Moje przemyślenia

AntyNiedziela

GU
Grzegorz Ułan
8

Dziewiąty już odcinek AntyNiedzieli w troszkę innej formie (linkowanie bezpośrednio do całych dyskusji, nie do profili autorów), a to w związku z powrotem do systemu komentarzy od Disqusa. Przyznam szczerzę, analizując i czytając wszystkie wpisy i komentarze z minionego tygodnia, uświadomił mi jes...


Dziewiąty już odcinek AntyNiedzieli w troszkę innej formie (linkowanie bezpośrednio do całych dyskusji, nie do profili autorów), a to w związku z powrotem do systemu komentarzy od Disqusa. Przyznam szczerzę, analizując i czytając wszystkie wpisy i komentarze z minionego tygodnia, uświadomił mi jeszcze bardziej słuszność tej decyzji. Tak naprawdę nie wiem, z czego to wynika, ale jest ich więcej, są bardziej obszerne i wzbogacające jeszcze bardziej nasze wpisy o Waszą wiedzę. Nie ujmując niczego komentarzom facebookowym, być może jednak komentowanie w tym systemie jakby trochę blokowało Wasze wypowiedzi i okazuje się, że wielu z Was po prostu tego nie robiło. Spójrzmy więc, jak to wyglądało w tym tygodniu. Oczywiście poniedziałek "wygrał" wpis o powrocie do Disqusa, dodatkowo więc wybrałem z tego dnia jeszcze jeden artykuł, który wzbudził najciekawszą dyskusję. Podobnie w środę, kiedy to głos w sprawie startupów zabrał Bartek Gola, którego to nie można było pominąć w tym tygodniowym podsumowaniu.

I.a Poniedziałek – Autor Grzegorz Marczak.

Właśnie daliśmy kopa Facebookowym komentarzom na Antyweb i wracamy do Disqusa. Dwa miesiące temu poinformowaliśmy Was o rezygnacji z systemu komentarzy Disqusa, na rzecz tych od Facebooka. Powodów tego kroku mieliśmy kilka. Nie będę ich jeszcze raz opisywał, zainteresowani mogą wrócić do wpisu w którym je wyjaśniliśmy. Od dziś jednak przesiadamy się z powrotem na Disqusa i mam kilka mocnych argumentów dlaczego zmieniliśmy decyzję.

11 tysięcy komentarzy później wyłączyliśmy więc Facebooka. Teraz mam zamiar odczarować trochę system komentarzy FB jak i to jak one tak naprawdę działają. Na początku jednak słowo o zaletach. Faktycznie włączenie tego systemu na Antyweb wyeliminowało wszelkiego rodzaju trolli, jak również tych, którzy do komentarzy jeszcze nie dorośli. I to tyle jeśli chodzi o zalety. Teraz o wadach czyli obalamy mity.

To tyle jeśli chodzi o narzekanie. Przetestowaliśmy Facebookowe komentarze i wiemy co potrafią i ile są warte. Disqus nie jest oczywiście idealny, ale to firma która zarabia na życie tworząc swój system. Możemy się więc spodziewać od nich w tym temacie dużo więcej i szybciej niż od Facebooka. Usuwając Facebooka usuwamy też blokadę przed trolami, którzy chcą za wszelką cenę pokazać swoje mądrości. Obiecuję jednak, że nie będziemy ich rozpieszczać i postaramy się zachować wysoki poziom dyskusji.

Na koniec jeden ważny komunikat dla tych wszystkich, którzy na początku już przekonywali nas, że Facebook to błąd. Mieliście racje!:) Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze i to w wielu przypadkach. Oddajemy więc w wasze ręce ponownie Disqusa.

Dariusz Mikielewicz:

Dokładnie się zgadzam z autorem. Ja nie posiadam konta ba FB i tylko dla komentarzy na Anty mam zakładać konto? Powrót do disqus`a - dobra decyzja.

