Gry

Total War: Rome II - recenzja

PK
Paweł Kozierkiewicz
0

Gdy imperia puchną, zaczynają się uginać pod własnym ciężarem. Ugiął się Napoleon i jego matka Francja, ugiął się Hitler i jego - przemianowana z tysiącletniej na trzecią - rzesza. Koniec końców, ugina się również Total War: Rome II. Niemniej jednak miło na niego popatrzeć, a jeszcze lepiej go przeż...

Gdy imperia puchną, zaczynają się uginać pod własnym ciężarem. Ugiął się Napoleon i jego matka Francja, ugiął się Hitler i jego - przemianowana z tysiącletniej na trzecią - rzesza. Koniec końców, ugina się również Total War: Rome II. Niemniej jednak miło na niego popatrzeć, a jeszcze lepiej go przeżyć.

Starożytny Rzym, jak sama nazwa wskazuje, rozlewał się po Europie dawno, dawno temu. Były to czasy dzikich plemion, bezwzględnych przywódców, krwawych bitew... Czasy, gdy kartografia była sztuką, zaś geografia praktycznie nie istniała. Mapy malowano bardziej w celu dogodzenia władcy, portretując jego ego, niż w celach naukowo dokumentalnych. Ówczesne mapy były dziełami sztuki, mającymi zapewnić imperatora, że spisał się na medal. Że każdy skrawek niepokolorowanej mapy wydarł pergaminowi i zalał go farbą swojego ulubionego koloru. To było zdjęcie czegoś tak abstrakcyjnego jak wielkość.

Przysłowie mówi: “Nie od razu Rzym zbudowano”. I coś w tym jest. Rome II ma to do siebie, że doskonale oddaje ten przysłowiowy fakt. Imperium rozrasta się powoli, rozlewając karmazynowy kolor po mapie kampanii. Widok nie zaskakuje i choć piękny, jest zdradliwy.

Całość wygląda jak rzut oka na miniaturową, turową Europę, strategiczny stół w namiocie legata, udekorowany warunkami pogodowymi i zaopatrzony w odpowiednie dla epoki nazwy. Roma, Antheia, Lupfurdum.

Armie i floty wyglądają jak miniaturowe figurki, które wielcy przesuwają po planszy świata. Już przy pierwszym spojrzeniu widok oczarowuje, zaś po raz pierwszy w serii, umiejscowienie wojsk ma znaczenie taktyczne. Armie pomieszczą dwadzieścia jednostek na jednego generała, można je jednak wspomóc kolejnymi zastępami stojącymi nieopodal. Rome II opiera się o ideę sprytnego ataku, na sprzyjających warunkach.

Problem jednak polega na tym, że jak bardzo próbowałbym się zachwycać wyglądem mapy, to jednak ma ona momenty, że odczuwa się - wiem jak to zabrzmi - że jest za duża. Creative Assembly to niestety nie legendarny Atlas, a co za tym idzie nie udźwignęli ciężaru całego kontynentu z elementami Azji i Afryki. Mapa potrafi zwolnić, niezależnie od ustawień graficznych, jak również od sprzętu, na którym rozgrywka ma miejsce. I to na nieszczęście grającego zwolnić, że się tak wyrażę, tęgo. A to boli, bo przecież większość gry spędzamy nad wirtualnym stołem strategicznym.

To tutaj niezliczone frakcje przesuwają swoje piony starając się przeszkodzić w zakusach terytorialnych Rzymu, czy jakiegoś innego narodu, za którym się opowiemy. Wspomniane kraje rozwijają się, rosnąc na potęgi, werbując nowych agentów, szpiegów, armie, floty. Ich ruch potrafi trwać dobre pięć do niebotycznych wręcz dziesięciu minut w późniejszych stadiach gry. Wynik jest nieco mniej przerażający, gdy w opcjach wyłączy się śledzenie ruchu przeciwnika na mapie. Jednak w dalszym ciągu trwanie tury przeciwnika potrafi zniechęcić i zepsuć część zabawy, gdy nagle okaże się, że przez wykastrowanie rozgrywki, zaskoczy Cię parszywy galijski wódz.

Samo zarządzanie imperium, choć następuje w krótkich interwałach pomiędzy ruchami przeciwnika, bo przecież należy traktować wszystkich jako przeciwników, gdy jest się Rzymem, jest satysfakcjonujące. Przynajmniej wystarczająco. Wydaje się być mariażem szczegółowego doglądania każdej sprawy, niczym w grach spod szyldu 4X, ze spłyceniem, które każe myśleć, że może jednak Creative Assembly skoncentrowało się za bardzo na elementach czasu rzeczywistego.

Bycie imperatorem sprowadza się już w zasadzie do kilku kliknięć myszy, w związku z wprowadzonymi ograniczeniami. Kontrolujesz prowincje wielkości geograficznych krajów, każda z nich zaś składać się może z “do czterech” miast. Tu następuje w pewnym stopniu zaleta “spłycenia”, bo dużo łatwiej i szybciej dostrzega się z czego słynie taka prowincja i jakie luksusowe wyroby można wydrzeć z jej łona.

Rozwój miast jest równie szybki, co prosty. Miejsce jest ściśle ograniczone, zatem wybór odpowiednich rozszerzeń jest w oczywisty sposób kluczowy. Szczególnie, gdy zastanawiasz się jaką technologię do odkrycia wybrać. Tych jest niestety niewiele i nie tylko oznacza to, że w okolicach dziesiątej tury Twoi generałowie dowodzą całkiem niezłym wojskiem, ale również, że w późniejszych etapach gry masz naprawdę mało do roboty. Rola imperatora została zredukowana do wyczekiwania. Co prawda każda grywalna frakcja ma swoje własne drzewko rozwoju, lecz wciąż... to trochę mało.

W stosunku do poprzednich części, panowie i panie z Creative Assembly wprowadzili również bardziej znaczące zmiany. Część z nich, jak możliwość wskazywania celów aliantom, wydaje się być nieoceniona. Jednak niestety są też dużo mniej fortunne rozwiązania, jak choćby fakt, że podczas awansu Twój generał otrzyma dziwaczne bonusy. W takich wypadkach musisz zdecydować, czy wolisz, aby generał był bardziej przebiegły, co nie do końca przekłada się na rozgrywkę per se, czy też może dodać 3% obrażeń zadawanych przez łuczników. A może 3% do obrażeń zadawanych przez piechotę? Jasne, że finalnie, to nie w kij dmuchał - jak rzecze mądrość ludowa - jednak przy dość skomplikowanych wyborach i konieczności uzupełniania jednej prowincji drugą, tego typu wybór wydaje się być głupawym rozwiązaniem.

Najlepszą ze zmian jest zdecydowanie morze. Statki są w stanie pomóc nie tylko podczas potyczek na wodzie, ale również wspomóc wojska lądowe, blokując porty i ostrzeliwując rozdzierane gladiusami resztki wroga.

I tu pojawia się taktyczna - piękna - część gry, również najeżona, nie tylko krótkimi spathami wystającymi spomiędzy tarcz bojowego żółwia legionów, ale również mniejszymi i większymi słabostkami.

Pięknie wykonane bitwy morskie przynoszą widowisko godne superprodukcji hollywoodzkiej. Ciężkie brzmienie bębnów unosi się nad wodą, w akompaniamencie pojawiają się jęki galerników odpowiedzialnych za prędkość uderzenia. Tarany przytwierdzone do dziobów statków wzbijają eksplozje drzazg w burtach okrętów przeciwników. Patrzy się na to przyjemnie, lecz szybko uderza do głowy myśl, że tak naprawdę nie warto inwestować we flotę, gdyż statki transportujące wojsko są równie niebezpieczne co specjalnie trenowane do tego jednostki morskie. Szkoda.

Bitwy lądowe są również niesamowite, zupełnie jak w poprzednich częściach, tylko oczywiście wzmocnione prześliczną grafiką. Dobre zbliżenie kamery i usłyszymy trzaskanie batów, wycie psów wojennych, równy, marszowy krok legionów. Aż ma się ochotę krzyknąć słowa generała Maximusa, głównego bohatera Gladiatora: “Do boju, nasze czyny za życia, grzmią echem w wieczności!”

I tu niestety nie obyło się bez drobnych, złośliwych słabostek. Pomimo dopracowania szczegółów graficznych, bitwa zmienia się momentami w irytującą drogę przez piekło, tylko dlatego, że jeden legion zamiast ustawić się frontem do nieprzyjaciela ustawia się tyłem… bo tak. A czasem, nieczęsto, ale jednak wydarzy się coś takiego - i tu pozwólcie, że przytoczę historyjkę, aby uciszyć nieco mojego wewnętrznego pisarza:

Zaatakowałem Arminium. Musiałem, suka Rzym domagała się kolejnych, krwawych ofiar, poza tym Italia musiała być nasza. Jak bowiem wyglądalibyśmy w oczach Historii? Pod Arminium stał ze swoją armią Statius Tullus; na nasze, to były tylko cztery legiony wieśniaków i legion włoskich włóczników. Powietrze było ciężkie i suche, pył drażnił gardła, gdy położyliśmy oblężenie. Stwierdziłem - na Jupitera - tym razem pójdę w bój osobiście, sam poprowadzę moje legiony do kolejnego zwycięstwa!

“Program przestał działać”.

Co do...?

Kilkakrotnie musiałem poświęcić część swojej doskonałej armii na bitwy rozgrywane automatycznie przez taki właśnie błąd. To wielka szkoda, gdy wyczekuje się gry, ona wreszcie wychodzi na światło dzienne i mówi - po wpłaceniu na konto wydawcy blisko 60 Euro (Steam) - “Sorry stary, ale w sumie jestem jeszcze niegotowa”.

Niemniej jednak, choć Rome II jest upstrzone niedoskonałościami niczym twarze ospowatych rzymskich generałów, to sprawia ogromną frajdę. Dzięki tej właśnie grze miałem okazję oglądać bitwy, w których udział brały tysiące żołnierzy. Słyszałem ryki zarzynanych zwierząt bojowych. Widziałem piekło wojny, zaznając poniżających porażek i słodkich zwycięstw, po których witano mnie na ulicach Rzymu festynem, chlebem i igrzyskami.

Koniec końców nie jest tak źle. Jestem przekonany, że najbliższe miesiące przyniosą rozwiązania podstawowych, jak również bardziej irytujących problemów. Bo gdyby Total War: Rome II było imperium, to choć uginałoby się na swoich nogach wykonując ruchy zbliżone do “wańki-wstańki”, w końcu utrzymałoby swoje granice. Wyznaczone dużej mierze przez poprzednie części, wzmocnione grafiką i rozgrywką. Jeżeli masz ochotę na rzymskie realia, to na pewno Rome II nie będzie miał sobie równych. Czy to jednak znaczy, że należy na łeb na szyję lecieć do sklepu?

A pamiętacie, co mówił nubijski niewolnik, przyjaciel głównego bohatera Gladiatora w scenie, w której chował w ziemi figurki żony i synka Maximusa? “Kiedyś się spotkamy, ale jeszcze nie teraz.

Nie teraz”.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: