14

Bez patologii, czelendży i żenujących materiałów. Tak powinno się robić świetny kanał na YouTube

Od jakiegoś czasu regularnie przeglądam listę “na czasie” na polskim YouTube. Sam już nie wiem po co - chyba tylko aby się zdołować i wreszcie zrozumieć, że to nie jest serwis dla mnie. Ale potem przychodzi powiadomienie z mojego ulubionego kanału i ponownie zaczynam wierzyć w to, że można robić na YT treści zabawne, ciekawe, całkowicie pozbawione tych wszystkich modnych czelendży, patologii i głupot. Pewien Szwed jest tego doskonałym przykładem - i nie, nie chodzi o PewDiePie.

Bądź w niszy, walcz o swoje

Ola Englund to urodzony w 1981 Szwed – gitarzysta i kompozytor, dodatkowo producent muzyczny, aktywnie związany z dwoma zespołami – swoim Feared oraz The Haunted – ten drugi powstał po rozpadzie kultowego już At the Gates. Muzyk swego czasu współpracował również z amerykańskim Six Feet Under. Jego kanał na YouTube poznałem kilka lat temu, interesując się jeszcze mocno gitarami i osprzętem – pamiętam, że filmy charakteryzowały fajne kadry i świetna produkcja, co w tego typu materiałach nie było wtedy niestety standardem. Trudno jednak było zostać na tym kanale na dłużej, nie miał bowiem w sobie niczego, co faktycznie przyciągałoby do regularnego oglądania.

To jednak uległo zmianie, kiedy sam Englund zdecydował się częściej występować przed kamerą w klasycznej formie – opowiadając, żartując, zamiast tylko siedzieć lub stać z gitarą i prezentować swoje umiejętności, pokazując jednocześnie sprzęt. Trudno powiedzieć, by był jakimś wybitnym gitarzystą, od zawsze czuł jednak doskonale klimat szwedzkiego grania, co stało się jego dewizą.
Muzyka metalowa (pomijając oczywiście wielkie komercyjne gwiazdy) to cały czas nisza, podobnie jak same gitary i sprzęt – przynajmniej na YouTube. Owszem, niektóre covery rozchodzą się po sieci jak ciepłe bułeczki, jednak poważniejsze produkcje kierowane są do wąskiego grona odbiorców i raczej poza nie nie wychodzą. No bo jakim cudem miliony miałyby być zainteresowane testem efektu gitarowego lub wzmacniacza. To jednak świetne podwaliny do zbudowania skupionej wokół kanału społeczności, dodajcie do tego język angielski i teoretycznie powinno udać się stworzyć coś naprawdę dużego.

Kanał Englunda ma w tej chwili nieco po nad 300 000 subskrypcji i jak na anglojęzyczne miejsce na YT wynik jest taki sobie, szczególnie, że Szwed tworzy go od ponad 10 lat. Jednak ostatnie półtora/rok doskonale pokazały, że wkładając w kanał tytaniczną wręcz pracę można osiągnąć sukces. Myślę, że z takim sukcesywnym przyrostem (a to wciąż nisza, ciężko więc mówić o fali, raczej o zbieraniu prawdziwych, aktywnych zapaleńców) pół miliona pojawi się dość szybko i zostanie rozpoczęta kręta droga do pierwszej bańki.

Kanał Englunda to w tej chwili jedyny profil na YT, który oglądam regularnie i autentycznie cieszę się z każdego powiadomienia o nowych materiałach. A dodam, że od kilku lat praktycznie nie gram już na gitarze, więc i moje zainteresowanie sprzętem jest raczej nikłe. Bez sensu, prawda? Po co miałbym bowiem śledzić kolesia, który opowiada praktycznie tylko o instrumentach i akcesoriach zahaczając tylko o muzykę, której słucham. Otóż z kilku powodów, które moim zdaniem mogą się okazać uniwersalne i podpowiedzą jak stworzyć własne youtubowe miejsce w sieci.

Od dawna twierdzę, że budując własny kanał w serwisie YouTube nie może zabraknąć jednego – charyzmy prowadzącego. Do tego dochodzi oczywiście pasja w opowiadaniu i nagrywaniu materiałów, co ostatecznie łączy się w kluczową rzecz dla platformy, czyli autentyczność. Englund jest zabawny na swój własny sposób, czasem śmieszny, czasem nieporadny. Siłą jego materiałów jest jednak wspomniana autentyczność, która wręcz kipi z każdego klipu. I choć trudno zarzucić coś kadrom czy jakości oraz montażowi, to jednak śmianie się z własnych błędów i wpadek oraz pozostawianie ich w materiale buduje specyficzną więź na linii prowadzący-widz. Czy można bekać na materiale tak, by widz odebrał to jako zabawny znak rozpoznawczy zamiast oznaki chamstwa? Jasne, wystarczy by wyglądało to naturalnie i zostało przykryte dźwiękami z gier z serii Zelda. Serio, mam 37 lat i bawi mnie bekający 38-latek.

Kolejnym przepisem na sukces może okazać się regularność. I nie mówię tu o pracy pod algorytm YouTube, który ceni sobie częste umieszczanie na platformie materiałów, ale konsekwencję w pracy i realizacji planu na rozwój kanału. Przygotowywanie materiałów na zapas przed dłuższymi wyjazdami, w konsekwencji stworzenie z YT codziennej pracy. Englund rzucił wcześniejsze zajęcie (które pewnie przy okazji kolidowało z trasami koncertowymi) – siada rano do własnego biurka, kończy późnym popołudniem skupiając się całkowicie na kanale (oraz firmie, o której za chwilę). Patrzyłem jak przez kolejne miesiące wyświetlenia kolejnych materiałów rosły i choć cały czas odstają od ilości subów, to trzymają solidny poziom, którym wielu youtuberów nie może się pochwalić. A dodam, że to niszowe przecież klipy o efektach czy wzmacniaczach.

Trzecim elementem jest kontakt z widzami, czyli traktowanie YT jako coś więcej niż tylko playera dla nagranych filmów. Jedni siedzą godzinami w komentarzach i odpisują ile się da, Ola podszedł do tematu zupełnie inaczej. Co niedziela publikuje nagrany w czwartek klip z serii FAQ, w którym przez około 20 minut odpowiada na pytani widzów – te można zadawać pod poprzednimi FAQ-ami. Kapitalny pomysł, który stał się moją ulubioną serią na jego kanale. Jakkolwiek dziwnie brzmi to w ustach dorosłego faceta, który nie zna twórcy, traktuję to jako kumpelskie, niedzielne spotkanie przy kawie. Szczególnie, że mamy wspólne zainteresowania – muzyka i gry. Dodatakowo co tydzień w FAQ pojawia się krótki humorystyczny blok ze szwedzkim słowem dnia oraz riffem dnia, a ostatnio również krótka opowieść o skandynawskich mitach. Polecam obejrzeć choć jeden odcinek, jest spora szansa, że po seansie klikniecie suba i będziecie tam wracać co niedzielę. Bo choć dziś to jeden z najpopularniejszych szwedzkich gitarzystów, nie ma tu ani grama gwiazdorzenia. Jest za to trochę zabawnego sarkazmu i mnóstwo dystansu do siebie.

Od kanału na YT do własnej firmy produkującej gitary

Spieniężanie zasięgów i popularności nie jest moim zdaniem niczym złym. Warto jednak odróżnić youtuberów, którzy nagle wystrzeliwują w rankingach i po chwili do ich drzwi pukają agencje reklamowe próbujące wcisnąć ich na szybko do reklamy (żeby nie przespać) od sukcesywnie budowanej, rzetelnej marki. Często patrzę na polskich twórców i to, gdzie świecą swoimi twarzami – rozumiem, że materiały komediowe są w naszym kraju bardzo popularne, ale kiedy widzę takiego youtubera w reklamie sieci telefonii komórkowej nie bardzo rozumiem jak miałby mnie do niej zachęcić. Albo w klipie promującym napój – że niby skoro twórca pije (lub udaje, że go pije), to ja też powinienem żeby być trendy? Za rok ktoś inny będzie na topie, więc i ktoś inny pojawi się w reklamówce – nie ma to dla mnie żadnego sensu i w żaden sposób nie zachęca do spróbowania lub kupienia produktu. Tabelka w Excelu opiekuna produktu wykazuje jednak konkretne zasięgi twórcy, deal przyklepany, reklama nagrana, wszyscy są zadowoleni.

Ola Englund poszedł zupełnie inną, niepopularną na YouTube drogą. Zna się na gitarach, tak? W pewnym momencie dogadał się z jednym z producentów instrumentów i wypuszczono specjalną, brandowaną jego logo wersję gitary. Niby drobiazg, ale jednak fani jego twórczości lub umiejętności mogli nabyć bardzo dobry produkt, dodatkowo przyozdobiony znanym logo. W pewnym momencie pojawił się jednak ryzykowny, choć rozwojowy pomysł na stworzenie…swojej własnej marki gitar. Tak właśnie powstało Solar Guitars, wciąż niszowy, ale rozwijający się producent instrumentów. Jak jednak rozreklamować swoje produkty i markę skoro na rynku są potentaci i nikt tak naprawdę nie ma pewności czy jest tu jeszcze miejsce na nowego gracza, dodatkowo bez jakiegokolwiek poważnego biznesowego doświadczenia? Z jednej strony rosnący kanał na YouTube, a z drugiej…zaprzyjaźnieni muzycy. Mając solidny produkt nie trzeba wcale nikogo prosić o korzystanie z niego, choć zapewne swoje zrobiły darmowe “promki”. I tak wielu popularnych szwedzkich (choć nie tylko) muzyków metalowych zaczęło używać Solar Guitars. Pomysł świetny, bo tym samym udało się wcielić w życie istotny dla firmy plan – produkuje instrumenty dedykowane konkretnemu rodzajowi muzyki. Oczywiście nie jest to żadna nowość, wystarczy spojrzeć chociażby na gitary Ran Guitars, których od lat używają muzycy takich zespołów jak Vader, Christ Agony czy Annihilator. Tu ciekawostka – Run Guitars to firma z Olsztyna.

Do tego dochodzi oczywiście mały sklepik, w którym można kupić koszulki i płyty jednego z zespołów Englunda. Ola z powodzeniem korzysta również z opcji wsparcia na YouTube – dla członków „płatnej społeczności” przygotowuje dodatkowe materiały wideo, dzieli się z nimi tabulaturami do utworów, prowadzi transmisje na żywo. Gdybym wciąż grał na gitarze, nie zastanawiałbym się nawet chwili i bez wahania zainwestował w tę opcję śledzenia twórcy. Tymczasem wczoraj zamówiłem wreszcie w preorderze (choć po przesłuchaniu pierwszego kawałka, bo nie lubię kupować kota w worku) jego solowy album, który ma być zupełnie inny niż to, co robi w zespołach The Haunted, Feared i na swoim kanale. Jestem więcej niż pewien, że sprzedaż tego krążka będzie przynajmniej zadowalająca – przy tak licznej i oddanej grupie fanów kanału nie ma po prostu innej opcji.

Ola Englund nie jest oczywiście wyjątkiem na YouTube i pewnie sami macie w swoim feedzie subskrypcji podobnych twórców. I pewnie też robią świetną robotę, ale nie mogą pochwalić się milionami subskrypcji. Tym bardziej smutno patrzeć, że największą popularnością cały czas cieszy się śmieciowa treść, podążanie za youtubowymi trendami i robienie z siebie idioty na wizji. Cieszę się natomiast, że niszowe (patrząc z tej perspektywy) kanały potrafią tak prężnie działać, serwować regularnie ciekawą treść, a jednocześnie monetyzować swoją ciężką pracę. Dla mnie najluźniejsze materiały FAQ od Englunda to już od dawna stały i chyba najważniejszy fragment niedzieli, dzięki któremu polubiłem ten ostatni dzień weekendu.