Michał Mewald:

Przy poprzedniej zmianie, na Facebook przyrzekłem sobie, że nie będę komentować na AntyWeb, ponieważ nie pozwala mi na wykorzystania innej możliwości logowania i chociaż posiadam konto na FB, a w komentarzach podpisuje się i tak imieniem oraz nazwiskiem wolę wzbraniać się z tego sposobu komentowania.

Fajnie, że wróciliście do Disqus :)

PS. Co do błędów z ładowaniem komentarzy FB - sam widziałem te problemy, na Operze, Firefox oraz Chrome, jednak nie przeszkadzało mi to, bo i tak nie komentowałem.

Quetz666:

Ha ha, welcome back Antyweb! Koniec segregacji "rasowej" na tych co mają FB i tych co nie chcą/nie mają. Mam nadzieję, że nauka nie pójdzie w las...

totalizator:

Cieszę się, że mogę wrócić do komentowania tekstów na AW. Myślę, że więcej jest osób, które nie lubią publicznie wypowiadać się pod własnym nazwiskiem. Nie mam nic do FB, ale używam go wyłącznie do celów prywatnych i tamten system to był zwyczajny konflikt interesów. Tak jak nie piszę publicznych postów tak nie chcę komentować rzeczy w Internecie używając FB.

Sebastian:

I to ja rozumiem. Nie jestem trollem, ale też niekoniecznie chcę się podpisywać imieniem i nazwiskiem - to fakt. Facebook mimo wszystko ogranicza, moim zdaniem.
Ja na przykład używam różnych blokerów jak ghostery czy disconnect więc nie widziałem w ogóle komentarzy.

Dzięki, że to zrozumieliście!

Andrze:

Przede wszystkim facebookowe komentarze wyglądają jak ... cały facebook - czyli brzydactwo i bezguście. Czasem naprawde zastanawiam się nad tym, czy jakieś komórki specjalne typu CIA, FBI ;) tam nie maczają palców, bo wydaje mi się wręcz niemożliwe jak taki burdelarski serwis tak mógł się wybić. Ok, teraz to jeszcze ma ręce i nogi (choć wolę nie myśleć co tam "na spodzie" jest), ale przypomnijcie sobie Facebook np. 2-3 lata temu. Wyglądało to jak groch z kapustą, totalna amatorka, słowem jak strona domorosłego programisty PHP z ... 2005 roku.

Piotr Włodarczyk:

Od początku mówiłem, że tak będzie!!:D U mnie komentarze nawet się nie wyświetlały, bo miałem włączoną blokadę przeciwko śledzeniu, ale świadomie, w innych przeglądarkach zapewne jest to podobny mechanizm :) Ale chyba ani razu nie skomentowałem od tego czasu... FB mnie odstrasza... już prędzej komentowałbym, gdyby G+ miał podobny system :)

Shenson:

Nareszcie znowu mogę coś tutaj napisać :) Cieszę się że poszliście po rozum do głowy i zrezygnowaliście z FB które obecnie próbuje się wcisnąć dosłownie wszędzie. Dobra decyzja!

Vir:

No w końcu! Wprowadzenie komentarzy z FB odcieło mnie od komentarzy z dnia na dzień. Niby dało się zalogować z mojego konta Xbox Live ale przez to cała moja lista kontaktów powędrowała do FB. Co do API to chyba nie ma gorszego tworu niż to z FB, każdy projekt robiony na fejsbuka to gehenna programisty.

I.b Poniedziałek – Autor Marcin Kamiński.

Tak może wyglądać bliska przyszłość motoryzacji – silniki elektryczne w kołach samochodu. Temat przyszłości motoryzacji poruszałem na AntyWeb już niejednokrotnie, choćby ostatnio przy okazji inwestycji Billa Gatesa w firmę pracującą nad nową generacją silnika spalinowego. Tym razem chcę przybliżyć Wam kolejny pomysł, który ma realne i spore szanse na wdrożenie i to już w roku 2014. Mowa o silnikach elektrycznych montowanych w kołach pojazdu, które dzięki zintegrowaniu z piastami będą w stanie odzyskiwać energię podczas każdego hamowania. Prowadzić ma to do oszczędności energii i poprawy zasięgu samochodu, a w dalszej przyszłości również do poprawy osiągów.

W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej pomysłów na udoskonalenie technologii stosowanych w motoryzacji. Nie wszystkie z nich są trafione, tylko wybrane wejdą w życie, a naprawdę garstka okaże się rzeczywistą rewolucją. Cieszy jednak fakt, że świat stara się zrobić coś z wyczerpującymi się zasobami surowców. A jak udowadnia Tesla, nawet jeżdżący elektryczny superkomputer może dawać radość z jazdy.

jakubo:

pomysl wydaje sie dosc beznadziejny, szczerze mowiac...
silniki w najnizszych miejscach samochodu, a do tego nie podlegajace zadnej amortyzacji. dyza masa ktora ciagle podskauje na kazdej dziurze i niustannie wibruje podczas jazdy po zyklej naiwerzchni. do tego woda, piasek, kurz, snieg, srodki do obnizania temperatury zamarzania wody... hm.... teraz samochod moze przejechac bez problemu 500tys km - bez zadnych wikeszych remontow silnika- tylko olej i rozrzad. nie wyobrazam sobie jak takie ustrojstwo molgoby wytrzymac nawet 50 tys. do tego to cholernie niebezpieczne, kiedy jeden silnik ulegnie uszkodzeniu i zacznie wolniej pracowac niz ten po przeciwnej stronie. zadziala jak czolg i caly samochod skreci w strone uszkodzonego silnika.
moze to i fajne wyglada, ale nadaje sie do prowadzenia na zamknietym torze kolarskim conajwyzej.... jesli mieliby to dostatecznie uszczelnic i zabezpiczyc przed warunkami zewnetrznymi to i tak bedzie to taka masa w kolach, ze wrazenia z jazdy beda porownywalne z transporterem opancerzonym.

Łukasz Jagodziński:

Wszystko super tylko jeśli weźmiemy pod uwagę, że będą to aż 4 silniki to otrzymujemy aż 3 dodatkowe (nietanie) elementy, które mogą się zepsuć a biorąc pod uwagę obecne trendy rynku to będzie się psuło. Ponadto umieszczenie silnika bezpośrednio w kołach będzie narażało je na pochłanianie wszystkich wstrząsów, uderzeń itp. więc ciekawe jak to się sprawdzi ale obym się mylił.

dicon:

To jest tak gienialne w swojej prostocie, że dziwię się, że dopiero teraz na to wpadli :)

II. Wtorek – Autor Krzysztof Wąsowski.

Gdzie kończy się logika, tam zaczyna się Kickstarter. Dziennik kapitana, data gwiezdna: -310057.5953754301. Kolejny raz, przekraczając granicę światła udało nam się w końcu osiągnąć granice absurdu. Żyjemy w dobie wszechobecnych social mediów, dzielenia się naszą aktualną lokalizacją i publikowania zdjęć tego co znajduje się na naszym talerzu. Nagrywamy dziwne filmiki, w stylu „ale urwał” lub „to je amelinium, tego nie pomalujesz”. Co raz twórcy startupów zaskakują mnie swoimi mniej lub bardziej genialnymi pomysłami. Czasem wydaje mi się, że granice absurdu już dalej nie mogą się posunąć. Jednak za każdym razem gdy siadam do pisania, znów wpadam na jeszcze bardziej pokręcony pomysł, który kwituję klasycznym facepalmem. Tak właśnie było po zapoznaniu się z ideą aplikacji 1 Second Everyday.

Prawdę powiedziawszy, moglibyśmy tę codzienną sekundę wykorzystać w bardziej praktyczny i słuszny sposób np. przytulając kogoś. Wydaje mi się, że z przytulania jest więcej korzyści, niż z nagrywania filmików, które, de facto, i tak finalnie mogą nie mieć większego sensu. Bo codziennie przytulając kogoś przez jedną sekundę jesteśmy w stanie podnieść poziom dopaminy w naszym organizmie, a tym samym poprawić sobie i przytulanej osobie humor.

