75

A może by tak spiracić Star Wars?

Zaczęło się: nowa odsłona sagi Gwiezdne Wojny trafia do kin. Grzegorz miał już okazję (i z tego co pisze przyjemność) zobaczyć film – jest póki co w zdecydowanej mniejszości fanów. Miliony widzów dopiero ruszą do kin, w mediach, zwłaszcza społecznościowych, temat będzie jeszcze przez jakiś czas mocno eksploatowany. Niedługo wystartuje też festiwal piracenia obrazu. Disney […]

Zaczęło się: nowa odsłona sagi Gwiezdne Wojny trafia do kin. Grzegorz miał już okazję (i z tego co pisze przyjemność) zobaczyć film – jest póki co w zdecydowanej mniejszości fanów. Miliony widzów dopiero ruszą do kin, w mediach, zwłaszcza społecznościowych, temat będzie jeszcze przez jakiś czas mocno eksploatowany. Niedługo wystartuje też festiwal piracenia obrazu. Disney może walczyć z tym zjawiskiem, ale czego by nie zrobił, ile by nie wydał, i tak przegra. Ale czy rzeczywiście będzie to przegrana?

Czytałem wczoraj, że podczas pokazów przedpremierowych stosowane były szczególne środki ostrożności – ludzie, którzy będą zarabiać na tym filmie robią co w ich nomen omen mocy, by ktoś nie nagrał filmu smartfonem, by do Sieci nie trafiła chociażby jedna scena, która nie powinna się tam znaleźć. Taki wyciek oznaczałby oczywiście straty. Już teraz można jednak napisać, że to walka z wiatrakami – film w częściach i w całościach i tak wycieknie. Jasne, liczy się każdy dzień opóźnienia, lecz tego nie da się powstrzymać.

Spójrzmy na to jednak z drugiej strony: film wycieknie, będzie go można obejrzeć za darmo i… I co? Czy toś w ogóle zakłada, że ta produkcja się nie zwróci? Od kilku dni (co tam dni – od kilku tygodni) widzę w sieciach społecznościowych, jak znajomi zapowiadają swoje wyjście do kina. Tak, do kina, miejsca, które miało zostać zniszczone przez piratów. Mijają jednak lata, a kina jakoś nie znikają z naszej przestrzeni: nie wyrugowały ich ani nielegalne sposoby pozyskiwania treści, ani coraz większe i lepsze telewizory, świetne zestawy kina domowego, projektory, powszechnie dostepne treści, w tym nowości.

Część ze wspomnianych znajomych pewnie ściągnie ten film. Ba, zrobią to miliony ludzi na całym świecie. Ale spory ich odsetek i tak wybierze się do kina. Może przed ściągnięciem, może po, ale pójdzie i zapłaci. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie poprzestanie na poznawaniu kolejnej części sagi na ekranie laptopa czy nawet większego telewizora. Udowodniły to chociażby wyniki Hobbita – piractwo nie zarżnęło tego filmu. Będą i tacy, którzy stwierdzą, że było odwrotnie, że piractwo pomogło. I Star Wars też ono pomoże.

laptop-eyes-technology-computer

Możliwe, że jest w tym przynajmniej ziarno prawdy. Nie popieram piractwa – chociaż niejednokrotnie w życiu korzystałem z treści zdobywanych w ten sposób, to od kilku lat staram się je pozyskiwać legalnie: zarabiam i mogę płacić za rzeczy, które mnie interesują. Nie usprawiedliwiam, a nawet nie rozumiem ludzi, którzy chcą mieć wszystko za darmo. A nie, przepraszam – nie za darmo, bo płacą za Internet i energię elektryczną. Jednocześnie jednak jestem w stanie przyznać, że piractwo napędza przemysł rozrywkowy. Gdyby to była straszliwa zaraza w tym biznesie, to twórcy siódmej części sagi chyba nie mogliby liczyć na takie wpływy, jakie są prognozowane. Koszty produkcji mają się ponoć zwrócić w pierwszy weekend wyświetlania filmu w amerykańskich kinach, potem pojawią się nie setki milionów, ale miliardy dolarów zysku:

Kolejne miliardy generować będzie sprzedaż towarów, filmów, gier wideo i DVD z filmem. Nieoficjalnie mówi się, że Disney oraz firmy posiadające prawa do sprzedaży gadżetów związanych z obrazem zarobią w ciągu najbliższych pięciu lat dodatkowe 25 mld dol. Jak informuje Forbes do końca 2014 r. przychody z ich sprzedaży wyniosły nawet 33 mld dol.[źródło]

money-finance-bills-bank-notes (2)

Pisałem niedawno, że pompowanie balonu z napisem „Gwiezdne Wojny” przekracza granice przyzwoitości, ale powyższe informacje w jakimś stopniu to tłumaczą: ten balon da twórcom miliardy dolarów. Zarobią też na piratach, których tak przeklinają artyści i producenci. Ktoś może i ściągnie film, ale niejako „przy okazji” kupi sobie koszulkę z napisałem Star Wars, dziecku założy na plecy tornister z bohaterem filmu, a z kolegami z pracy będzie się wygłupiał biegając z plastikowym mieczem świetlnym. Za który też zapłaci. Skądś te miliardy muszą płynąć. Twórcy zarobią na piracie, a on nawet nie musi być tego świadomy…