5

Sprawdziłem betę Battleborn i nie mam ochoty na więcej

Twórcy serii Borderlands wrzucili do jednego kotła Destiny i grę typu MOBA. Założenie całkiem przyjemne i na papierze wyglądało naprawdę dobrze. Tymczasem po zapoznaniu się z otwartą betą Battleborn nawet nie zastanawiam się na co przeznaczyć swoje pieniądze. Sorry, Gearbox - tegoroczna wiosna należeć będzie do Blizzarda i ich Overwatch.

Battleborn – z czym to się je?

Otwarta beta Battleborn pozwoliła mi sprawdzić dwa kompletnie różne tryby. Kampania najbardziej przypominała mi Destiny i podobnie jak w produkcji Bungie, najlepiej bawić się w kooperacji z innymi graczami, przy czym zgrana ekipa znajomych to świetny pomysł. Dostajemy cele do zrealizowania, najpierw jednak trzeba się do nich dostać wybijając napotkanych przeciwników. Nic odkrywczego, widzieliśmy to już wielokrotnie i trudno ocenić czy ten tryb zadecyduje o sukcesie gry. Mamy na rynku Destiny, które wciąż trzyma przy sobie graczy, mamy The Division, które chyba też póki co nigdzie się nie wybiera – po co więc inwestować czas w kolejną grę, kiedy tak naprawdę nie wiadomo, czy twórcy i wydawca sami będą się nią interesować po premierze?

Nie zrozumcie mnie źle – strzelało mi się całkiem fajnie, ale „jest ok” to jedyne odczucie jakie z trybu misji zapamiętałem. Zdecydowanie lepiej walczy się z większymi przeciwnikami niż szeregowymi wrogami, do gry szybko wkrada się jednak chaos, o którym napiszę za chwilę. Mam bowiem wrażenie, że to nie „kampania” ma być najważniejszą częścią Battleborn.














MOBA w trybie FPS

Trochę upraszczam, ale drugi z pokazanych w becie trybów Battleborn to próba przeniesienia MOBA do świata FPS-ów. Dostajemy dwa tryby, w których albo idziemy z sojuszniczymi robotami zniszczyć maszyny przeciwnika, albo prowadzimy swoje małe robociki do wyznaczonych punktów. Mamy tu więc znaną z gier MOBA współpracę ze sterowanymi przez „komputer” postaciami i planowanie starcia tak, by poza klasyczną walką z żywym przeciwnikiem, doprowadzić całą ekipę do zwycięstwa.

Na pierwszy rzut oka próg wejścia w Battleborn jest niski i można po prostu wskoczyć do gry, strzelając na oślep. Tak naprawdę jednak dopiero nauczenie się odpowiedniego używania ataków specjalnych sprawi, że będziecie wiedzieć, jak w ogóle zabierać się do starć. Kluczowa wydaje się też być współpraca z pozostałymi członkami drużyny, bez niej zobaczycie tylko chaos, a trafiając na zgraną paczkę nie będziecie mieć najmniejszych szans na zwycięstwo.

W grze dostaniemy ponad 20 postaci i już kilkoro boahterów pokazanych w becie daje do zrozumienia, że nie nad każdym pochylono się odpowiednio długo. Niektórzy wojownicy są świetni, inni totalnie przeciętni, podejrzewam więc, że z całej puli da się wybrać tylko kilku i to właśnie nimi będą grać wszyscy. A nie do końca się tak da, bowiem nie ma tu miejsca na dublowanie postaci w drużynie. Czas na wybór bohatera przed meczem jest dość długi, natomiast jeśli chwilę przyśniecie, ktoś podwędzi Wam postać.

Fajnym pomysłem jest wykorzystanie kryształów do budowania wieżyczek czy wypuszczania dronów, całkiem nieźle sprawdza się system rozwoju postaci, który podobnie jak w MOBAch zaczyna się i kończy w trakcie jednego meczu. Dostaniecie więc tyle ulepszeń, na ile zasłużycie w danej rozgrywce. Szkoda tylko, że większości broni (jak chociażby łuku) kompletnie nie czułem i tu pojawia się jeden z największych minusów Battleborn. Słaby balans broni, słabe odczucia przy strzelaniu – a to w FPS-ach psuje przyjemność z rozgrywki. Mimo tego, że postacie są od siebie zupełnie różne, kompletnie nie czułem ciężaru ich broni, przez co miałem problem z wyborem najlepszego dla mnie wojownika.

Wielokrotnie powtarzałem, że oprawa graficzna nie jest dla mnie najważniejsza, ale jeśli przeszkadza w rozgrywce, muszę się nad nią pochylić. Battleborn jest niebrzydkie, choć nie widzę tu klimatu znanego z serii Borderlands ani jakichś rewelacji, które pozwalałyby powiedzieć, że jest ładniej. Jednym wizualny aspekt gry przypadnie do gustu, innym nie – tu już musicie rzucić okiem na zrzuty ekranu. Mam jednak wrażenie, że oprawa jest nierówna, większość modeli postaci wygląd fajnie, podczas gdy przeciwnicy prezentują się gorzej – ale niestety nie tu leży problem. Pole widzenia w przypadku większości postaci jest bardzo małe, co przeszkadza w rozgrywce – no bo broń zasłaniająca połowę ekranu? Jak niby mam w takim układzie grać?

Drugą irytującą rzeczą są efekty wizualne. Jeśli w okolicy jest kilku graczy atakujących przeciwników, na ekranie rodzi się totalny chaos, który nawet nie tyle irytuje, co staje się przyczyną oczopląsu. Rozbłyski, strzały, wybuchy są tak kolorowe i skupiające wzrok, że kompletnie nie wiedziałem co się dzieje i do kogo strzelam. Lubię kolorowe gry, lubię odpustowe światełka, ale lubię też umiar, którego Gearbox w przypadku Battleborn nie ma. A jak coś ma mnie wizualnie męczyć, to po prostu to wyłączam.

Ja jednak podziękuję

Liczyłem na pozytywne zaskoczenie, tymczasem uczucia mam mocno mieszane. Na tyle mieszane, że na Battleborn nie czekam. Nigdy nie byłem wielkim fanem gier typu MOBA, więc tak naprawdę nie jestem targetem nowej produkcji Gearbox, ale nawet gdybym przymknął na to oko, odstrasza mnie chaos i niedociągnięcia. Myślałem też, że spodoba mi się humor – w końcu Gearbox rozkochał nim w sobie graczy w serii Borderlands, tymczasem mam wrażenie, że żarty i teksty w Battleborn pisał 12-latek. Ale co najważniejsze, podczas zabawy z betą nie czułem frajdy z rozgrywki, nie miałem syndromu „jeszcze jeden mecz i dopiero wyłączam”, co towarzyszyło mi podczas testowej zabawy w Overwatch. Wiem, że to inne gry, ale jeśli jedna wciąga i przykuwa do ekranu nie pozwalając odłożyć pada, a druga nie sprawia frajdy – coś jest na rzeczy. Produkcja Gearbox jest w porządku i tyle, a to w przypadku dużego tytułu trochę za mało. Nie wróżę Battleborn sukcesu i obawiam się, że nawet podpieranie się sloganem „gra twórców Borderlands” niewiele tu pomoże. Szkoda.