Twórcom gratuluję fantazji, naprawdę. Sam nie wpadłbym na tego typu pomysł. Jednak reasumując, przytulajmy się więcej, a nie twórzmy tak absurdalnych pomysłów, o których i tak za 55 lat zapomnimy.

Polny:

Brzmi jakby Ci było szkoda że to ten koleś zebrał tyle hajsu a nie Ty. Pomysł jak pomysł.

Grzesiek Baran:

Jednorazowy strzał w "hipsterów". Nie chodzi mi tu o hejt tylko o specyficzną grupę użytkowników Appla. Nie chodzi o użyteczność czy funkcjonalność, a o awesomeness. Zgadzam się, że pomysł jest z deka bez sensu z bardzo prostej przyczyny - "do końca" wytrwa może 10-15% użytkowników, ale to już nie problem twórców, którzy kasę zgarną na dzień dobry. Ludzie bardzo szybko nudzą się takimi rzeczami. Gdyby faktycznie im się chciało mielibyśmy zdecydowanie więcej oryginalnym montaży na YT (jak 365 zdjęć "przed wyjściem do ludzi" czy "ciążówek"), a nie jajcarskich nagrań jak iguana puszcza bąka w wannie.

Filip Pawlicki:

Zupełnie się z Tobą nie zgadzam! Bardzo mi się ten pomysł podoba, zresztą zrzucam się na niego. Plan jaki mi od razu wpadł to pierwsze lata życia mojej córki "sfilmowane" i sprezentowane jej (albo babci, albo dziadkowi) kiedy będzie już większa. Ty sam nie chciał byś sobie przypomnieć za 10 lat co się działo u Ciebie w życiu.. ja bardzo! Mam tylko nadzieje że ten projekt wypali na tyle, że uda się go stworzyć na andka.
A co do głupich pomysłów to rzadko musisz przeglądać KS jeśli to Cię tak zbulwersowało.

Dawid Kania:

Moim zdaniem problem nie leży w tym czy gość szuka finansowania na Kickstarterze (niech mu się powiedzie). Jeśli ktoś jest skłonny za coś zapłacić to znaczy że twórca znalazł jakąś niszę. Pomysł jest absurdalny z zupełnie innego powodu - sekunda to niewiele więcej niż to co uda nam się utrwalić na statycznym zdjęciu. 30 sekund czy też minuta (nadal niewiele jeśli chodzi o czas) a już można zarejestrować masę ciekawych, zabawnych, interesujących, ważnych rzeczy. W 1 sekundzie nie zawrzemy kontekstu tego co nagraliśmy. Po kilku miesiącach (latach) kręcenia może się okazać, że mamy 80 sekundowych filmików z kąpiącym się synem and that's it. W rzeczywistości kąpiel numer 8 (ta gdy pierwszy raz bawił się gąbką kaczką) versus kąpiel numer 26 ( powiedział pierwsze słowo) versus kąpiel 47 (gdy wybuchł zaraźliwym śmiechem po zabawie pianą) to zupełnie inne wydarzenia o innym charakterze dla których kontekst jest kluczowy.

III.a Środa – Autor Jan Rybczyński.

Dead Man… Liking? Czy Facebook sprzedaje nasze „lajki” bez naszej zgody? To musiało się kiedyś wydać. Co byście pomyśleli gdyby wasz znajomy, który zmarł kilka miesięcy wcześniej, nagle polubił na Facebooku jakąś stronę i zostalibyście o tym powiadomieni przez serwis społecznościowy? Że ktoś zalogował się na jego konto? Albo gdyby wasza znajoma wegetarianka nagle polubiła nowego hamburgera? Zwykła pomyłka, przypadkowe kliknięcie? A jeżeli takich przypadków byłoby więcej wśród waszych znajomych, a w waszym profilu pojawiałby się strony, których nigdy nie polubiliście? Wtedy powoli zaczyna kształtować się obraz całej sytuacji. Może okazać się, że starania Facebooka aby przełożyć swoją ogromną bazę użytkowników na zyski są niewybredne, niewłaściwe, ale przede wszystkim po prostu bezczelne.

Jaki sens ma podjęcie takich działań przez Facebooka? Czy ludzie stojący za tym serwisem wierzyli, że nikt się nigdy nie zorientuje, że pojawiają się fałszywe oznaczenia „Lubię to!”? Owszem, Facebook wie o nas wiele, jednak nie na tyle dużo, żeby bezbłędnie przewidzieć co polubimy a co jest zdecydowanie wbrew naszym przekonaniom. Nie ze wszystkim afiszujemy się publicznie, a niektórych rzeczach wiemy tylko my sami i nasi najbliżsi znajomi. Przy setkach milionów aktywnych użytkowników to była kwestia czasu aż ktoś zacznie o tym mówić. Co więcej, w niektórych szczególnych przypadkach takie przypisane cichaczem polubienie czegoś może mieć dla kogoś poważne konsekwencje, jeśli „polubi” coś czego z punktu widzenia swojej firmy, religii czy drugiej połówki nie powinien był polubić. Czyżby monetyzacja użytkowników była w świetle spadku wartości akcji aż takim problemem, żeby chwytać się tak radykalnych, niskich i nieetycznych sposobów jak fejkowe lajki? Być może, skoro nie od dziś wiadomo, że najbardziej liczymy się z opinią osób nam bliskich i wprowadzenie nas w błąd, że oni coś lubią może się po prostu opłacać.

Mam prośbę do czytelników AntyWeb, jeśli sami zetknęliście się z przypadkami manipulowania lajkami, zgłaszaniem aktywności kont, które tak naprawdę nie miały miejsca, dajcie znać w komentarzach. Zdecydowanie warto wyjaśnić tą sprawę. Może okazać się, że główną przyczyną ewentualnych problemów Facebooka będzie on sam i jego podejście do użytkowników.

szam:

AAAA, to to chodzi. Ostatnio odpalając facebooka dostałem propozycję włączenia udostępniania zdjęć z komórki, z informacją, że kilku znajomych, w tym moja dziewczyna, już to zrobili. Ona twierdzi, że nigdzie nie klikała, zresztą nie ma smartfona, a z FB korzysta okazjonalnie i tylko przez przeglądarkę na netbooku, więc chyba nawet technicznie nie jest możliwe włączenie tej funkcji dla niej.

Marcin:

To i tak nic przy Google+ które automatycznie potrafi przypisać autorstwo artykułu bez wiedzy autora komuś innemu, nawet zmarłej osobie.

W Google+ istnieje mechanizm dzięki któremu autor jakiegoś artykułu może ustawić swój profil jako autora tekstu. Niby nic wielkiego, na Facebooku też jest to możliwe za pomocą OpenGraph (jednak na FB wymaga to potwierdzenia autora). Jednak z Google+ mało kto korzysta więc Google postanowiło zrobić to automatycznie bez wiedzy autorów. Ktoś nie musi być autorem tekstu by figurować w całym Internecie jako autor, wystarczy tylko że w dowolnym artykule zostanie wspomniane jego imię i nazwisko w tekście w ostatniej linii. Google automatycznie zakłada że na końcu artykułu jest autor więc jeżeli znajdzie tam ciąg znaków odpowiadający jakiemuś profilowi to zakłada że jest to autor.

Afera wyszła na jaw gdy zmarły od 28 lat Truman Capote nagle został wyświetlony jako autor artykułów z roku 2010r. Co zabawne autorem artykułu Emily Bazelon która ma profil na Google+ ale nie zdecydowała się go aktywnie wykorzystać do podpisania artykułu. Google więc podpisał jej artykuł na nią ponieważ w ostatniej linijce artykułu znalazł tekst "the Truman Capote law-and-media fellow at Yale Law School"

Krzysztof Trzos:

Mam wrażenie, że jak wykupiłem reklamę na FB, aby ludzie "lajkowali" moją stronę, to w rzeczywistości lajkowały je konta fikcyjne (gdyż nie wykazywały zupełnie żadnej innej aktywności)...

