128

Windows 10 po niemal roku – 3 powody za i przeciw temu systemowi

Dacie wiarę, że to już prawie rok, odkąd na świecie ruszyła masowa aktualizacja do Windows 10? Nie obyło się bez komplikacji - u niektórych proces ruszał nawet po kilku tygodniach, ale udawało się go przyspieszyć za pomocą pewnych sztuczek w Windows 8.1 oraz 7. Po dosyć długim czasie zabawy z tym systemem przyszedł czas na podsumowanie i krótki wybieg w przyszłość. Wiemy, co pojawi się w Anniversary Update i czego możemy spodziewać się już za nieco ponad miesiąc. A czego doświadczyliśmy w niemal 11 miesięcy od premiery? Zapraszam do mojej listy i zachęcam do publikowania Waszych spostrzeżeń w komentarzach.

windows 10

Windows 10 – co zrobiono dobrze?

Żeby nie było, że ostatnimi czasy tylko narzekam, zacznę od rzeczy, które w Windows 10 mi się podobają. Tych jest naturalnie więcej, ale zostawiłem sobie miejsce na te, które cieszą mnie najbardziej i na które według mnie każdy powinien zwrócić uwagę. Potrzeby użytkowników są naturalnie różne, ale pewne rzeczy pozostają stałe.

Po pierwsze – szybkość pracy

Microsoft włożył sporo wysiłku w to, by Windows 10 w stosunku do swoich poprzedników wyraźnie nadrabiał szybkością działania. Ci, którzy do dzisiaj jeszcze przesiadują na Windows 7 i 8.1, kiedy już tylko się przekonają – będą w stanie zauważyć „przyrost mocy” niezwiązany z nagłym napompowaniem podzespołów megahercami, rdzeniami, czy gigabajtami. Windows 10 jest po prostu szybszy i są na to twarde dowody. Tych dostarczają nie tylko użytkownicy, zgodnie twierdzący, że komputery po instalacji „dziesiątki” otrzymują solidnego wydajnościowego kopa, ale i rozwiązania użyte w systemie, które pozwoliły na wykrzesanie odrobinę więcej z możliwości komputerów.

Mimo kontrowersyjnie dużego czasem użycia pamięci RAM przez system, czy aplikacje – Windows 10 naprawdę dużo lepiej radzi sobie z pamięcią, niż poprzednicy. I widać to w codziennej pracy. Zasoby są tak przydzielane, by żadnemu procesowi ich nie brakło (o ile jest to możliwe). Czuć to chociażby w przypadkach, gdy pracujemy na kilku aplikacjach na raz i szybko przełączamy się między nimi. O ile komputer nie jest szczególnie mało wydajny i nie naśmieciliśmy na swoim środowisku pracy – powinno to się odbywać naprawdę szybko. Microsoft użył również innych sztuczek, które pozwalają wierzyć (i tutaj mamy już do czynienia tylko z wiarą) w to, że mamy do czynienia z szybszym systemem operacyjnym.

Przesiadając się z Windows 7 na Windows 10 użytkownicy zauważą dużo szybsze ładowanie się systemu po jego zamknięciu. Przy przesiadce z 8.1 na 10 różnica nie będzie aż tak spora. Od poprzedniej wersji Windows zamykanie komputera bardziej przypomina jego „zahibernowanie”, gdzie kluczowe elementy systemu oraz sesji użytkownika z pamięci RAM lądują na dysku, a podczas ponownego uruchomienia błyskawicznie są zrzucane do pamięci RAM wykluczając ponowne, żmudne ładowanie potrzebnych do uruchomienia systemu danych. Dlaczego powołuję się na hibernowanie systemu? Bo działa to podobnie, wykluczając jednak inne elementy sesji użytkownika, takie jak otwarte programy, ich stan, itd.

Po drugie – to wreszcie jest taki Windows, jaki powinien zostać wydany zamiast… Windows 8

Co by było, gdyby Microsoft zamiast wciskać ludziom kafle do głów, wziąłby się za ten temat tak, jak przy okazji Windows 10? Być może o „ósemce” nie mówilibyśmy w kategoriach szeroko pojętego blamażu. Chociaż ja i tak twierdzę, że „ósemka” nie była zła. Została źle wydana i źle sprzedana. Na siłę próbowano udowodnić użytkownikom, że ten system musi wyglądać tak, jak wygląda i musi działać tak, jak działa. Pod maską było ciekawie, na systemie można było spokojnie polegać i był w miarę bezawaryjny. Ale jego konkretną wadą było to, że igrał z przyzwyczajeniami klientów. A ci byli niezwykle brutalni.

windows 10

Windows 8 wymagał zmiany przyzwyczajeń. Tam, gdzie miało być Menu Start, jawił się Ekran Start, który nijak nie potrafił zastąpić dobrego i sprawdzonego rozwiązania. Co prawda interaktywne kafle to dalej według mnie genialna idea, która nie przyjęła się z powodu wcześniejszych grzechów Microsoftu, to jednak warto zawsze słuchać swoich klientów. Dołóżmy do tego fakt, iż kiedy Windows 8 pojawił się na rynku, hybrydy były głównie ciekawostką – drogą i niekoniecznie chcianą. Dlatego też, zanim Windows 8 przyczynił się do wyprodukowania solidnych, aczkolwiek niekoniecznie drogich tabletów, czy hybryd – wylądował na typowe laptopy i komputery stacjonarne. A tam Ekran Start działał – ale nie zastępował Menu godnie.

Menu Start w Windows 10 to połączenie tego, co znamy z „ósemki” z tym, co było znane i lubiane aż do „siódemki”. I taki układ powinien pasować wszystkim. Z jednej strony mamy typowe dla wcześniejszych wersji Windows elementy Menu Start, a z drugiej – dostęp do interaktywnych kafelków reprezentujących również aplikacje uniwersalne. Dopełnieniem tego jest tryb Continuum, który w przypadku posiadania tabletu z Windows 10 sprawdzi się świetnie, oferując scenariusz użytkowania komputera pasujący do tego, jak sprzęt obsługuje się dotykiem.

Po trzecie – lepsza organizacja pracy dzięki wirtualnym pulpitom

W przypadku osób, które korzystają z jednego ekranu taka metoda organizacja pracy będzie raczej nieużywana, ale ci, którzy dopinają do urządzenia więcej niż dwa urządzenia wyświetlające z pewnością to docenią. O zaletach wirtualnych pulpitów nie trzeba się rozpisywać – wiedzą o nich wiele ci, którzy pracują z różnymi dystrybucjami Linuksa, czy też z OS X (macOS już właściwie…).

windows 10

Windows 10 okazał się być dla mnie odpowiedzią na problem w wiecznym bałaganem na ekranie. Od teraz mogłem rozdzielać pracę między dwa monitory w ramach dwóch oddzielnych pulpitów wirtualnych. Przyzwyczajenie się do tego modelu pracy osobie, która z tego nigdy nie korzystała jest nieco problematyczne, ale do przejścia. Po pewnym czasie, gdy już człowiek naturalnie przełącza się między pulpitami, instynktownie wręcz wie gdzie co powinno wylądować praca staje się znacznie prostsza. Tutaj zgodzę się z większością z Was – ten punkt niekoniecznie powinien trafiać do tego zestawienia, bo przecież inni to mają. Ale rozmawiamy o Windows i przy Windows pozostańmy. Lista jest mocno subiektywna i za mój wybór możecie mnie ganić, ale w sumie nie powinniście. Inne propozycje chętnie zobaczę w komentarzach, to również pole do popisu dla Was.

Ale nie wszystko w Windows 10 jest „pięknie”

Windows 10 ma swoje naprawdę widoczne bolączki i jeżeli myślicie nad przejściem na wyższą wersję z Windows 7, czy 8.1, musicie pójść na pewne kompromisy. Jedne wystąpią na pewno, drugich nawet nie poczujecie. Wyjdę jednak od tego, że Windows 10 był swego rodzaju obietnicą – czegoś jednoznacznie lepszego, zupełnie nowego i takiego, jakim powinno być już wcześniej. Po części się udało – Windows 10 to zdecydowanie najlepszy system operacyjny Microsoft jaki kiedykolwiek powstał. Ale – jak każde właściwie oprogramowanie, trapią go pewne problemy.

Po pierwsze – Microsoft Edge to konkretna klapa

Techniczna? Niekoniecznie. Wizerunkowa? Kompletnie. Microsoft Edge, kiedy pojawił się jako wersja testowa przeglądarki we wczesnych buildach Windows 10, oczarował. Był niesamowicie lekki w działaniu, przejrzysty, przyjazny i… dużo obiecywał. Szkoda tylko, że na obietnicach się skończyło i Microsoft Edge pozostał w sferze ciekawostek. Przy okazji – niezwykle żal mi Internet Explorera, który od wersji 9 był już naprawdę dobrą przeglądarką – dalej było już tylko… lepiej. Aż Microsoft postanowił projekt ubić – głównie z powodu bardzo słabego wizerunku produktu.

I już teraz wiadomo, że to posunięcie było naprawdę niepotrzebne. Microsoft Edge jako oddzielny projekt… wcale nie jest lepszy od żadnej dostępnej przeglądarki. Nawet mimo tego, co przedstawił Wam wczoraj Konrad, nie jestem przekonany co do tego, że powinienem porzucić Chrome i przesiąść się na Edge. Zresztą, swoje bardzo mocno uargumentowane wątpliwości przekazałem Wam, gdy doszło do tego, że z hukiem przesiadłem się na przeglądarkę Google. Tuż po premierze, Edge zafundował mi sporo nerwowych sytuacji – zawieszał się, notorycznie odświeżał karty i wcale nie był tak szybki, jak zapowiadano. To poprawiło się po drodze, ale po przesiadce na Chrome i w trakcie korzystania z tej przeglądarki na iPhone’ie, wcale nie mam ochoty wracać do czegoś, co już raz zawiodło. I przy okazji tracić wszystkie profity, które idą z korzystania z jednej przeglądarki na komputerze z Windows 10 i na telefonie komórkowym.

Microsoft Edge zaliczył okropny start nie tylko z powodu słabego działania na początku. Oliwy do ognia dolał brak rozszerzeń na starcie – to ma się pojawić dopiero od Anniversary Update – jeżeli mówimy o szerszym gronie. Insiderzy już teraz mogą przebierać w rozszerzeniach dla przeglądarki i wygląda na to, że działają one dobrze. Jednak ta funkcja pojawiła się o dużo za późno i powinniśmy o niej mówić w lipcu / sierpniu poprzedniego roku. Dodatkowo, błędem jest fakt trzymania Microsoft Edge na smyczy – w ramach jednego ekosystemu. Skoro Microsoft bawi się w pełną niemalże eksternalizację do obcych platform, to samo powinno spotkać Edge’a, który ostatecznie mógłby powalczyć z resztą stawki o udziały rynkowe, a ci, którzy nie posiadają smartfonów z Windowsem, mogliby przynajmniej pokusić się o wypróbowanie szybkiej i intuicyjnej przeglądarki. W sytuacji, kiedy Microsoft Edge jest jednoplatformowy, takiej szansy nie ma. Miało być pięknie, a wyszło… jak zwykle. Szkoda.

Windows 10 potrafi zadziwić… niedopracowaniem?

Konia z rzędem temu, kto mi powie, dlaczego Windows 10 bardzo nie lubi ekranu ustawień. I dlaczego ten problem powtarza się u kilku osób, które znam. Przebywanie w ekranie ustawień to loteria – zbyt często zdarza się, że „coś tam nie zadziała” i aplikacja odpowiedzialna za ustalanie stanu funkcji systemowych albo się wyłączy, albo mocno zamyśli. Podobnie jest z menu sieci wywoływanym z ikonki na pasku zadań. Albo sieci bezprzewodowe nie wyświetlają się wcale (choć są dostępne), albo menu pojawia się po to, by zaraz zniknąć. Tak, ustawienia systemu to najbardziej niedopracowana jego część. Zdarza się, że i Menu Start potrafi bez powodu się „zawiesić”. Kolejne aktualizacje problemu nie naprawiają i odrobinę mnie to martwi. A takie rzeczy zdarzają się właściwie od samego początku.

A skoro o Ustawieniach mowa, parowanie czegokolwiek via Bluetooth to czasami czysta loteria. Urządzenia uwielbiają się nie parować, zgłaszać błędy, a przesyłanie plików to mordęga kompletna. Zabawa ze słuchawkami Bluetooth nie lubiącymi się z Windows 10 to już temat na zupełnie inne tyrady. Pod tym względem Windows 10 lubi bardzo niemile zaskoczyć. Mam ponadto wrażenie, że wiele opcji zwyczajnie się dubluje między Panelem Sterowania, a Menu Ustawień – nie wiedzieć czemu Microsoft nie potrafi wyjść jeszcze ze schizofrenii, którą sobie zafundował po premierze Windows 8.

Windows 10 miał być inteligentniejszy niż kiedykolwiek. Jeżeli owa „inteligencja” kończy się na Cortanie, to mówię pas i o inteligencji mowy nie ma. Jeżeli ma to iść gdzieś dalej, to spójrzmy prawdzie w oczy – to dalej system, który robi to, co chcemy + to, czego możemy nie chcieć. Przykład z brzegu? Kiedy pisałem dla Was o tym, że Windows zapodział mój plik Worda, w którym zapisane było 4 godziny mojej pracy – zgodziłem się co do swojego zaniedbania. Nie napisałbym zaś tego tekstu, gdybym nie zrobił wszystkiego, co mogłem, by się tak nie stało. Nie dość, że kopia pliku powinna się znaleźć w chmurze, a się nie znalazła, to jeszcze odzyskiwanie w Wordzie nie zadziałało jak trzeba. Powód? Windows 10 po pobraniu aktualizacji w tle i zostawiony na noc włączony uznał, że na komputerze dzieje się coś tak mało ciekawego, że można siłowo ubić proces Worda i narazić mnie na przepadek pracy – przy okazji instalując aktualizację. Od teraz Windows zawsze pyta mnie co zrobić o jej pobraniu z serwerów, ale to nie zmienia faktu, że Windows mógł poczekać, aż „na pewno” zapiszę efekty swojej pracy. A tak klops – mój asystent zachował się jak niedouczony stażysta.

Po trzecie – ach, te sterowniki…

Tu się poprawiło. Po jednej z aktualizacji Windows 10 przestał straszyć mnie monitami o wysypaniu się sterownika ekranu, albo co gorsza – bluescreenami z powodu jego błędnego działania. Przepraw z tym miałem jednak naprawdę sporo – system lubił w naprawdę nieodpowiednim momencie zawiesić się i albo przeładować pulpit, albo zmusić mnie do restartu komputera. Nie muszę chyba tłumaczyć, że narażało mnie to na przepadek dotychczasowej pracy i robienie wszystkiego od nowa, a to niekoniecznie jest ciekawa perspektywa, gdy grafik napina się do granic możliwości, a swoje trzeba zrobić, prawda?

windows 10

Idiotycznie zachowują się natomiast sterowniki dla karty sieciowej. W moim przypadku wszystko objawia się tym, iż o ile smartfony, czy Linux postawiony na tej samej maszynie radzą sobie genialnie z sieciami bezprzewodowymi, tak mój komputer z Windows 10 jest niezwykle podatny na odrobinę gorszy zasięg, czy obecność kilku sieci, nawet na różnych kanałach. Łączenie się z siecią trwa długo, często kończy się niepowodzeniem, a w trakcie pracy zdarza się, że muszę ustanawiać połączenie od nowa, bo „coś się zepsuło”. Co? Nie wiadomo.

I oczywiście za sterowniki producentów Microsoft nie jest odpowiedzialny, bo ich zwyczajnie nie pisze, ale nie jest również w stanie wyegzekwować ich odpowiedniego działania od razu – tak, by użytkownik nawet, jeżeli dojrzy jakiekolwiek problemy, to za chwilę będzie mieć je z głowy. A ten nie będzie się zastanawiać, dlaczego to i to nie działa jak trzeba, tylko obwini za to system. Proste.

Można by tak długo i namiętnie…

Ale to nie o to w tym chodzi. Windows 10 ogółem sprawia wrażenie naprawdę dobrego systemu – choć nie bez wad. Mógłbym się przyczepić jeszcze o to, że właściwie nie korzystam z aplikacji uniwersalnych na komputerze, bo nie mam takiej potrzeby, a do Sklepu w Windows 10 zaglądałem ostatnio… nie pamiętam kiedy. Do niewątpliwych zalet Windows 10 dorzuciłbym jeszcze DirectX’a 12, streaming z Xbox’a One, ale akurat te funkcje niekoniecznie mnie grzeją. System jest dla mnie głównie narzędziem do pracy – do zabawy mam inne gadżety – w swoim zastosowaniu Windows 10 sprawia się na piątkę. Z duuuuużym minusem.

Przy czym i ta piątka jest nieco naciągana. Windows 10 to sporo obietnic, ale takich, które w świetle tego, co już osiągnięto są jak najbardziej do przyjęcia. Będę szczęśliwy wtedy, kiedy okaże się, że Anniversary Update „zrobi konkretną różnicę” i będę mieć wtedy dowód na to, że system, w który zainwestowałem był godny mojej uwagi. W przeciwnym wypadku – pojawi się realna możliwość kolejnej przesiadki – naturalnym wyborem będzie Macbook, by dopełnić ekosystem Apple’a o jeszcze jedno urządzenie. No, Microsofcie. Teraz wszystko zależy od Ciebie.