Militaria

Amerykanie dali Ukrainie tyle Stingerów, że muszą je teraz przeprojektować

KK
Krzysztof Kurdyła
2

Koniec Zimnej Wojny wprowadził armie i przemysł obronny wielu państw w stan rozluźnienia. Produkcję wielu rodzajów uzbrojenia wygaszono lub utrzymano na minimalnym poziomie. Niespotykana skala i szybkość pomocy dla Ukrainy doprowadziły w związku z tym do zaskakujących problemów.

Szał na MANPADS

MANPADS, czyli naramienne pociski przeciwlotnicze od początku wojny były jedną z broni-celebrytów, w dużych ilościach wysyłaną wojskom ukraińskim. Polska dostarczyła Ukrainie swoją najnowszą konstrukcję PPZR „Piorun”, a Amerykanie słynnego Stingera. US Army pozbyło się w ten sposób z magazynów ponad 1400 szt. tego systemu.

US Army poszukuje obecnie następcy mającego już swoje lata Stingera, ale jak każdy tego typu program, musi potrwać. Armia zamówiła już na przykład kilkaset wyrzutni „Pioruna”, który jest wymieniany wśród faworytów tego postępowania, ale nawet jeśli uda mu się wygrać (zapewne w grę wchodzi licencja), to wdrożenie go do uzbrojeni potrwa kilka lat. Specjaliści przewidują, że nowy zestaw trafi w ręce wojska w 2028 r.

Brak oryginałów, brak zamienników

W związku z tym armia chciała uzupełnić swoje zapasy kupując kolejne Stingery od Raytheon Missile Systems. Tymczasem okazało się, że nie będzie to takie proste, ponieważ od kilkunastu lat do armii trafiały śladowe ilości tych pocisków, produkowane ze zmagazynowanych wcześniej części. W obliczu nagłej konieczności domówienia dużej partii Stingerów, tych okazało się być zdecydowanie za mało.

Co gorsza, części z potrzebnych elementów nie da się już kupić, ponieważ przestały być produkowane. Szefostwo Raytheon rozłożyło ręce i poinformowało, że szybka realizacja zamówienia nie będzie możliwa, a sama firma musi przeprojektować elektronikę pocisku i wyrzutni, tak aby dało się wyprodukować ten zestaw korzystając z innych, ale dostępnych na rynku komponentów elektronicznych.

Kosztowne rękodzieło?

Według nieoficjalnych informacji problemem dla Raytheona ma być też manufakturowa, częściowo ręczna, produkcja tych zestawów. Z racji minimalnej produkcji i wieku pocisku jego produkcji nie opłacało się automatyzować. Dyrektor generalny Greg Hayes ocenił, że odbudowa zapasów potrwa co najmniej do 2024 r., a przecież może się okazać, że kolejne Stingery popłyną do naszego wschodniego sąsiada.

Niefortunne jest też to, że konieczność przeprojektowania Stingera będzie musiała zwiększyć cenę tego, było nie było ponad 40-letniego zestawu, a samo przeprojektowanie na szybko jego możliwości nie poprawi. To będzie tylko ratunkowe „łatanie”, podobne do tego, jaki zastosowała Tesla w obliczu kryzysu półprzewodników. Na razie trwają intensywne prace przedstawicieli firmy i Pentagon nad rozwiązaniem tego problemu.

MANPADS - szansa dla Polski?

Wydaje się, że całe to zamieszanie może być szansą dla Polski i wspomnianego „Pioruna”. Kto wie, czy przy tak dużej ilości problemów, których rozwiązanie będzie kosztowne, a jednocześnie technologicznie niewiele wnoszące, Stany nie zdecydują się na domówienie „Piorunów” na zasadzie czegoś w stylu zakupu interwencyjnego, jeszcze przed rozstrzygnięciem oficjalnego programu. Wydaje się że przemawia za tym sama jakość „Pioruna”, jak i polityka, my w Stanach kupujemy niemało.

Pozostaje oczywiście pytanie o możliwości produkcyjne samego Mesko. Pamiętajmy, że i polska armia musi nie tyle uzupełnić, co znacznie rozbudować swoje zapasy. Pociski tego systemu są dostarczane nie tylko jako broń indywidualna, ale też są na wyposażeniu wdrażanych obecnie systemów przeciwlotniczych VSHORAD - SPZR Poprad oraz PSR-A Pilica. Tak czy inaczej, warto tę sprawę obserwować, choćby ze względu na polski wątek.

Zdjęcia: wikipedia, Mesko

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu