42

Sklep z przeterminowaną żywnością okazał się hitem – efekt niskich cen czy mody?

Na świecie głoduje kilkaset milionów ludzi - często, a może codziennie, chodzą spać z pustym żołądkiem. Jednocześnie marnuje się masa żywności. Ile konkretnie? Trudno to stwierdzić, szacunki mówią o 1,3 mld ton w skali roku. Dużo. Nawet bardzo dużo, wystarczająco, by wyżywić głodujących. Kolejny raz trzeba podkreślić, że problem nie polega na niedostatku żywności, lecz na jej kiepskiej dystrybucji. Są podejmowane działania, które mają to zmienić, ale do celu droga bardzo daleka. Ciekawym przypadkiem na tym polu jest WeFood - sklep z przeterminowaną żywnością.

WeFood pojawił się AW, to jeden z powodów, dla których poruszam temat. Pisząc o nim kilka kwartałów temu, zastanawiałem się, czy ta inicjatywa ma szansę wypalić. Stwierdziłem, że jest sensowna, ale nie byłem pewien, czy ludzie będą zainteresowani tym rozwiązaniem. Okazuje się, że są. Do tego stopnia, że otwierany jest kolejny sklep typu WeFood, Kopenhaga będzie już miała dwie takie jednostki. Zacznijmy jednak od początku – o co w ogóle chodzi? Przywołam fragment starszego wpisu:

Sklep nazywa się WeFood, a stworzyła go duńska organizacja pozarządowa DanChurchAid. Na tle konkurencji wyróżnia się tym, że sprzedaje przeterminowane produkty. Nie chodzi tylko o pakowaną żywność, ale też o mięso, warzywa, owoce czy pieczywo. Wszystko to, co sklepy wycofują ze swoich półek lub to, czego nie zamierzały tam umieszczać. Czy te produkty są niebezpieczne? Nie – wiadomo przecież, że w przypadku wielu towarów termin przydatności jest umowny. Data na makaronie, kawie albo jogurcie nie oznacza, że tego dnia towar przestaje być jadalny i staje się trucizną. Podobnie jest w warzywami, które tracą atrakcyjny wygląd, ale nadal można je bez większego problemu wykorzystać. Jeżeli chleb nie jest pierwszej świeżości, nie oznaczona to, że nie można go zjeść. To samo dotyczy produktów uszkodzonych czy „brzydkich”.[źródło]

Żywność dostarczają sklepy, hurtownicy, producenci oraz importerzy – wszelkie podmioty, które nie chcą sprzedawać tych produktów, a jednocześnie postanowiły ich nie wyrzucać. WeFood sprzedaje u siebie towar, który dostanie, lecz obniża jego cenę o kilkadziesiąt procent. Zyski do podziału? Nie, wszystkie zarobione pieniądze wędrują na cele charytatywne, nawet sprzedawcy działają tu w ramach wolontariatu. Pomysł trzyma się kupy, jednocześnie okazał się strzałem w dziesiątkę: mieszkańcy Kopenhagi ustawiali się w kolejkach przed sklepem. Duże zainteresowanie sprawiło, że utworzono kolejną placówkę. Śmiem przypuszczać, że i w niej nie zabraknie towaru.

Należy mieć oczywiście na uwadze, że w tym sklepie nie kupi się wszystkiego, nie ma sensu wybierać się tam na zwyczajne zakupy – w ofercie jest to, co akurat dostarczono. Jednego dnia mogą dominować banany, drugiego partia sera, a trzeciego pieczywo. Podejrzewam jednak, że dość często z tych produktów da się przygotować posiłek, menu można dostosować do tego, na co trafia się w WeFood. Może nie każdego dnia, ale raz w tygodniu eksperyment byłby ciekawy. Zdaję sobie sprawę, że nie dla wszystkich – pod przywołanym wpisem pojawiły się przeróżne komentarze, jedni Czytelnicy podchodzili do pomysłu z entuzjazmem, inni stwierdzali, że nie zrobiliby tam zakupów. Tym bardziej byłem ciekaw, jak się to potoczy w Kopenhadze.

Teraz zastanawiam się nad tym, co stoi za sukcesem pierwszego sklepu? Ludzie kupują w WeFood, bo jest taniej? A może większy odsetek robi tu zakupy, bo nie chce, by żywność się marnowała? Nie wykluczam też, że pojawiła się… moda. Tak, moda – może część mieszkańców lansuje się na takich zakupach? Oczywiście nie przeszkadza mi to, ważne, że sklep spełnia swoją rolę – mniej istotne jest to, co przyciąga klientów. Jednocześnie zadaję sobie pytanie, czy to eliminuje problem, czy sięga do źródeł? Owszem, docelowo może się marnować mniejsza ilość żywności, lecz to nie oznacza, że będzie ona np. lepiej dystrybuowana na wcześniejszych etapach. Warto zastanowić się nad tym, co zrobić, by jedzenie nie musiało trafiać do sklepów typu WeFood.

Intryguje mnie też, jak taka inicjatywa rozwinęłaby się w Polsce? Zakładam, że zainteresowanie byłoby spore i decydowałby czynnik ekonomiczny. Chociaż w niektórych lokalizacjach swoje robiłaby wspomniana moda. Najmniejszą rolę odgrywałaby chyba „świadomość społeczna” – akurat ta potrafi u nas zawodzić i nie dotyczy to jedynie marnowania żywności. Może kiedyś przyjdzie nam sprawdzić projekt w realu? Na razie pozostaje obserwować rozwój duńskiej inicjatywy.