bardzo kontrowersyjna. Często pojawiają się głosy z ich strony, że oferowane stawki są śmiesznie niskie i nie odzwierciedlają liczby osób, do których trafiła ich muzyka. Problem w tym, że takie oskarżenia są wynikiem przestarzałego podejścia do tego rynku, albo po prostu klapek na oczach.

Spójrzmy na to, jak rynek muzyki działał przez te wszystkie lata (w dużym uproszczeniu). Na półkach sklepowych pojawiała się płyta, klienci ją kupowali, artysta i wytwórnia zarabiali. Potem przyszedł internet i w podobny sposób działała sprzedaż plików MP3. Streaming wywraca ten model do góry nogami. Klient nie kupuje namacalnej płyty, nie pobiera nienamacalnego pliku MP3. Tak naprawdę nie kupuje nic, a jedynie płaci za możliwość dostępu. Za regularnie wpłacaną kwotę może bez ograniczeń słuchać dowolnych utworów z bazy liczącej kilkadziesiąt milionów pozycji. Artysta i wytwórnia otrzymują natomiast pieniądze w zależności od liczby odtworzeń z uwzględnieniem masy innych czynników.

Kilka dni temu pisałem o Eternify - aplikacji, która miała nam uświadomić, jak bardzo poszkodowani są artyści na Spotify. Wszystko znów dotyczyły pieniędzy, a konkretnie niskich stawek. Dość jasno, mam nadzieję, pokazałem, że jest to mocno naciągane. Chcę jednak przyjrzeć się jeszcze jednej kwestii, do czego zainspirowały mnie Wasze komentarze pod tamtym artykułem.

Czy liczenie na zbicie majątku na sprzedaży muzyki nie jest aby przestarzałym podejściem? Dziś zarabianie na muzyce może się odbywać na wielu płaszczyznach, a praktyka pokazuje, że koncerty, sklepy z koszulkami i gadżetami, wystąpienia na imprezach i w innych miejscach przynoszą o wiele większe korzyści, aniżeli sprzedaż tych nieszczęsnych płyt lub plików MP3.

Szwedzki duet The Cazzete oparł promocję swojej twórczości wyłącznie na Spotify. Zrezygnowali z jakiejkolwiek sprzedaży i nie zainwestowali nawet grosza w marketing. Pojawili się w rekomendacjach w serwisie, potem dodano ich do kilku popularnych playlist. Zanim jeszcze zadebiutował ich pierwszy krążek, liczba fanów na Facebooku sięgnęła blisko 93 tys. (na Twitterze - 40 tys.). To przełożyło się na publiczność na koncertach, która zwiększyła się średnio z 1,5 tys. osób do 8,5 tys. Łącznie zanotowali 16 mln odtworzeń na Spotify, bez większego wysiłku lądując na szczytach list przebojów.

Hunter Hayes, wschodząca gwiazda muzyki country całkowicie zrezygnował z fizycznych płyt CD. W maju zadebiutował jego nowy singiel, który trafił tylko do usług ze streamingiem oraz iTunes. On sam twierdzi, że kluczem do sukcesu jest dotarcie do jak największej liczby fanów, a może to zrobić tylko w taki sposób. Od 2011 roku jego profil na Spotify obserwuje 4,6 mln osób.

Ed Sheeran w wywiadzie dla Sky News przyznał, że istnienie na Spotify pozwala artystom skuteczniej zaistnieć i budować swoją popularność. On sam został niedawno okrzyknięty królem szwedzkiej platformy, bo jako pierwszy artysta zanotował 2 mld odtworzeń. Wśród 20 najchętniej słuchanych tutaj utworów, aż 7 jest jego autorstwa.

Ben Berry, współzałożyciel zespołu Moke Hill tłumaczy, że Spotify wcale nie krzywdzi artystów. Dodaje jednocześnie, że bez tej platformy jego zespół by dziś praktycznie nie istniał. Zadebiutowali w 2013 roku bez marketingu i wsparcia PR-owego. Ich pierwszy singiel trafił na Spotify, gdzie w niedługim czasie zanotował ponad 300 tys. odtworzeń. Berry ujawnił, że przy stanie 204250 odtworzeń serwis wypłacił im 910,43 dol. Za jeden utwór - bez wydawcy, fizycznych kopii, projektów okładek i promocji. Dziś piosenka "Detroit" ma na liczniku już blisko 500 tys. odtworzeń. Dla porównania inne źródła wskazują, że znany dj Avicii za utwór Wake Me Up odtworzony ponad 298 mln razy otrzymał 1,56 mln dol. Za jeden utwór.

To taka wisienka na torcie, bo nie o pieniężnych korzyściach ze Spotify chcę pisać. Weźmy nowozelandzką wokalistkę Lorde. Jesienią 2013 r. Forbes pisał artykuł pt. "Jak Spotify uczynił Lorde gwiazdą popu" (ang. "How Spotify Made Lorde A Pop Superstar"). Dziś obserwuje ją 1,3 mln użytkowników, a najpopularniejszy utwór "Royals" ma prawie 262 mln odtworzeń. W Spotify zadebiutował 19 marca 2013 r. Już 2 kwietnia pojawił się natomiast na playliście "Hipster International", gdzie dodał ją Sean Parker, a 8 kwietnia zadebiutował w zestawieniu  Spotify Viral Chart, gdzie po kilku tygodniach znalazł się na pierwszym miejscu. Wcześniej 16-letnia artystka była znana jedynie w Nowej Zelandii i Australii.

Oczywiście możemy polemizować na ile sukcesy tych wszystkich artystów są zasługą Spotify, a na ile przełożeniem ich talentu i umiejętności. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że szwedzka platforma jest obecnie jednym z najskuteczniejszych narzędzi do budowania zasięgu, popularności oraz zdobywania fanów. Ta "wartość dodana" jest moim zdaniem o wiele ważniejsza niż same wypłaty ze Spotify, które, przypomnijmy, od początku istnienia serwisu wyniosły 3 mld dol. To doskonały punkt wyjścia do robienia prawdziwych pieniędzy. Lepszej rekomendacji chyba nie trzeba?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

muzykaSpotifystreaming muzyki