0

Apple A12Z to ten sam układ co A12X. Taka gra pozorów nie jest niczym wyjątkowym

Gdy Apple zaprezentowało najnowszego iPad Pro, wszystkich zaskoczyła informacja, że procesorem napędzającym ten tablet nie jest wzmocniony w stosunku do iPhone 11 układ A13X, ale nowa odmiana mającego już ponad roku procesora A12, tym razem z końcówką Z. Na papierze jedyną widoczną różnicą był jeden dodatkowy rdzeń graficzny, w testach syntetycznych oba układy osiągały prawie identyczne wyniki. Serwis TechInsights wziął oba procesory na warsztat i po ich prześwietleniu okazało się, że układy scalone procesorów są identyczne.

Leniwe Apple? Nie wiadomo…

Oznacza to nie mniej nie więcej, że A12X napędzający poprzednią generację iPada Pro także posiadał 8 rdzeni graficznych, ale jeden z nich został wyłączony. Powody tego kroku nie są przez Apple wyjaśnione. Być może było tak, że radar LIDAR miał trafić do iPadów już wcześniej, ale z jakichś względów nie był gotowy. Ponieważ dane z LIDAR z pewnością obciążają GPU, a Apple mogło planować wprowadzenie wyposażonego w ten element modelu później i żeby nowa wersja nie była wolniejsza od starszego brata wyłączono mu jeden rdzeń. Natomiast zawirowania z koronawirusem mogły spowodować, że zamiast dodatkowego modelu a następnie nowej linii Pro z A13X zdecydowano się wprowadzić linię przejściową, a do następnej generacji trafi już A14x. 

Nic nowego

Oczywiście u części osób sprawa wywołała niesmak, Apple w drogim sprzęcie wciska produkt, któremu już wcześniej wyłączono rdzeń, aby później wyglądał na nowy. Czy jest się na co oburzać? Takie zachowania na rynku są powszechne, a Apple zrobił to wręcz delikatnie. Tak samo robi przecież AMD, RX580 z podkręconymi zegarami i trochę lepszym zarządzaniem energią, zmienia się w RX590. 

Wcześniej ta sama firma sprzedawała niektóre procesory czterordzeniowe, jako dwurdzeniowe. W związku z wypadkową popytu i kosztów produkcji bardziej opłacało się stworzyć oszukany procesor niż produkować nowy. Oczywiście po pewnym czasie pojawiły się przepisy na odblokowanie, choć należało się liczyć z tym, że część procesorów mogła mieć wyłączone rdzenie, które nie przeszły testów jakościowych i powodować problemy w pracy komputera. 

Kody dostępu

Często te same wnętrzności są pakowane do kilku produktów, a tworzenie odmian odbywa się przez blokowanie funkcjonalności przy pomocy firmware’u. Część zaszytych funkcji udostępniana jest po zapłaceniu dodatkowych opłat. Znany był przypadek bezlusterkowca Panasonica, w którym płatny dodatek z V-Logiem został za darmo „udostępniony” przez buga w oprogramowaniu WiFi. 

Bardzo wiele kamer i aparatów ma zaszyte w środku znacznie większe możliwości, niż ujawnia firmware. Dobrym przykładem jest tutaj Magic Latern do lustrzanek Canona, który rozszerza możliwości nawet najtańszych puszek o narzędzia niedostępne w oryginale u canonowskich flagowców. Przy okazji ML udowadnia, że wiele funkcji, które w najtańszych aparatach nie występowały, są jak najbardziej do obsłużenia przez ich hardware.

Załóżmy się o 15 kWh

Jeszcze bardziej spektakularny jest przypadek Tesli. Firma chciała wprowadzić na rynek tańszy model, ale wyszło, że nie opłaca się produkować zbyt wielu zestawów baterii. W związku z tym zdecydowano, że tańszym modelem będzie samochód z baterią 75 kWh, ale ograniczoną oprogramowaniem do 60 kWh. Przy czym później można było dopłacić różnicę i odblokować pozostałą pojemność. Wydaje się, że tutaj wygranym był zdecydowanie klient. Prawdopodobnie koncern Muska założył, że większość klientów na wersję 60D po pewnym czasie i tak kupi dodatkową moc, a łatwiej będzie ich „złapać” przy niższej cenie początkowej i zaryzykował stratę części marży. Trzeba dodać, że ten manewr przetrenowano już wcześniej z wersją 40 kWh.

Jak więc ocenić takie podejście producentów? Moim zdaniem, nie ma jednej odpowiedzi. Czasem jest to głupi marketing, czasem kalkulacja jak u Tesli, ale najczęściej jest to chęć pozornych oszczędności przy przyjęciu taktyki, że trzeba być obecnym w każdym segmencie produktowym. Tutaj najlepszym przykładem są wspomniani producenci aparatów fotograficznych i kamer. Komplikują ofertę, wyrzucają pieniądze na kolejne linie produkcyjne, projekty i marketing dziesiątków modeli, a wyniki finansowe ich działów nie napawają optymizmem. Przydałby im się taki Steve Job ograniczający ofertę do dwu, trzech produktów. 

A co w takim razie z iPadem Pro? Odpowiedź jest dość prosta, nie znam nikogo, kto narzekałby na wydajność A12X w poprzednich iPadach, więc jeśli potrzebujesz, to śmiało kupuj. Jeśli masz poprzednika, to wydawanie kasy na nowego byłoby głupotą (chyba że potrzebujesz LIDAR) i powinieneś się cieszyć, że twój sprzęt dłużej pozostanie „technologicznie świeży”. O jeden rdzeń GPU nie ma co rozdzierać szat. A jakie Wy macie zdanie na temat takich sztucznych ograniczeń? Są patologią czy czasem mają sens?