19

Wybory przez internet – dlaczego tak i dlaczego nie?

Piwo, pub, dyskusja nad rzeczami, które naprawić jest trudno. Taki klimat jest katalizatorem dla podobnych tematów. Wtem odzywa się ktoś światły: "problem frekwencji da się rozwiązać - zróbmy wybory przez internet". Zastanawiam się, skąd założenie, że to rozwiąże wszystkie problemy związane z frekwencją wyborczą?

Frekwencja w trakcie ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego była całkiem niezła. Jednocześnie, nieco ponad połowa uprawnionych do głosowania nie skorzystała ze swojego prawa (albo i obowiązku – zależy jak kto na to patrzy). To zawsze odrobinę martwi, ale co można zrobić? Można mieć w sobie coś z niepoprawnego idealisty i rozprawiać się z „wymówkami” w moim stylu. Zapraszam Was do swojego wcześniejszego tekstu:

Czytaj także: Nie głosowałem, bo...

W trakcie dalszych rozważań na temat frekwencji wyborczej pada wreszcie: „zróbmy wybory przez internet!”. Tak, jakby miało to rozwiązać wszystkie problemy. Owszem, technicznie jest to możliwe i np. Estończycy są przykładem narodu, który doskonale radzi sobie w takich sprawach. No i pięknie. Nikt jednak nie pamięta o tym, że wdrożenie systemu, który obejmie kraj z ludnością na poziomie ok. 1,4 mln mieszkańców jest o wiele prostsze. To na pewno. Nawet przy znacznie mniejszym niż polski budżecie dostępnym na tego typu przedsięwzięcia. Estończycy mają jednak nadzieję, że poniesione koszty szybko się zwrócą, w chociażby mniejszych kosztach organizacji kolejnych plebiscytów. Generalnie to m. in. zakłada głęboka informatyzacja tego kraju.

Wybory samorządowe 2018 w Polsce kosztowały podatników niemal pół miliarda złotych. Ile mógłby kosztować system informatyczny, który by to wszystko uciągnął? Trudno mi o tym powiedzieć, ale specjaliści, z którymi rozmawiają twierdzą, że może nawet kilka miliardów. Głównym powodem, dla którego tak jest ma być poziom zabezpieczeń wymagany przy okazji takiego projektu. Z jednej strony, bezpieczeństwo powinno być przeogromne, z drugiej nie jest możliwa pełna anonimizacja danych: system musi wiedzieć dokładnie który i który obywatel już głosował. Musi to być też infrastruktura, która będzie odporna na przeciążenia – trzeba zadbać o solidnie dopracowany backend oraz maszyny. W trakcie takich wyborów wymagany będzie także sztab techników, którzy będą stać na straży dostępności usługi.

A nikt przecież nie powiedział, że tradycyjne wybory się nie odbędą, prawda? Że nie będzie lokali wyborczych, kart do głosowania i tak dalej. Okej, można to rozwiązać stanowiskami komputerowymi zamiast nierzadko paskudnych „boksów”, w których człowiek ginie na czas stawiania krzyżyka. Ale uwierzcie mi – i to kosztuje. A w sytuacjach awaryjnych trzeba mieć zapas tradycyjnych kart do głosowania – co jak braknie prądu? Komisja też musi być obecna w lokalu, a to dodatkowe koszty.

wybory przez internet

Ale przecież byłoby prościej, prawda?

Byłoby prościej, przy założeniu, że system jest w stu procentach bezpieczny, w stu procentach niezawodny, w stu procentach wydajny i spełnia wszystkie swoje założenia. Naprawdę, mnóstwo rzeczy może pójść nie tak w momencie, gdy organizuje się internetowe wybory. To nie jest głupia ankieta w Google Forms, gdzie nic nie ma prawa się zepsuć, zebrane wyniki lądują ewentualnie w SPSS i robimy sobie z nimi statystyczne fiku-miku. To głosy obywateli, to podstawa demokracji. Tam nie mogą istnieć proste rozwiązania.

Odpowiedzią na problemy związane z bezpieczeństwem owszem, może być i blockchain. Ale i jego wdrożenie jest drogie jak jasna cholera. A już w przypadku czegoś takiego jak wybory… może być niesamowicie ciężko. Nie wiem, czy nas jako kraj stać na takie rzeczy.

Wybory przez internet – co więc jest z nimi nie tak?

To nie jest tak, że one są całkowicie do kitu. Kiedyś i w Polsce do nich dojdzie – pytanie tylko „kiedy”, jestem tego pewien. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moje dzieci, jeżeli już pójdą do urn, to najpewniej będą one osadzone w sieci i tak będą spełniać swój obywatelski obowiązek. Co do tego wątpliwości nie mam.

Wiem jednak, że porywanie się na wybory internetowe nie jest taką prostą sprawą. Właściwie, nie trzeba się nad tym długo zastanawiać. W początkowej fazie wdrożenia takich wyborów, nie mogą one zastępować poprzedniej formy plebiscytu – mogą być jedynie rozwiązaniem komplementarnym. Zawsze trzeba będzie mieć również „opcję awaryjną” w formie analogowych, tradycyjnych kart.

No i ostatecznie, co jeśli takie wybory zostaną… zaatakowane? Wystarczy „położenie” tych usług – tak, aby wybory nie mogły zostać przeprowadzone. Nie mówię tutaj o fałszowaniu wyników lub sytuacji, w których wyciekają cząstkowe dane, tuż przed końcem ciszy wyborczej. Upowszechnienie się tego typu rozwiązań z pewnością przykuje uwagę cyberprzestępców oraz służb, którym zależy na rozmontowywaniu obcych krajów. Tak, patrzę na Was, Rosjanie.

To niesamowicie istotne problemy, które warto rozważyć w trakcie zastanawiania się nad wyborami przez internet. Życie natomiast, w „prawdziwym poligonie” może pokazać nam kolejne – takie, o których nie myślał nikt, albo przyłożył do nich zbyt mało uwagi.