Emes76:

Tego typu działania pokazują, że jeśli już coś jest do wszystkiego to zaczyna być do niczego. FB zaczyna być jednym wielkim bałaganem, w którym za plecami MarkaZ dyszą już inwestorzy którzy popłynęli na akcjach i czekają aż cokolwiek z tej nieudanej inwestycji im się zwróci. Pressing wg mnie jest poważny i nie zdziwię się jak tego typu historii będzie co raz więcej, bo jakoś dość nieczystymi zagraniami będą musieli przekonywać reklamodawców o swojej skuteczności, mimo że ta faktycznie będzie mierna - z czego zapewne doskonale zdają sobie sprawę.

III.b Środa – Autor Bartek Gola.

Bartek Gola : Odwalcie się od Startupów!. Mój personalny brand24/sentione pokazuje, że słowo start-up staje się pewnym stygmatem. Prawie, że obrazą. Sam przyłapałem się na tym, że kiedy opowiadam ludziom „starego pieniądza” o tym czym się zajmujemy unikam tego słowa pisząc coś o „młodych, innowacyjnych przedsiębiorstwach technologicznych”.

Dlaczego boimy się tego określenia? Bo: i tutaj mój ukochanie irytujący cytat: „start-upy to sa te firmy, które nie zarabiają” lub drugi mądrala: „ja nie robię start-upów, robię prawdziwy biznes” Nasza branża została ostygmatyzowana jako ta, która jest grupą niepoważnie ubierających się gówniarzy (to tez bardzo ważny cytat), która nie umie zarabiać kasy.

Start-upy nie sa modą, kolejną hipsterską falą, zepsutych dzieciaków z dużych miast. Są koniecznością jeżeli jako społeczność, naród, pokolenie nie chcemy pozostać biernymi konsumentami rzeczy tworzonych gdzieś indziej. Jeżeli mamy stać się choć nieco upodmiotowieni w wyścigu po kawałek przyszłości. Proste rezerwy się kończą. Kibicujmy tym, którzy chcą budować wartość w oparciu o innowacje a nie o miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Na koniec trochę idealizmu. Nasza branża to trochę lepszy biznesowo świat. Świat, w którym słowo ma ciągle jeszcze jakieś znaczenie, gdzie ludzie są gotowi pracować przez kilkadziesiąt godzin żeby realizować swoje marzenia bez pytania czy na tym zarobią, gdzie zachował się prawdziwy duch przedsiębiorczości. Gdzie zarabia się z kimś a nie na kimś. Amen

Powiem wam jeszcze raz na koniec: odwalcie się od start-upów, dla własnego dobra.

Marcin Szeląg:

Robienie startupów stało się modne. Zgodnie z teorią owczego pędu rzesze ludzi rzuciło się na tą nową "ziemię obiecaną". Niestety dla większości zonk pojawił się bardzo szybko bo startupy to nie małe firmy i nie sposób na szybkie zarabianie w sieci. Od tego droga do stwierdzenia, że to "Ci, którzy nie zarabiają" była już bardzo krótka. Startupy to ekstramalne ryzyko dla każdego kto tego dotyka - szansa powodzenia jest znikom. Osobista refleksja - za wcześnie wyszliśmy jako branża z podziemia. Jako naród jesteśmy ambitni i chcieliśmy od razu przeskoczyć górę. Brakuje nam globalnego sukcesu, który pokaże "jak to się k*rwa robi". Może czas aby zejść do podziemia, popracować i rzeczywiście zbudować ten sukces aby móc go później jako branża monetyzować.

Adam Matysiak:

Sam mam start-up (portal?) i też zacząłem przestawać używać tego brzydkiego słowa na "s". To samo jest z pojęciami: innowacyjny, nowatorski - po prostu nie wolno Ci ich używać, bo się zdewaluowały. A że były nadużywane - to już inna kwestia.

Ja wychodzę z założenia, że każdy powinien mieć prawo by robić swój biznes i nie powinien być krytykowany za sam fakt. Czym innym jest już przygotowanie do jego prowadzenia (ale z drugiej strony, gdzie masz się nauczyć, jak nie właśnie w ten sposób), umiejętności do stworzenia potrzebnej usługi, finansowanie (i nie piszcie, że wszyscy walą tylko do VC, bo nie wydaje mi się, żeby tak było - powstaje teraz dużo akceleratorów i innych programów, które mają wspierać te małe firmy (albo "firmy"), a też dużo projektów po prostu bootstrapuje).

No ale to też jest Polska - kraj, gdzie się cieszą, gdy Ci nie wyjdzie; zazdroszczą, gdy wyjdzie (+ spróbują zgnoić); a jak już tylko robisz coś innego niż przeciętność (patrz start-up) to również próbują zgnoić. A to wcale nie jest łatwa praca. Powiedziałbym nawet, że jedna z trudniejszych, bo: wkładasz w to swoje oszczędności, pracujesz po 10-14h dziennie (i weekend to nie weekend), na początku pewnie nie idzie za dobrze, a przy okazji kto może to Cię zhejtuje. No a jeśli Ci się uda, to już w ogóle... Ale dla tej chwili to warto robić. Dziękuję.

Cube-K:

IMHO Najwazniejsza roznica miedzy dowolnym biznesem a start'upem jest w punkcie przychodow. Dowolny biznes, bardzo szybko zaczyna miec jakies przychody (nie mylic z dochodem), start'up potrzebuje dlugiego finansowania/inwestowania by sie przekonac czy w ogole dziala i ma szanse na jakich przychod. Do tego czesto zaczyna od wersji "free", wiec automatycznie jest to przedsiewziecie uzaleznione od "cierpliwego" kapitalu.
Ale czy polscy inwestorzy sa cierpliwi, to juz nie mnie oceniac.

Dla mnie start'up przypomina badania naukowe. Zbiera sie ekipe mozgow, daje im fundusze i moze cos niesamowitego wymysla. A moze i nie wymysla, to wymysli inny zespol w innym uniwersytecie. Co ktorys wymysla, i dlatego ma to sens.

Futurehost:

Takie, a nie inne podejście do biznesów określanych jako "startupy" bierze się z tego, w jakim kierunku poszła branża. Przykładowo podczas Startup Weekendów powstają projekty, które często są sztuką dla sztuki. Sporo dzieciaków "robi startupy", które porzuca po miesiącu, bo nie ma na nie pomysłu.

To nie jest biznes, ale to o tych projektach często się tyle mówi. To powoduje zakrzywienie znaczenia słowa startup, którego wydźwięk kiedyś był naprawdę pozytywny.

IV. Czwartek – Autor Tomasz Popielarczyk.

Czekasz na nowe aplikacje Google’a dla Windows? To się możesz nie doczekać…. Aplikacje, aplikacje, wszędzie aplikacje – dostęp do internetowych usług i serwisów za pomocą tych małych programów jest prostszy, wygodniejszy i szybszy, a liczba osób, która to robi, ciągle rośnie. Wydawać by się zatem mogło, że takiemu gigantowi jak Google, będzie zależało na przyciągnięciu do siebie użytkowników wszystkich platform. Nic z tych rzeczy.

Nie można jednak zarzucić kalifornijskiemu koncernowi, że nie próbował. Pod koniec października ruszyła przecież akcja „nawracania” użytkowników Windows 8 na „jedyną słuszną przeglądarkę”. Na stronie GetYourGoogleBack.com umieszczono przyciski pozwalające na błyskawiczną instalację aplikacji Google Search oraz przeglądarki Chrome na nowym systemie. Sam spodziewałem się, że to jedynie początek większej akcji, w ramach której niebawem w Windows Store pojawi się Google Reader, Gmail, Google+ i inne. Tymczasem nie zanosi się na to – przynajmniej póki w oczach Google’a systemy MS nie zyskają „odpowiedniej” popularności.

Z tego, co zdążyłem zaobserwować na Windows 8 sukcesywnie powstają zamienniki dla aplikacji Google’a. Co prawda nie znalazłem jeszcze żadnego skutecznego klienta Gmaila (czy chociażby „powiadamiacza”), ale są już listy zadań synchronizujące się z Google Tasks, czytniki kanałów RSS pobierające dane z Readera, a także menedżery plików w Google Drive. Nie jest zatem tak tragicznie, jakby się mogło wydawać.

Peter Wiktorowski:

tłumacznie o niewystarczjącej liczbie użytkoników przy skali zasięgu usług google jest mało przekonujące (sądzę że głone apki spokojnie na WP mogłoby mieć milion pobrań), a niestety zaminniki sa prawie zawsze dużo słabsze od oryginału. Raczje po porsotu (krótkowzorczna?) walka z konkurencyjnym OSem

Marcin:

Myślę że ta sprawa może mieć tylko jeden finał: "Czekasz na Office pod Androidem to możesz już przestać". Jeżeli Google wejdzie na ścieżkę wojenną z Microsoftem to identycznie zachowa się w odwecie Microsoft.

V. Piątek – Autor Grzegorz Ułan.

30 stycznia 2013 to koniec usługi Google Sync. Dla tych z Was, których zaskoczyła ostatnia decyzja Google w sprawie zakończenia udostępniania darmowej wersji Google Apps, gdzie Google przekonywało Was, że to dla Waszego dobra, mamy informację, że to tylko początek. Otóż dziś Google poinformowało, że z dniem 30 stycznia usługa Google Sync nie będzie już dostępna dla nowych użytkowników.

Na szczęście oni będą mogli nadal tak robić, ale nowym użytkownikom Windows Phone pozostanie konto Live, a iOS-a usługa iCloud, albo, jak mniemam, opcja wykupienia usługi Google Apps. Nie wiem czy ktoś się na to zdecyduje, najwyraźniej Google postanowiło zamknąć się maksymalnie w swoim ekosystemie. Albo korzystasz z Androida albo szukaj szczęścia gdzie indziej. Nie wiem na ile to się uda i przyniesie oczekiwane korzyści Google, tak na gorąco to lekki strzał w stopę…

Aktualizacja:

W komentarzach nasz Czytelnik – rience podesłał instrukcję dla użytkowników iOS-a, by móc nadal synchronizować kontakty w tym systemie należy skorzystać z otwartego standardu internetowego CardDAV. Nadal jednak nie wiadomo jak tę kwestię będą mogli rozwiązać użytkownicy innych systemów mobilnych, zwłaszcza Windows Phone.

Patrykws:

Dalej będzie można synchronizować kontakty - przez CalDAV, które nadaje się do tego dużo lepiej, ponieważ nie ma takich ograniczeń jak Exchange. Push Notification do gmaila można mieć dzięki aplikacji pocztowej od Google. Nie wiem więc po co ta cała panika.

FlameMan:

Smutne, że w walce z konkurencją, giganci coraz częściej sięgają po środki, od których cierpieć zaczyna zwykły użytkownik.

rience:

Nie ma przecież żadnej tragedii. Można synchronizować używając CardDAV. Pod tym linkiem można więcej poczytać: http://support.google.com/mail/bin/answer.py?hl=en&answer=2753077

Piotr Włodarczyk:

Poszaleli... każdy czeka na otwarcie G+, a oni się zamykają...

Michał Rawluk:

Tak długo aż Google wspiera otwarty stardart do synchronizacji kontaktów CardDAV,
tak długo nie jest to dla mnie wina google, tylko raczej problem systemów WP8 i BB10.

stepkowski:

Oświećcie mnie bom zielony. Teraz w ipadzie mam synchronizacje kontaktow via exchange, reszta: poczta, kalendarz, notatki via dodane konto gmail (klient pocztowy wbudowany w ipada)
Czy te zmiany mnie dotkną, czy to tylko dla nowych userów, czyli tych co zakupia urządzenie po 30.01.2013 ?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

antyniedziela