94

Moje? Twoje? Nasze? Czyli o życiu – na abonament

Jak to jest, że technicznie coraz mniej mamy, a coraz więcej konsumujemy? To dobre pytanie. Teoretyczne podwaliny dla tego zjawiska skonstruowali w 1978 roku badacze Marcus Felson i Joe L. Spaeth, jednak to nie w tym czasie nastąpił rozkwit tzw. sharing econony, która jest kompletnym przeciwieństwem klasycznej - jak nam się wydaje - własności. Dzisiaj już coraz mniej osób interesuje posiadanie, dużo korzystniejsze jest płatne wypożyczenie. Na lepszych warunkach, w lepszej cenie i bez niekorzystnych zobowiązań.

Jak powiedziałem swoim rodzicom, że nie interesuje mnie kupno mieszkania (dla nich to zabieg wręcz naturalny), to początkowo się dziwili. W umysłach osób, które przeżyły transformację ustrojową występuje naprawdę silne przywiązanie do własności – stanu, w którym coś można nazwać absolutnie swoim. Wyznaję zasadę, że owszem, mieszkać gdzieś trzeba. Ale niekoniecznie pociąga mnie wizja brania kredytu na kilkadziesiąt lat – cały czas z myślą o tym, że muszę utrzymać swój status quo, żeby bank nie przyszedł, nie zabrał „mojego” mieszkania i nie wywalił mnie na bruk. Wypożyczenie, w formie wynajmu jest dla mnie dużo wygodniejsze. Jeżeli sytuacja będzie tego wymagała, jestem absolutnie mobilny: składam wypowiedzenie, wynoszę się, szukam czegoś nowego i żyje się dalej. Zróbcie coś takiego z hipoteką na głowie. Można, ale to jest nieco trudniejsze.

Kondensując mój powyższy wywód – nie zamierzam upleść sobie na szyi pętli, która zaciśnie się wtedy, gdy powinie mi się noga. Własność, możliwość powiedzenia wszem i wobec: „to jest moje” nie czyni mnie wewnętrznie zobligowanym do tego, abym wybudował sobie stryczek, którego będę się obawiać zawsze wtedy, gdy w oczy spojrzy mi widmo biedy, niestabilności finansowej.

Spostrzegłem się jednak, że takie podejście przenosi się na inne aspekty mojego życia

Abonament. Coś, co opłacam raz na miesiąc. Oddaję haracz T-Mobile i za każdym razem płaczę, bo wiem, że płacę za dużo. Playowi również coś odpalam, ale tam jestem przynajmniej w pełni zadowolony. Spotify – usługa, bez której życia sobie nie wyobrażam. Xbox Live Gold, żeby sobie pobrać. EA Access, bo nie potrzebuję mieć tych tytułów na własność. Dojdzie jeszcze Xbox Game Pass, kiedyś pewnie przeproszę się z Netfliksem. Marzę o tym, by mieć co 2 lata nowe auto tylko dlatego, że płacę abonament. Martwić się tylko tym, by wlać do niego paliwo. Ale nic za co płacę abonament, technicznie nie jest moje. Z muzyki w Spotify tylko korzystam. Gry w EA Access to też dzierżawa. Podobnie będzie z Netfliksem. Mieszkanie również wynajmuję i nie narzekam. W każdej chwili mogę zrezygnować i zrealizować swój konsumpcyjny popęd w inną stronę.

abonament, na abonament

Magia posiadania mnie nie pociąga. Jestem jednak za tym, żeby korzystać, wszak wszystko jest dla ludzi, a ludzie są dla tego wszystkiego (niech żyje konsumpcjonizm). Nie kolekcjonuję już książek, mam na nie coraz mniej czasu. Na palcach jednej ręki policzę pudełka z grami. Muzyka? Od tego mam Spotify. Mam sporo ulubionych wykonawców i jeżeli już, to mam ich plakaty. Płyty? Winyle? Szkoda mi miejsca. Szkoda mi pieniędzy. Szkoda mi mieć coś tylko dlatego, żeby mieć. Nie deprecjonuję natomiast stanowiska wszystkich tych, którzy wolą mieć ten winyl na półce, czy płytę w edycji specjalnej w biblioteczce. Wyciągnąć z pudełka, pogłaskać, poczuć zapach książki. Dla mnie to trochę jak z filatelistyką, nie jestem tego fanem, a zdarza mi się listy wysyłać. Znaczek, który dla kogoś będzie absolutnym „must have”, dla mnie jest tylko (i aż) narzędziem. Niczym ponadto.

Internet nigdy nie był lepszym miejscem do tego, aby uprawiać w nim sharing economy

Potwierdzają to sukcesy modeli biznesowych abonamentowych usług streamingowych. Płacisz – masz dostęp. Nie płacisz, dostępu nie masz. Nie podpisujesz cyrografu, to usługodawca jest odpowiedzialny (albo i nie) za dostępność tego, czy tamtego w swojej bibliotece. Przy okazji wygody (nie)posiadania, aczkolwiek posiadania dostępu, godzisz się również na to, że skoro coś nie jest Twoje, możesz to stracić. Niech wygaśnie jakiś kontrakt, niech coś się zepsuje – koniec, kaplica, bombki trafił szlag. Przecież to nigdy nie było Twoje. Za czym więc płakać?

abonament, na abonament

Znacznie szersze pojęcie – ekonomia współpracy obejmująca swoim zasięgiem również inne zjawiska obecne również w technologiach świetnie pasuje do kierunku zmian w naszym społeczeństwie. Jednocześnie konsumować chcemy, ale przy okazji, chcemy ponosić mniejsze koszty, liczyć się z mniejszą odpowiedzialnością. Tutaj ów sposób myślenia sprawdza się genialnie. Airbnb? Nie ma nas w mieszkaniu, ale ktoś szuka u nas lokum. Zgłaszamy się, oferujemy, klient płaci, my dostajemy pieniądze. Idźmy dalej, rowery miejskie. Nie mamy swojego, zepsuł się nam samochód, komunikacja miejska nam śmierdzi. Bierzemy, opłacamy, odstawiamy, po nas przychodzi ktoś inny. I podobnie z mieszkaniami. Powiększyła nam się rodzina? Szukamy czegoś większego, niż wcześniej. Zmieniamy miejsce pracy? Robimy to samo. Przy okazji jednak odkładamy na boku to, co włożylibyśmy w możliwość powiedzenia „posiadam”. Z tym ostatnim jest nieco gorzej, bo w Polsce m. in. kultura oszczędzania jest jeszcze bardzo słabo rozwinięta. Ja mam jednak taki plan, by na starość wybudować sobie dom w dogodnym miejscu – nieduży, praktyczny i już taki „do końca mojego świata”. Kiedy już będę wiedział, że większe zmiany mnie nie czekają, a ja sam nie muszę się dopasowywać do tętna otaczającej mnie rzeczywistości.

Życie na abonament. Gdzie jest haczyk?

Posiadanie ma jedną zaletę. Możemy powiedzieć: to jest moje, tutaj zaczyna i kończy się moja wolność. Nie mamy wpływu na kompletność naszego „abonamentu”. W każdej chwili mogą zmienić się warunki, wedle których usługa będzie świadczona. W Spotify, gdyby zabrakło mi Daft Punk, pewnie bym dostał szału. Zirytowałbym się, gdyby w EA Access zabrano mi grę, w którą grałem od jakiegoś czasu. Obraziłbym się również na producenta samochodu, który powiedziałby mi, że użytkowanie auta na abonament zostanie obłożone dodatkowymi obostrzeniami, które byłyby dla mnie niekorzystne. Miałbym do wyboru – rozwiązać umowę lub zgodzić się na nowe warunki. Mimo, że mieć nie oznacza „być”, często trzeba „mieć dostęp”, żeby „być” na co dzień. Na łasce i niełasce usługodawcy, który uskutecznia w nowym społeczeństwie ekonomię współpracy. Jako konsumenci powinniśmy dążyć do zdrowej równowagi między „korzystać”, a „mieć” – jedno i drugie jest dobre w konkretnych przypadkach. Niemniej, trzeba wiedzieć, że pod płaszczykiem pozornie większej wolności przy okazji samego tylko korzystania, poświęcamy naszą podstawową wolność, która definiowana jest przez „mieć”. Złoty środek? Tego nie ma. I w ludzkim świecie go niestety nie będzie.