Tablety zwykliśmy nazywać urządzeniami do zabawy. Czasami zdarza się na nich przeczytać jakiś tekst czy ebook, przejrzeć fejsa, sprawdzić pocztę, odhaczyć subskrybowane kanały na YouTube, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie nazywał go jeszcze główną maszyną do pracy. Ale właściwie dlaczego nie? Takie właśnie pytanie stawia swoim klientom HP. Tablety swą opinię mało poważnych urządzeń […]

Tablety zwykliśmy nazywać urządzeniami do zabawy. Czasami zdarza się na nich przeczytać jakiś tekst czy ebook, przejrzeć fejsa, sprawdzić pocztę, odhaczyć subskrybowane kanały na YouTube, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie nazywał go jeszcze główną maszyną do pracy. Ale właściwie dlaczego nie? Takie właśnie pytanie stawia swoim klientom HP.

Tablety swą opinię mało poważnych urządzeń tylko i wyłącznie do konsumpcji treści zawdzięczają przeważnie tanim „chińczykom”. Kawałkom krzemu, które bardzo ładnie mają wyglądać w ofercie reklamowej wraz z niewygórowaną cena zakończoną na 99,-. Tablety takie oparte o opensource’owego Androida zachęcają zwykle do kupna poprzez obecność jednego elementu zarezerwowanego dla wyższych półek cenowych.

I tak np. kiedy standardem w „10 – calówkach” za około 1000 zł były dwa rdzenie procesora, takie Shiru wyjechało ze swoim 4 – rdzeniowym Shogunem. Nie miało znaczenia, że wykonanie urządzenia woła o pomstę do konstrukcyjnego nieba, a bateria trzyma krócej niż niejeden bollywoodzki hit. Shogun stał się z miejsca królem wielu przecenowych promocji.

Wina jednak za obecny stan rzeczy leży tak po stronie samego Google’a, które konsekwentnie pozwala na rosnącą fragmentację swojego systemu, a także nie próbuje go przekształcić w system operacyjny do poważnych, biurowych zastosowań. Co prawda rynek ostatnio zaroił się wręcz od tabletów z dołączaną klawiaturą, jednak ograniczeń systemowych przeskoczyć nie sposób. Zwłaszcza gdy sami właściciele Google biorąc udział w wyścigu do pierwszego milion zapomnieli o jakości aplikacji, a jedynie poszli w ich ilość.

Apple już dawno przestało być siedliskim innowacji zdolnych przewrócić sposób w jaki korzystamy z tabletów do góry nogami. Choć może to i lepiej, bo mając w pamięci patentowe trollowanie giganta z Cupertino można dojść do wniosku, że branża rozwinąć się może szybciej bez jabłkowych wynalazków.

Sam Steve Wyrocznia Jobs powiedział niegdyś:

Kiedy stanowiliśmy społeczeństwo agrarne, wszystkie samochody były ciężarówkami, bo takich właśnie potrzebowaliśmy na farmach. Ale pojazdy zaczęły być używane w miastach, i samochody zyskały na popularności. Innowacje jak automatyczna skrzynia biegów i wspomaganie kierownicy, o które nie troszczymy się tak mocno w ciężarówkach, stały się pierwszorzędne w samochodach. Komputery będą jak ciężarówki. Wciąż będzie się je spotykało, i będą one przedstawiały dużą wartość, ale będą używane przez jednego spośród X ludzi.










Jednak aby tablety choć częściowo przejęły zastosowania komputerów musi się stać jedna z dwóch rzeczy. Pierwsza: ludzie muszą wyplenić w sobie potrzebę biznesowego korzystania ze swoich urządzeń, co jest praktycznie nie możliwe. Albo druga: musi w końcu powstać system zdolny zapewnić tabletom dostęp do pełni możliwości znanych z komputerów.

Moim zdaniem HP ElitePad 900 G1 może się stać takim sprzętem.

Tyle tytułem słowa wstępnego, a teraz przechodzę do swoich pierwszych wrażeń związanych z 10 – calowym tabletem. Przede wszystkim od razu po wyjęciu z pudełka widać, że tak samo jak w przypadku wcześniej testowanego przeze mnie notebooka tej firmy, mamy do czynienia z modelem biznesowym.

Widać tu charakterystyczną dbałość o dobre spasowanie elementów i jakość materiałów z jakich zostały wykonane. Kiedy już odpaliłem tablet, co trwa mniej więcej 10 sekund, czyli tyle ile rusza przeciętny nowy laptop, którym ElitePad 900 G1 po podłączeniu klawiatury może się de facto stać, moim oczom ukazał się interfejs Metro. Nie ukrywam, że podniosło mnie to na duchu, gdyż uświadomiłem sobie, że tak naprawdę trzymam w rękach urządzenie, które w teorii ma możliwości porównywalne z ciężkim, czarnym, prostopadłościennym pudłem zbierającym kurz w kącie pokoju i wydającym nieustanny, miarowy szum.

Co najbardziej istotne w tej kwestii HP’ek nie działa na wybrakowanej wersji „ósemki” oznaczonej symbolem RT, a na pełnoprawnym Pro, co oznacza, że na 64 GB dysku SSD możemy instalować aplikacje nie tylko z Microsoftowego sklepu. I dobrze, bo tamtejsze ceny są delikatnie mówiąc wysokie.

Niestety następnym uczuciem jakie przeżyłem było rozczarowanie spowodowane rozdzielczością ekranu ekranu pokrytego szkłem Gorilla Glass. To tylko 1280 na 800 pikseli. I choć nie przeszkadza to zbytnio w metrowej nawigacji, to już podczas przeglądania Internetu potrafi przyprawić o ból oczu. Dobrze, że chociaż kąty widzenia stoją na wysokim poziomie.

Metro działa na tym sprzęcie świetnie i moim zdaniem jest ono ukoronowaniem rozwoju tabletowego designu ostatnich lat. Nie ma jednak róży bez kolców. Wystarczy kliknąć deskopowy kafelek i przenieść się do Windowsowego pulpitu, aby czar prysł. Wtedy dopiero w kość daje niedokładność narzędzi wskazujących, czyli po prostu palca. Producent nie zadbał w tym przypadku o żadnego stylusa, co uważam za kardynalny błąd, obniżający bardzo mocno wygodę użytkowania.

Widać jednak w postępowaniu HP pewną metodę. Zamiast wyżej wymienionego akcesorium, do testów wraz z tabletem dostałem ramkę, którą widzicie na powyższych zdjęciach. Wydłuża ona czas pracy urządzenia z 7 do 12 godzin, a jednocześnie stanowi hub dla pełnowymiarowych portów USB i HDMI. Po jej założeniu musimy jednak zapomnieć o komfortowej obsłudze tabletu trzymając go w dłoniach. Staje się on zbyt ciężki i duży.

Pozostaje wtedy tylko podłączyć myszkę, zewnętrzną klawiaturę, oprzeć o coś tablet i zamienić go w coś na kształt mini – notebooka. Choć czy tego naprawdę chcemy? Wygoda pracy wzrasta wtedy co prawda niebywale. Ale za taką cenę możemy sobie kupić coś bardziej uniwersalnego. Dobrze, że chociaż EliteBook wygrywa cenowo z Surfacem…

Zastosowanie tego produktu znowu jest bardzo wąskie, i tyczy się przede wszystkim tych, który na gwałt potrzebują mobilności, bez zbytnich strat na komforcie użytkowania i wydajności (Intel Clover Trail w środku). Niestety HP znowu koncentruje się na dość niewielkiej niszy. Jednak gdyby nie ta cena (ok. 3 tys. zł), sam bardzo chętnie zastanowiłbym się nad kupnem EliteBooka 900 G1.