72

WikiLeaks może pogrążyć Hillary Clinton. Poznamy też dokumenty dotyczące Google

Tydzień powoli zmierza ku końcowi, niektórzy z uśmiechem rozpoczynają już weekend, ale nim pojawi się "piąteczkowe" rozluźnienie, warto zwrócić uwagę na ważne (prawdopodobnie) wydarzenie sprzed paru dni. Portal demaskatorski WikiLeaks zapowiedział, że do końca tego roku opublikuje milion nowych dokumentów. Deklaracja interesująca, ale tym razem jej charakter jest szczególny - materiały mogą wpłynąć na wynik wyborów w USA. Trzeba przy tym dodać, że na celowniku Juliana Assange'a i spółki znalazła się korporacja Google.

WikiLeaks to podmiot dobrze znany i powszechnie przywoływany oraz cytowany, ale nie ulega wątpliwości, że dzisiaj nie jest o nim tak głośno, jak jeszcze kilka lat temu. Możliwe, że to się zmieni, że czasy „świetności” powrócą. Do takich wniosków można dojść po niedawnej konferencji portalu. Zapowiedziano ją jako bombę, wiele osób zwróciło wzrok w kierunku Berlina, z którego nadawany był przekaz, ale mocnego uderzenia zabrakło. Przynajmniej na razie. Demaskatorzy świętowali swoje dziesiąte urodziny, chwalili się osiągnięciami, promowali, lecz przy tym nie zabrakło podgrzewania atmosfery: zapowiedziano, że do końca roku opublikowanych zostanie milion nowych dokumentów. Czego mają dotyczyć?

Wspomina się o broni, wojnach, ropie naftowej i przemyśle wydobywczym, wyborach w USA. Zagwarantowano, że dokumenty dotyczące tego ostatniego zagadnienia ujrzą światło dzienne nim Amerykanie ruszą do urn, co będzie miało miejsce na początku listopada. Nie jest tajemnicą, że opublikowane materiały najbardziej powinny uderzyć w Hillary Clinton. Na myśl o tych przeciekach Republikanie pewnie już zacierają ręce – przy wyrównanej kampanii wyborczej pojawienie się kompromitujących treści na krotko przed wyborami może zaważyć o wyniku wyborów. Nie chwiałbym pisać na wyrost, ale jeśli WikiLeaks rzeczywiście posiada mocne dokumenty, to jest w stanie pogrążyć kandydatkę Demokratów. Portal internetowy wpłynie na to, kto zostanie prezydentem USA. W jakimś stopniu jest to nawiązanie do afery Watergate, która sprawiła, że prezydent Nixon pożegnał się z urzędem.

Z naszego punktu widzenia ciekawe z pewnością jest to, że w publikowanych materiałach mają się pojawić ślady działań Google. Działań, które wzbudzą kontrowersje. Julian Assange już w 2014 roku opublikował książkę When Google Met WikiLeaks, przekonuje, że na firmę nie można patrzeć jako na imperium dobra, że wyczerpało się hasło „Don’t be evil” – to wielka korporacja, której trzeba spoglądać na ręce. Wielka i potężna, a przy tym romansująca z władzą. W tym kontekście pojawia się głównie nazwisko byłego CEO Google – Eric Schmidt ma być człowiekiem mocno powiązanym m.in. z Hillary Clinton. Doniesienia na ten temat pewnie postawią pod znakiem zapytania bezstronność Google w kwestii nadchodzących wyborów. Przypomnę, że w tym temacie brak obiektywizmu i faworyzowanie Demokratów było już zarzucane Facebookowi.

Jestem bardzo ciekaw, jakie dokumenty na temat poczynań Google ujrzą światło dzienne, czy będą to prawdziwe bomby czy raczej kapiszony. Wątpię przy tym, by miały one wpływ na pozycję i rozwój firmy. Korporację atakowano już wcześniej, a mimo to nie odniosła ona większych szkód: nadal zarabia wielkie pieniądze, zwiększa swój zasięg, rozszerza zakres działalności. Kilka dni temu pokazała, jak zmieni rzeczywistość sztuczną inteligencją i asystentem, który ma być przyporządkowany do konkretnego użytkownika telefonu. Zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest to, że Google zrealizuje swój plan niż to, że załamie się pod naporem oskarżeń, wycieków i nawet mocnych dokumentów opublikowanych przez WikiLeaks.

Cała sprawa wymaga odpowiedzi na jeszcze jedno pytanie: czy intencje Assange’a i portalu, którym kieruje, są czyste? Chodzi jedynie o ujawnienie „prawdy” czy realizację własnych celów, zemstę, opowiedzenie się po którejś ze stron? Moim zdaniem, istotne jest to, jakimi pobudkami kieruje się Australijczyk, który od kilku lat przebywa w budynku ambasady Ekwadoru w Londynie. Przypomnę, że mówimy o człowieku i stronie internetowej, za sprawą których przedwyborcza ostatnia prosta może stać się bardzo ciekawa i burzliwa. A w takich przypadkach rzeczywistość rzadko bywa czarno-biała.