VOD

Chyba wznowicie subskrypcję. Netflix potrzebuje więcej filmów jak "The Gray Man" - recenzja

KK
Konrad Kozłowski
2

Na chwilę obecną to chyba największy film Netfliksa w tym roku, a na pewno najdroższy. Plejada gwiazd i twórcy Avengersów przygotowali nie lada widowisko i choć nie jest pozbawione wad, to te dwie godziny były przeprzyjemne.

Warto zaznaczyć już na początku, że scenariusz do "The Gray Man" powstał na bazie książki Marka Greanay'a, która teraz doczekała się nowego wydania z odświeżoną zawartością oraz filmową okładką. Odbiór samej powieści był raczej pozytywny, a później ukazywały się jej kontynuacje. Czy podobny los spotka także film Netfliksa? Nikt jeszcze nie mówi tu o długofalowym planie na franczyzę, ale oglądalność filmu na platformie na pewno podejmie tę decyzję za włodarzy Netfliksa. Niejednokrotnie widzieliśmy, jak średnio oceniane przez krytyków filmy i seriale cieszyły się przeogromną popularnością, a to decydowało o losach sequeli lub nowych odcinków. Mając w pamięci reakcję widzów na "Czerwoną notę", spodziewam się gigantycznej widowni "Gray Mana", bo to kino akcji z krwi i kości z drobnymi potknięciami.

Tak, The Gray Man to połączenie Bonda i Szybkich i wściekłych

Pierwsze reakcje tych, którzy widzieli film pojawiły sie niedługo przed moim seansem i przypadkowo się na nie natknąłem. Nie sądziłem, że do jednej z nich wrócę w późniejszym czasie, ale tak wiele razy przypominała mi się w trakcie oglądania "The Gray Man", że jest to chyba najlepsze podsumowanie tego widowiska. Porównano je bowiem do połączenia przygód Jamesa Bonda i Szybkich i wściekłych. Dlaczego? Już tłumaczę.

O czym opowiada The Gray Man?

Punktem wyjścia do fabuły jest rekrutacja nowego adepta tajnej komórki CIA, do której agencja nie zamierza się przyznać ani w przypadku sukcesu ani porażki misji wykonywanej przez ludzi w szarej strefie. Zlecane im są misje, których nie mogą podjąć się agenci przyjmujący rozkazy oficjalnymi kanałami, ale to budzi pewne wątpliwości i sprowadza problemy na samych agentów i ich przełożonych. Skok w czasie zabiera nas wiele lat później, gdy postać Ryana Goslinga dostaje kolejne zlecenie, ale zamiast zamknąć pewien rozdział otwiera ono puszkę Pandory. Program zabójców na zlecenie, w którego skład wchodzi Court Gentry, zostaje rozwiązany.

Każdy z nich otrzymywał numer jako pseudonim, a w efekcie misji Szóstka wchodzi w posiadanie informacji, które mogą rozsadzić agencję od środka, u której sterów znalazł się człowiek z własną agendą. Gray Man korzysta z pomocy byłego szefa (Billy Bob Thornton), by wydostać się z pułapki, ale wysłany za Szóstką Lloyd Hansen (Chris Evans) szybko rozpracowuje ich relację - są jak ojciec i syn, co wynika z drugiej szansy danej Courtowi przez Fitzroy'a, dlatego będą robić wszystko, by się nawzajem nie zawieść.

Ryan Gosling jako Szóstka

W ciągu pierwszych kilkunastu, może kilkudziesięciu minut odwiedzamy mnóstwo (egzotycznych) lokalizacji, a dynamika filmu nie spada na dłuższą chwilę. Szóstka ma pełne ręce roboty i Gosling imponuje przygotowaniem fizycznym do swojej roli. Trudno ocenić, w jak dużym stopniu pokazana później muskulatura jest prawdziwa, ale w pojedynkach wręcz i pogoniach wypada naprawdę korzystnie i nie ma się wrażenia, że w większości kluczowych ujęć zastępował go kaskader. Choreografie walk może nie są czymś, czego nie widzieliśmy wcześniej, ale zdecydowanie są miłe dla oka, dynamiczne i nie opierają się w kółko na tym samym.

