17

Talent G.R.R. Martina to wciąż najmocniejszy element “Gry o Tron”

Pamiętasz może “Xenę: Wojowniczą Księżniczkę”? Albo “Herkulesa”? A może młodego “Herkulesa”? (Tak, tego z młodym Ryanem Goslingiem). Tak wyglądały 20 lat temu seriale fantasy. Miały grę aktorską i efekty specjalne na poziomie odcinków mojego vloga i takie same możliwości budżetowe.

A kojarzysz historyczne seriale kostiumowe w rodzaju “Tudorów”, “Rzymu”, “Wikingów”, czy “Outlandera”? Znacznie wyższy poziom, ale z kolei ograniczone miejscem akcji i realiami historycznymi.

W tym kontekście w kwietniu 2011 roku naprawdę nastąpiła zmiana reguł. Pojawił się pierwszy serial, który czuł się dobrze w gatunku fantasy, ale prezentował jakość obrazów kostiumowych. Do tego z miejsca atakował poziomem zniuansowania postaci i świata, jakby reaktywowany “Sopranos”, ale z mieczami i trzema smokami.

“Gra o Tron” zaczęła z otwarciem 2 milionów widzów, a następnie przez 8 lat konsekwentnie zwiększała tę liczbę dochodząc do 15 milionów na zakończenie sezonu 7 (8 sezon zaczął z 18 milionami) i stając się tym samym najpopularniejszym serialem świata. Budżety, jakie HBO rzuca na produkcję robią oczywiście wrażenie. Promocja marketingowa, hype, gra aktorska – wszystko jest na swoim miejscu. Ale na koniec dnia to, co wyróżnia ten serial od innych, to talent George’a R.R. Martina.

Jego saga “Song of Ice & Fire”, czyli książkowy pierwowzór, była bestsellerem na długo przed premierą serialowej adaptacji, choć pozostawała kultowa jedynie dla grona entuzjastów fantasy. HBO zagrało va banque decydując się na ekranizację, ale najlepsza decyzja kreatywna, którą wówczas podjęło to: pozostać możliwie najbardziej wiernym oryginałowi. I czuć to szczególnie, kiedy ostatnie sezony serialu zupełnie odrywają się od materiału źródłowego.

Styl opowiadania historii

To co najbardziej podziwiam u Martina to fakt, że facet od samego początku wie co swoją historią chce powiedzieć i jest w tym bardzo konsekwentny. (Inna sprawa, że w pisaniu kolejnych części nieco mniej…). To nie jest historia o smokach. To nie jest historia o miłości. To opowieść o władzy i człowieczeństwie. Wszystko inne jest dodatkiem.

Dlatego cała pierwsza książka i cały pierwsze sezon ukazują historię Neda Starka, który musi stracić głowę, żeby autor udowodnił widzowi, że pora zerwać z tradycyjnymi kliszami i zabiegami narracyjnymi. Ten dobry płaci głową za to, że wierzy w szlachetne zasady, tak jak widz/czytelnik za to, że liczył na kolejną klasyczną historię w stylu Tolkiena. Nie, Martin woli pokazać relację z placu zabaw Machiavellego.

Potem jest tylko lepiej. Część Starków zostaje wyrżnięta na Krwawym Weselu. Część gwałcona i torturowana przez Ramsaya Boltona. A fajny nowy bohater szybko traci głowę. Ktoś powiedziałby, że to jest tzw. “shock factor”. Ktoś inny, że to “subverting narrative”, czyli zadawanie kłamu tradycyjnym modelom narracji.

Moim zdaniem to prostu granie na własnych zasadach i nie dogadzanie odbiorcy za wszelką cenę. Lubimy to, bo wreszcie jesteśmy pozbawieni poczucia komfortu. Czujemy, że musimy cały czas pozostawać uważni i skupieni. Ani na moment nie opuszcza nas napięcie, bo nie wiemy, czy zaraz nie nastąpi kolejne Krwawe Wesele. A kiedy już pojawia się rozładowanie tego napięcia, kiedy dostajemy nagrodę, np. widząc śmierć Joffreya czy Ramsaya Boltona, ten moment jest słodszy niż najsłodszy nektar z serialu “Herkules”.

Oglądamy dalej, bo znowu buduje się nasza frustracja i napięcie i dalej mamy nadzieję, że w końcu łaskawy autor ją rozładuje.

Do tego Marcin – najpierw w książkach, potem w serialu – wywraca i niszczy znane nam schematy kulturowe i archetypy. Jest piękny książe z bajki? No jest. Tylko posuwa swoją siostrę. Jest młody królewicz? No jest, tylko jest psychopatycznym sadystą. Jest królowa? Tak, tylko nie w cieniu króla, a samodzielna i władcza.

Dla Martina i twórców “Gry o Tron” nasze nadzieje, przekonania i przyzwyczajenia do tradycyjnych kanonów opowiadania historii są jak plastelina, z której mogą zrobić co chcą.

Neil Gaiman w mojej ulubionej serii nowel graficznych “Sandman” subtelnie, przez swoje postaci, mówi czytelnikowi jak potężna jest tajemnica. To nie wyjaśnienie nas pociąga, tylko sama tajemnica, która może być wieczna. Martin o tym doskonale wie. Poznaliśmy rodziców Jona Snowa, ale zajęło to ponad dwie dekady. Do tego czasu fani sami to odkryli, tworząc setki, jeśli nie tysiące pasjonujących teorii, rozgorączkowanie łącząc ze sobą fakty i mity.

Ale wiele rzeczy w tej opowieści pozostanie (oby!) już wyłącznie w sferze mitów, bo pewnie nigdy nie dowiemy się co zniszczyło Starą Valyrię albo kim jest Pan Światła i dlaczego pomaga swoim kapłanom wskrzeszać umarłych. Jeśli seria pozostawi miejsce na tajemnice, umysły fanów jeszcze przez lata będą pracować na najwyższych obrotach.

Bohaterowie i bohaterki

Dziwne, w jak niewielu opowieściach odnosi się też wrażenie, że każda postać jest bohaterem swojej historii. W sadze Martina możemy nie lubić Tywina Lannistera, ale jeśli tylko go posłuchamy i przyjmiemy jego perspektywę, możemy go zrozumieć. Możemy wrzeszczeć na ekran lub na papier, kiedy pojawia się jego córka Cersei, ale każda matka będzie w stanie empatyzować z jej macierzyńskim instynktem.

Bohaterowie mają więcej warstw niż lasagna i więcej odcieni szarości niż Christian Grey swoich twarzy.

To, czego brakuje zdecydowanej większości seriali, gier, czy filmów, które poświęcają dużo – zbyt dużo – czasu swoim postaciom, to przemyślane wątki fabularne, które mają wyraźny początek, środek i koniec i ukazują rozwój wewnętrzny bohaterów. Jaime zaczyna jako ślepo oddanych ukochanej siostrze pyszałek i z czasem zaczyna rozumieć czym jest godność, honor i rycerski kodeks. Jon Snow zaczyna jako zmarginalizowany bękart, staje się przywódcą, potem trochę umiera, potem ożywa, a potem zostaje królem, który niezmiennie popełnia równie głupie błędy. Daenerys z podległej bratu i mężowi cichej myszki staje się władczynią smoków z rozterkami moralnymi nt. niewolnictwa i prawa karnego.

I skoro przy Daenerys jesteśmy. Postaci kobiece nie są rzeźbione, jak w fabryce Disneya, z jednego schematu. Są silne, matyczne, niezależne, podległe, kobiece, uwodzicielskie, bardziej męskie niż mężczyźni, naiwne i przebiegłe.

Ostatnie sezony strasznie te postaci spłaszczyły i ze względu na ograniczenia czasowe, mają jedno konkretne zadanie – popychać do przodu centralną historię. Nie uważam, że to coś złego, bo męczą mnie napęczniałe opisy i namnożone wątki Martina, ale z pewnością jest to odchodzenie od tego, co czyni tę opowieść wyjątkową.

Świat i eskapizm

Jest w języku angielskim takie słówko jak “lore”. To swego rodzaju kanon wiedzy, tradycji i kultury tworzącej ten świat.

W bardziej ludzkich słowach: lore to ta szalona ilość uważnie przemyślanych i zaprojektowanych przez George’a R.R. Martina szczegółów, które nadają w Twoich oczach “Grze o Tron” autentyzmu. (I zajmują, często niepotrzebnie, jakieś 120 stron w 800-stronicowej powieści).

Poznajemy wijące się w nieskończoność rody, które mają swoje barwy, rytuały i hasła. Lokacje, które prezentują odmienne kultury i strefy klimatyczne. Nawet magia i istoty nieludzkie mają sens w szerszym kontekście tego świata.

Nasz system poznawczy ciągłe tworzy powiązania między tym, co już znamy, a tym co pojawia się nowego. I niemal za każdym razem nie pojawia się dysonans.

Dlaczego? Bo w tym całym “lore”, w tych prawach fizyki świata “Gry o Tron”, widzimy logikę i konsekwencję, a część elementów jesteśmy w stanie umieścić w ramach tego co znamy ze świata rzeczywistego.

  • Greyjoyowie mają w sobie coś z wikingów
  • Dothraki z Mongołów i Czyngis Chana
  • Niektóre wolne miasta jak Qarth przypominają Bagdad złotej epoki
  • A wojna Lannisterów ze Starkami nosi w sobie ślad angielskiej Wojny Róż
  • Wielki Mur – granica między cywilizacją a światem wciąż dzikim, albo dostatkiem a uchodźcami
  • Królewska Przystań skupia jak w soczewce nierówności społeczne
  • a niektóre radykalne ruchy religijne kojarzą się z praktykami średniowiecznych zakonów zniesmaczonych papiestwem

Kawałki naszej wiedzy o rzeczywistej historii i geografii łączą się z fikcyjnym światem racjonalizując go, nadając mu sensu, ale jednocześnie ta kropla magii sprawia, że chcemy oderwać wyobraźnię od ziemi i dać się wciągnąć w nieznane. To jest właśnie potęga fantasy w wykonaniu “Gry o Tron”: że nie robi z siebie pośmiewiska.

Zachowuje idealne proporcje realizmu i magii. Dokładnie tyle magii, żeby było wrażenie, że jest inaczej i dokładnie tyle realizmu, żeby było wrażenie, że jest znajomo, ale nie stało się przewidywalnie.

Koniec serialu, nie historii

G.R.R. Martin szanuje nasz intelekt i jednocześnie gardzi naszymi emocjami – i ciągle wystawia na próbę i jedno i drugie. To trochę relacja typu love/hate, ale sprawdza się, tak długo jak udaje się zachować zdrowe proporcje. I chociaż uwielbiam serial, nie mogę doczekać się zakończenia sagi książkowej (a jeszcze poczekam). Bo twórcy serialu, żeby zmieścić się w 8. sezonach, musieli zrobić coś, czego sam Martin nigdy by nie zrobił – złamali jego własne reguły.

Widać wyraźnie, że położono akcent na akcję bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kosztem rozwoju bohaterów i dając im tzw. “plot armor”. Niuanse polityki czy smaczki światotwórcze schodzą gdzieś na dalszy plan, bo rollercoaster nie może zwalniać. Nie widzę w tym nic złego. Widać, że twórcy mają coś do powiedzenia i wreszcie chcą to powiedzieć, zamiast mówić bez celu i końca. Chętnie poznam finał “Gry o Tron” jakikolwiek on nie będzie, bo to już ostatnie 7 godzin w świecie serialu. Ale jeszcze chętnie poznam finał “Pieśni Lodu i Ognia”, bo on pewnie zatrzyma mnie w nim na całe dni. Pewnie za jakieś dwie dekady, jeśli Martin przyspieszy.

Jeżeli interesuje Cię popkultura od środka, zapraszam Cię na mojego vloga Bez/Schematu i bloga WeTheCrowd.