30

Tydzień pełen wrażeń: chmura to produkt Google, Lumia 920 ma Windowsa 8…

Google to zło, każdy smartfon Samsunga jest super, Microsoft kupił Nokię, a ta Nokia produkuje smartfony z Windows 8. Mniej więcej takich rzeczy dowiedziałem się w ostatnim tygodniu. Gdyby docierały do mnie w większym odstępie czasu, to pewnie nie zrobiłyby aż tak dużego wrażenia, na większość machnąłbym ręką. Los chciał jednak, że nastąpiła kumulacja i […]

Google to zło, każdy smartfon Samsunga jest super, Microsoft kupił Nokię, a ta Nokia produkuje smartfony z Windows 8. Mniej więcej takich rzeczy dowiedziałem się w ostatnim tygodniu. Gdyby docierały do mnie w większym odstępie czasu, to pewnie nie zrobiłyby aż tak dużego wrażenia, na większość machnąłbym ręką. Los chciał jednak, że nastąpiła kumulacja i zebrało mi się na przemyślenia w niedzielne popołudnie. Przemyślenia zakończone pytaniem, które trapiło rosyjskich rewolucjonistów: co robić?

Za chwilę wyjaśnię wszystkie wątki wspomniane we wstępie, nie będę się trzymał chronologii bo ta nie jest istotna, całkiem prawdopodobne, że o jakimś elemencie zapomniałem, ale to mało ważne – tych kilka motywów wystarcza, by ponownie zadać pytanie o edukację społeczeństwa w konkretnych dziedzinach i jej sens. Zdałem sobie ostatnio sprawę z tego, iż owa edukacja może być niemożliwa, a przynajmniej bardzo utrudniona. Z pewnością męcząca i czasochłonna. I z tych powodów nie przypadnie ona do gustu wszystkim potencjalnym uczniom.

Bo Google to zuo

Zacznę od najświeższego motywu. To dialog zasłyszany w sklepie. Czekając w sobotę w długiej kolejce do kasy i obserwując klienta, który wpychał do koszyka kompostownik (po każdej wizycie w supermarkecie powtarzam, że niczym mnie już nie zaskoczą w swojej ofercie i ciągle muszę to odwoływać), usłyszałem rozmowę dwóch mężczyzn: jeden młodszy, na oko 25 lat, drugi starzy, ale wiek bliżej nieokreślony. Nie wiem, od czego zaczęła się dyskusja, ale zainteresowała mnie, gdy młodszy mężczyzna wypowiedział zdanie: „więc skorzystaj z chmury”. Co nastąpiło potem?

Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. Nie jestem w stanie powtórzyć całego wywodu, ale można go streścić w następujący sposób: chmura odpada, bo to produkt Google, a Google jest złe. Cała ta firma to dzieło służb specjalnych, które zbiera informacje i kiedyś może je przeciw nam wykorzystać. Mają miliardy dolarów, ale ludziom płacą grosze (tu pojawił się wątek magazynów, które teraz budują w Poznaniu) i uciekają przed fiskusem – jak każda amerykańska firma. Snowden to też ich człowiek, który ma być wtyczką na Kremlu (ten wątek był zawiły i nie do końca wiem, czy zrozumiałem), a już najgorzej będzie, gdy wszyscy zaczną nosić okulary z kamerą i człowiek będzie się bał opowiedzieć nieprzyzwoity kawał, bo zaraz zobaczy się na filmie w Internecie.

Wszystko to zostało skumulowane w dość krótkim, ale przy tym spójnym wywodzie (przynajmniej mógłby on być spójny dla człowieka, który nie zna tematu – wszystko trzymało się kupy). Autor wypowiedzi z jednej strony trochę mnie przeraził teorią spiskową i łączeniem (oraz wymyślaniem) informacji, z drugiej strony dał do myślenia. Jego wiedza na temat świata nowych technologii była bardzo chaotyczna i opierała się na tym, co gdzieś usłyszał lub przeczytał. Podejrzewam, że miał ku temu sporo okazji.

Parę dni temu faktycznie głośno zrobiło się o amerykańskich korporacjach (w tym gronie znalazło się Google), które rzekomo zmówiły się i zaniżały płace pracownikom w Dolinie Krzemowej, niedawno wrócił temat Snowdena, nie brakuje informacji poświęconych nowinkom technologicznym. I mam tu na myśli doniesienia serwowane w tradycyjnych mediach i to tych masowych, a nie na internetowych stronach tematycznych. W serwisach informacyjnych pewnie pokazują okulary amerykańskiej korporacji, wspomina się o nowych rozwiązaniach (np. cloud computingu), które weszły do mainstreamu. Wokół magazynów pod Poznaniem też zrobiono sporo szumu, chociaż w tym przypadku autor wywodu pomylił korporacje (w rzeczywistości chodzi o Amazona).

Serwują nam niestrawną papkę

Najpierw pomyślałem, że argumenty i wnioski kolejkowicza to przykład ostrej jazdy bez trzymanki właściwy dla ludzi, którzy po prostu lubią kreować alternatywną rzeczywistość, najlepiej naszpikowaną teoriami spiskowymi. Potem jednak doszedłem do wniosku, iż jemu podobnych może być w tym kraju znacznie (!) więcej, a ich teorie wcale nie muszą wynikać ze złej woli. Ludzi po prostu bombarduje się informacjami, których nie są w stanie przyswoić, bo to np. zbyt skomplikowany temat, by na podstawie jednego tekstu/materiału w wiadomościach zrozumiał go człowiek całkowicie oderwany od tego zagadnienia. Efekt może być taki, iż przeczyta on o chmurze Google’a, lecz przyjmie za pewnik, że każda chmura to produkt korporacji z Mountain View. Najgorsze jest to, że w błąd może go wprowadzić sam autor materiału/tekstu.

Sztandarowy przykład stanowią tu chyba elementy kampanii która ma przekonać społeczeństwo, iż gry komputerowe to czyste zło – dzieciaki grają na komputerze, tracą zdrowie, miesza im się w głowach i zabijają rodzeństwo albo przynajmniej zostają kieszonkowcami (bo takie coś praktykowano w jakiejś grze i tu przykład). To już klasyk i niejednokrotnie mieliśmy okazję spotkać się z takimi „arcydziełami” sztuki dziennikarskiej. Udowadnianie na siłę jakiejś tezy to jedno, inną sprawą jest podawanie błędnych danych, które prawdopodobnie wynika z niewiedzy dziennikarza/blogera/redaktora. Przykład z piątku: słucham wiadomości radiowych (wielka stacja o zasięgu ogólnopolskim) i słyszę, że „Microsoft kupił Nokię”. Nie jakiś tam dział fińskiej korporacji, ale Nokię. I jak tu później wytłumaczyć komuś niezorientowanemu, że Nokia nadal istnieje i nie jest amerykańska, skoro „w radiu powiedzieli, że jest amerykańska”.

Inny przykład: do moich rąk trafił w trakcie świąt stary numer polskiego wydania Bloomberg Businessweek (ze stycznia 2013 roku). Zaczynam czytać artykuł o Nokii, a tam jeden „kwiatek” goni drugi. Mamy np. taką ciekawostkę:

Możliwości telefonu to tylko jeden filar. Nowa Lumia jest zwieńczeniem trwającego niemal dwa lata procesu przyswajania przez Nokię oprogramowania Microsoftu Windows Phone, od jesieni tego roku dostępnego w wersji 8. Ta platforma wygląda i zachowuje się tak samo zarówno w komputerach, tabletach, jak i smartfonach, a to novum na rynku. Microsoft wiąże z nową wersją Windows wielkie nadzieje, podobnie jak Nokia. Lumia 920 wraz z towarzyszącym jej niższym modelem 820 to pierwsze telefony działające pod Windows 8.

Jak mawiał mój historyk z liceum: wiesz, że w którymś meczecie dzwoni, ale nie wiesz, w którym. Tekst pojawił się w Bloombergu, dość szanowanej gazecie. Jeśli nie od nich, to od kogo czerpać informacje, by „trzymać oko i ucho na pulsie”? Ktoś dowie się z takiego tekstu, że Lumie to świetne produkty z innowacyjnym oprogramowaniem (nie będę się zagłębiał w to, ile jest w tym prawdy, nie będę tez komentował błędów autorki) i potem przekaże swą wiedzę dalej, może na tej podstawie dokona decyzji zakupowych. Świadkiem podobnego ciągu przyczynowo-skutkowego byłem podczas świąt.

Każdy Galaxy jest git

Krewniak spytał mnie, czy wybrał w salonie dobry smartfon. Pytanie postawione po to, by usłyszeć od kogoś „kto się na tym zna” (chociaż nigdy nie twierdziłem, że się znam), że dokonało się właściwego wyboru. Aby nie psuć atmosfery nie wyprowadzałem z błędu, zwłaszcza, że ta osoba nie potrzebuje topowego smartfonu – dzwoni i wysyła SMSy, więc każdy model będzie dobry. Wam napiszę jednak, że był to jeden z przedstawicieli rodziny Galaxy, korzystający z dobrej renomy flagowca, ale poważnie od niego odstający. Liczy się jednak mechanizm: człowiek słyszy w telewizji/pracy/sklepie nazwę Galaxy, dowiaduje się, że to rakieta za grubą kasę, a potem w salonie operatora miła pani proponuje Galaxy w dobrej cenie. Kto by nie brał?

Epilog bez hepiendu?

Zastanawiałem się nad tym wszystkim jadąc z jednego sklepu (to tam usłyszałem wywód o Google) do drugiego, przypominałem sobie kolejne motywy z ostatnich dni i zastanawiałem się nad tym, jak walczyć z taką niewiedzą, jak można uporządkować już zdobytą przez społeczeństwo wiedzę w tak przecież ważnym temacie, jak nowe technologie i kto powinien się tym zająć? Oświecenia doznałem w owym drugim sklepie, markecie budowlanym. Długo szukałem wolnego pracownika, by zadać mu pytanie, ale każdy był zajęty: jeden tłumaczył parze, który kominek powinni wybrać, drugi opowiadał mężczyźnie, jak działa dana zaprawa, trzeci pomagał dobierać rury, czwarty budował dla pewnej rodziny wyimaginowany dom od podstaw.

Mogłem się napatrzeć, ponieważ potrzebowałem kilku rzeczy z różnych części sklepu, a przy okazji zależało mi na skonsultowaniu pewnej sprawy z pracownikiem marketu, czyli osobą „siedzącą w temacie”. Wtedy dotarło do mnie, że tak, jak u operatora komuś wciska się smartfon z linii Galaxy, tak mnie mogą wciskać odkurzacz/zaprawę/klej/wiertarkę/kosiarkę/uszczelki, które nie są produktami dobrej jakości. Ale ja o tym nie wiem i kieruję się nazwą producenta (bo przecież wszystko, co Boscha musi być świetne) albo zaleceniami sprzedawcy. A ten ostatni, jeśli będzie chciał, wciśnie mi najgorszy chłam, za który ja podziękuję z wielkim uśmiechem. Zacząłem się nawet zastanawiać, ilu zakupów tego typu dokonałem w ostatnich latach.

Myślałem o edukowaniu społeczeństwa w zakresie nowych technologii, ale owo społeczeństwo zapewne potrzebowałoby też lekcji na polu budowlanki, żywienia, ochrony zdrowia, motoryzacji i kilkunastu albo nawet kilkudziesięciu innych tematów. A wszystkiego nie ogarniemy, bo to po prostu niewykonalne. Bo jak zachęcić do tego ludzi, zorganizować taki program nauczania i pogodzić go z życiem mas? Można oczywiście stwierdzić, że każdy chętny zgłębi te tematy na własną rękę i się douczy, ale to też mało prawdopodobne – taka jednostka musiałaby nieustannie zdobywać wiedzę w tylu dziedzinach, że zadanie szybko zakwalifikuje się do kategorii „niewykonalne”. Tym samym coraz mniej dziwię się człowiekowi, który uważa, że każda chmura to produkt Google. Pewnie miesiąc temu ktoś śmiał się ze mnie w kolejce, gdy opowiadałem znajomemu o zakupie samochodu…

Źródło grafiki: scriptrock.com