Z postaci Goslinga zrobiono typowego superhero, który nawet po postrzeleniu lub dźgnięciu nożem znajdzie sposób na wyjście z sytuacji, ale jednocześnie świetnie wprowadzono jego skrzydłową Dani Mirandę graną przez Anę de Armas. Chciałbym móc napisać, że aktorka powtórzyła swój wyczyn z "Nie czas umierać", gdzie jej występ zachwycił wszystkich, ale tym razem zabrakło tej iskry. W żadnym wypadku nie można jej odmówić zaangażowania, ale chyba nie do końca wykorzystano potencjał Armas w tego typu produkcji, co wydaje się zastanawiające, skoro wzorzec był na wyciągnięcie ręki. Gosling natomiast pokazuje nie tylko swoje fizyczne możliwości, ale potwierdza to, o czym mówiono do tej pory: potrafi zbudować postać, którą polubimy, choć kamienna twarz to coś, czego nie potrafi się wyzbyć w żadnym swoich projektów. Do postaci Gray Mana pasuje to jak ulał, więc nie sposób uznać tej maniery za wadę.

Socjopata Lloyd Hansen - Chris Evans bez formy?

Z oceną występu Chrisa Evansa jest jednak nieco trudniej, bo aktor ewidentnie potrzebował roli, która pozwoli mu trochę pośmieszkować przed kamerą, ale miejscami zdecydowanie przeszarżował. Być może taka była wizja, by jak najdobitniej pokazać socjopatycznego psa gończego, który nie cofnie się przed niczym, nawet rzezią w centrum miasta, ale wszystko wyszło zbyt schematycznie i stereotypowo. Szkoda, że nie nadano mu choć odrobiny głębi i nie wytłumaczono, z czego wynika jego zachowanie, bo ten aspekt fabuły całkiem nieźle wypadł w przypadku bohatera Goslinga.

Wysokobudżetowe kino z nadmiarem greenscreena

Strona wizualna filmu zachwycała mnie i rozczarowywała na zmianę. Są sceny i ujęcia, które mogą się podobać, a sekwencja w Bangkoku została zaplanowana i sfilmowana naprawdę świetnie. Miejscami jednak widoczne jest nadużywanie greenscreena, co pozwala dość niskim kosztem rzucać bohaterów pomiędzy licznymi rozpoznawalnymi lokalizacjami. Do samej scenografii i wyboru miejsc do nakręcenia poszczególnych scen się nie przyczepię, ale efekty specjalne zdecydowanie powinny być bardziej przekonujące.

Pomijam oczywiście aspekt niewiarygodności niektórych popisów Gray Mana, które przywodzą na myśl Szybkich i wściekłych (czasem nawet za bardzo), ale ucieczka Szóstki po dachu tramwaju obok walącego się budynku nie wygląda na fragment filmu kosztującego 200 mln dolarów. Zamiast biegnącego Ryana Goslinga wolałbym oglądać nawet same plecy kaskadera w środku zadymy z użyciem praktycznych efektów.

Najsłabiej z całej obsady wypada chyba Regé-Jean Page wcielający się w nowego szefa jednostki CIA. Jest sztuczny, jednowymiarowy i miejscami irytujący. Owszem, twórcy zrobili wszystko, byśmy go nie lubili, ale tu nawet nie chodzi o sympatię, a raczej brak pomysłu na tę postać na każdym etapie przygotowywania filmu. Czasami nawet z takich bohaterów niektórzy aktorzy potrafią wykrzesać coś więcej, tymczasem gwiazda "Bridgertonów" nie robi nic, by jego udział w tym projekcie mógł być lepiej zapamiętany. Muzyka w "The Gray Man" to przede wszystkim dość generyczne kompozycje z filmów akcji uzupełnione kilkoma znanymi, skocznymi kawałkami, do których potupiemy nóżką.

The Gray Man 2? Tak, poproszę!

"The Gray Man" zostawia furtkę na kontynuację, a pole do popisu jest spore, bo twórcy filmu mają jeszcze 11 książek do wykorzystania, jako źródło historii dla sequeli. Jeśli udałoby im się podciągnąć to i owo w kolejnych częściach, to seria mogłaby stać się jedną z najciekawszych franczyz Netfliksa. Jedyne, czego mogę żałować to to, że "The Gray Man" nie wchodzi do polskich kin, bo tam bawiłby widzów nie gorzej, niż Bondy czy "Szybcy i wściekli". A ci ostatni nawet przekraczając kolejne granice absurdu cieszą się ogromną popularnością i dają po prostu frajdę. "The Gray Man" osiągnąłby to samo. Nie jest to kino wybitne, ale te dwie godziny mijają bardzo szybko w bardzo fajnej atmosferze.

"The Gray Man" zadebiutuje na Netflix 22 lipca.

 

 

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu