Felietony

2 lata pandemii, a ja dalej nie rozumiem sensu WIDEO konferencji

Krzysztof Rojek
14

Konferencje prze takie programy jak Zoom czy Teams pozwoliły przejść pracownikom biurowym przez pandemię. Jednak ja dalej nie rozumiem, po co ktoś chciałby robić je z wideo.

W swoim życiu miałem ten przywilej, że całą swoją zawodową karierę spędziłem za biurkiem. Przywilej, ponieważ taka praca jest zdecydowanie mniej obciążająca niż np. praca na budowie czy jako pracownik terenowy. Zwyczajnie w biurze jest dużo wygodniej i o ile taki rodzaj pracy ma swój rodzaj obciążeń, to nie da się ukryć, że w ostatnich czasach więcej zrobiono, by uprzyjemnić pracę biurową niż fizyczną. Szczególnie widać to było w ciągu ostatnich 2 lat, gdzie nagle okazało się, że można pracować z domu i codzienne stanie w korkach nie jest wymagane, by budować "team spirit". Oczywiście, nie mogło się obyć bez prób kapitalizacji pandemii, więc zewsząd od razu zostaliśmy zaatakowani reklamami sprzętów do wideokonferencji.

Ja się pytam: A po co?

Oczywiście, wiem, że każdy może mieć swoje preferencje, więc ten tekst jest tylko moją opinią. Jednak ani w czasie przed pandemią, ani w jej trakcie, ani tez teraz nie widziałem i nie widzę sensu w prowadzeniu wideokonferencji, szczególnie kiedy na czacie jest więcej niż dwie osoby. I tak - w czasie pandemii załapałem się też na stwierdzenie "zobaczmy się wszyscy, poczujemy się trochę jak w biurze". Co więcej, jeżeli przyjrzycie się ostatnim reklamom chociażby Apple czy Google - wszyscy tam kontaktują się ze sobą właśnie przez wideokonferencje.

Dla mnie połaczenie przez teams, zoom czy czego tam jeszcze można dziś używać do konferencji ma funkcje czysto informacyjną. Jest to jedna z najlepszych rzeczy, które przydarzyły się pracy zdalnej, ponieważ pozwala lepsze kontrolowanie rozmowy. Jeżeli mamy spotkanie, z którego chcemy zanotować jak najwięcej, możemy się wymutować i zająć się pracą. Jeżeli nie mamy akurat nic do powiedzenia, możemy zająć się innymi rzeczami. Ba, możemy sobie w międzyczasie coś zjeść, napić się herbaty - wszystko to bez niepokojenia naszych rozmówców.

Jeżeli natomiast ktoś bardzo nalega na wideokonferencję, wszystkie udogodnienia wynikające z takiego rodzaju połączenia po prostu przestają istnieć. Odbyłem w swojej karierze wystarczającą liczbę wideokonferencji, w których po prostu patrzyłem się tempo w ekran, myśląc, ile rzeczy mógłbym w tym czasie zrobić, gdyby ktoś nie uparł się na wideo.

I nie jest też tak, że to wideo daje jakieś niesamowite bonusy

Co widać, kiedy ktoś prowadzi wideokonferencję. No cóż - gadającą głowę, bo co innego. Oczywiście, wszyscy specjaliści powiedzą, że w konwersacji ważna jest też część niewerbalna i będą mieli rację. Ale, przynajmniej w moim wypadku, nie miałem jeszcze żadnego neiporozumienia wynikającego z faktu, że rozmawiałem z kimś bez wideo. Ton głosu i intonacja zwyczajnie załatwiają sprawę. I tak, pewnie za chwilę odezwą się osoby, które słusznie wskażą, że na wideo można jakąś rzecz pokazać, nie trzeba jej opisywać. I fajnie, ale jeżeli na wideo jest prezentacja jakiegoś produktu to po pierwsze, kamerę może mieć włączony tylko prezentujący, a po wszystkim i tak zawsze prezentowana rzecz jako plik musi trafić do wszystkich zainteresowanych, zupełnie jak w przypadku normalnego połączenia audio. Nie oszukujmy się, jak bardzo reklamy najnowszych iPhone'ów mówiłyby inaczej, jakość kamerek przednich w komputerach w połączeniu z fatalnym bitratem większości komunikatorów sprawia, że na co nudniejszych wideokonferencjach można się bawić w liczenie pikseli na czyimś wideo, więc i tak widać relatywnie niewiele.

Liczy się efektywność

Praca zdalna pokazała, że na wielu rzeczach można zaoszczędzić czas - dojazdy, spotkania czy niepotrzebne smalltalki. I oczywiście, jest wielu managerów, którzy to rozumieją i wielu z moich znajomych przeszło przez pandemię w tym temacie "suchą stopą" nie musząc uczestniczyć w korporacyjnych rytuałach wideokonferencji. Są jednak tacy, którzy spędzili na takich spotkaniach sumarycznie długie godziny. Patrząc, że praca zdalna z nami zostanie, a firmy produkujące sprzęt bardzo chętnie dalej będą sprzedawać swoje zestawy do wideokonferencji (umówmy się, kamerka to jego najdroższy element), jestem bardzo ciekaw, czy zbędne wideocalle staną się nowym odpowiednikami spotkań, których można było uniknąć, jeżeli tylko ktoś napisałby e-maila.

I naturalnie - nie neguję, że są określone sytuacje, w których wideokonferencja jest faktycznie szybsza, efektywniejsza i po prostu potrzebna. Jednak jest ich raczej niewiele. Jeżeli więc jesteście managerem i macie pod sobą zespół ludzi, to rozważcie zrobienie następnym razem zwykłej konferencji audio. Gwarantuję wam, że reakcja dużej części waszego zespołu będzie brzmiała: "Ufff, na szczęście bez kamerki".

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu