Felietony

Kupiłem dwa ultraflagowce i czuję się oszukany. Apple ma nas i będzie mieć gdzieś

Jakub Szczęsny
Kupiłem dwa ultraflagowce i czuję się oszukany. Apple ma nas i będzie mieć gdzieś
76

Jestem jednym z tych wiernych fanów technologii, którzy z zapartym tchem śledzą każdą premierę. Gdy telefony: mój i mojej partnerki przestały już nam wystarczać, postanowiłem zainwestować w dwa iPhone’y 15 Pro Max. Tak, dobrze przeczytaliście – dwa. Jeden dla mnie, drugi dla lepszej połówki. Wydałem na nie małą fortunę, mając nadzieję, że będą warte każdej wydanej złotówki. I co? Znowu czuję się jak frajer, który dał się nabrać na kolejną marketingową pułapkę.

Podczas ostatniej — z początku tragicznej — konferencji WWDC, Apple dumnie zaprezentowało swoje najnowsze dzieło — Apple Intelligence. Narzędzie oparte na technologii OpenAI, miało zrewolucjonizować moje życie. Problem w tym, że ta rewolucja najpewniej ominie Polskę szerokim łukiem. Apple ogłosiło, że początkowo narzędzie będzie od premiery dostępne tylko w USA, a kolejne kraje będą dodawane dopiero w 2025 roku. I wiecie co? Mam poważne wątpliwości, czy Polska kiedykolwiek znajdzie się na tej liście.

Nie jest to pierwszy raz, kiedy Apple pokazuje nam środkowy palec. Pamiętacie jeszcze Siri? Zaprezentowano ją światu w 2011 roku. Minęło 13 lat, a Siri nadal nie mówi po polsku. Apple traktuje nas jak kraj trzeciego świata — mamy płacić za ich produkty jak za zboże, ale w zamian dostajemy wybrakowane urządzenia. Bo jak inaczej nazwać iPhone'a, który w Polsce nie działa w ramach pełni swoich możliwości?

Jasne, mogę korzystać z Siri po angielsku. Ale to nie jest to samo. Moja mama, która angielskiego nie zna, z Siri nie skorzysta. Twój dziadek? Nie twierdzę, że dziadków znających angielski nie ma, ale wielu z nich nie miało szansy się go nauczyć. Apple w Polsce sprzedaje swoje urządzenia w pełnych cenach, nie zważając na to, że brakuje im kluczowych funkcji dostępnych w innych krajach. Ktoś z Was uważa to za fair? Wiem, życie nie jest fair. Ale, na Steve'a Jobsa, są jakieś granice.

Płacimy za obietnice, które się nie spełniają. Apple w swoich materiałach marketingowych obiecuje cuda na kiju, a my, jak te owce, podążamy za nimi, wierząc, że tym razem będzie inaczej. Że może teraz nas zauważą, że może w końcu dostaniemy to, za co płacimy. A potem przychodzi zimny prysznic. Kolejne ograniczenia regionalne, kolejne "innowacje", z których nie możemy korzystać. Kolejne kopniaki w sam koniec ludzkiego układu pokarmowego.

Apple wie, że ma nas w garści. Wie, że wierni klienci także z Polski i tak kupią ich produkty, nawet jeśli są one okrojone z najnowszych funkcji. Bo przecież to Apple. Marka, prestiż, jakość, emejzing. A my? Sięgamy po portfele. Co nam innego pozostaje? Android? Ten Samsungowy zaczyna kusić coraz mocniej. Samsung DeX, Galaxy AI i wiele innych — a to, że będzie płatne, to już pal licho. Wolałbym zapłacić i mieć, niż nie mieć w ogóle.

Mam dość bycia traktowanym jak obywatel drugiej kategorii. Mam dość płacenia fortuny za urządzenia, które są jedynie cieniem tego, co oferuje Apple w USA. Może czas przestać wierzyć w bajki o "lepszym od wszystkiego" Apple? Może czas zrozumieć, że dla korporacji liczą się tylko rynki, na których mogą zarobić najwięcej, a Apple jest w deprecjonowaniu "mniej rentowych" regionów mistrzem nad mistrzami? Bo przecież reszta świata może sobie poczekać. Może — choćby i wiecznie.

Teraz, za każdym razem, gdy wezmę do ręki mojego "ultraflagowca", będę pamiętał, że dla Apple jestem tylko kolejnym numerem w statystykach sprzedaży. Że wspieram korporację, która tak naprawdę ma mnie gdzieś. A są na rynku tacy, którzy przynajmniej próbują oddać nam pełną funkcjonalność swoich produktów. Ja na razie czuję się oszukany i mam poważne wątpliwości co do tego, czy kiedykolwiek Apple zmieni swoje podejście do polskiego rynku. 20. gospodarka świata nie zasługuje na to, by znaleźć się w choćby peryferiach centrum uwagi Apple'a.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu