Konsole

Do wojen konsolowych PlayStation vs. Xbox zachęcał… sam Microsoft

KC
Kacper Cembrowski
8

Wszyscy doskonale pamiętamy wojny konsolowe, których swojego czasu było naprawdę mnóstwo. Jak się okazało, całe te internetowe przepychanki prowokował… Microsoft.

Siódma generacja konsol to czas, w którym wojenki fanbojów w internecie nigdy nie miały się lepiej

PlayStation 3 i Xbox 360 - dwie świetne konsole, które miały swoich skrajnych zwolenników, wzajemnie rzucających się sobie do gardeł. To również generacja, która wywróciła się wiele razy na starcie - i jeśli myślicie, że kłopot z dostępnością PlayStation 5 i Xbox Series X jest dużą wtopą, to warto wspomnieć początek siódmej generacji konsol. PlayStation 3 w dniu premiery było sporo droższe od konkurencyjnej propozycji, co odstraszyło wielu graczy, a do tego do sprzedaży trafiło całe mnóstwo wadliwych egzemplarzy, wystawiając zaufanie klientów na ogromną próbę.

Xbox 360 za to… cóż. Konsole niesamowicie się grzały, na 100 wyprodukowanych sprzętów jedynie około 60 nadawało się do sprzedaży. Gracze zaczęli się buntować, podobnie jak same sklepy. Microsoft za wszelką cenę jednak starał się przegonić Sony w tej generacji i wygrać z PlayStation 3, więc na liniach produkcyjnych panował niesamowity chaos. Największym problemem stał się słynny „Czerwony pierścień śmierci”, czyli świecące na czerwono diody przy włączniku Xbox 360. Konsola całkowicie się mroziła i nie było możliwości w ogóle jej włączenia. Egzemplarze co prawda wymieniano, lecz entuzjazm graczy całkowicie opadł.

To wszystko rozpaliło jeszcze większy ogień w sercach fanbojów. Lata mijały, a wojenek było coraz więcej - a bo kontroler od Xboksa jest dużo lepszy niż lekki DualShock 3 z analogami wyglądającymi jak nos psa, a z drugiej strony to jednak DS3 jest lepszy bo nie ma wielkiego elementu z tyłu na baterię, a do tego PS3 ma czytnik Blu-ray, a nie jakieś biedne DVD. Posiadacze konsoli japońskiej firmy mogli się zagrywać w takie serie jak Uncharted, Gran Turismo czy God of War, a na Xboksie tylko brutalne i powtarzalne Halo i Gears of War - druga strona zaś krzyczała, że Halo jest legendarną serią dla całej branży gier wideo i to jest prawdziwe konsolowe doznanie, czyli strzelanie do kosmitów, a nie bieganie za skarbem maminsynkiem z głosem Jarosława Boberka. Prawda zawsze leżała gdzieś po środku, chociaż na dłuższą metę wszelkie takie wojenki były niesamowicie irytujące.

Do wojen konsolowych zagrzewał… Xbox

Peter Moore, były dyrektor Xboksa, przyznał w podcaście Front Office Sports, że od 2000 do 2010 roku to właściwie Microsoft zachęcał do prowadzenia tych internetowych przepychanek. Moore przyznał:

Zachęcaliśmy do wojen konsolowych, nie do tworzenia podziałów, ale do stawiania sobie nawzajem wyzwań, a kiedy mówię sobie nawzajem, mam na myśli Microsoft i Sony. Gdyby Microsoft nie trzymał kursu po premierze Xboksa, po czerwonych pierścieniach śmierci, gaming byłby gorszym miejscem, nie mielibyśmy konkurencji, którą mamy dzisiaj.

Czerwony pierścień śmierci, który ewidentnie nie może wyjść Microsoftowi z głowy, wywołał wprawdzie ogromne straty dla giganta z Redmond. Problem kosztował firmę blisko 1,15 miliarda dolarów amerykańskich, a dodatkowo przełożyło się to na zmianę decyzji wielu klientów i zakupu PlayStation 3.

Dalsza kariera Moore’a i wojny konsolowe dzisiaj

Peter Moore odszedł z Microsoftu w 2007 roku, zostając prezesem EA Sports. Po zakończeniu swojej kariery w Electronic Arts, został dyrektorem generalnym w… Liverpoolu. Tak, tym klubie piłkarskim, który grał w ostatnim finale Ligi Mistrzów i który od wielu lat co roku idzie łeb w łeb z Manchesterem City na swoim krajowym podwórku. W tej chwili Moore jest dyrektorem w Unity.

Jeśli chodzi o wojny konsolowe - obecnie jest ich dużo mniej, chociaż nadal nie jest wcale trudno znaleźć kłócących się fanbojów w internecie, wliczając w to również wyznawców PCMR. Najbardziej pokojowi są fani Nintendo - i wszyscy powinniśmy brać z nich przykład.

Źródło: Front Office Sports Podcast

Stock Image from Depositphotos

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu