Muzyka

Trudno wybrać jeden, a dobry streaming. Twórcy każdej aplikacji mają swoje za uszami

Kamil Świtalski
0

Apple Music to jedna z tych usług, po które prawdopodobnie gdy bym nie sięgnął gdyby nie abonament Apple One. Testowałem usługę kilka lat wcześniej i... delikatnie mówiąc — nie urzekła mnie. Jest jednak jeden aspekt, dzięki któremu korzystam z niej na co dzień. Acz wciąż nie mogę zrozumieć jak firma, która tyle rozprawia o doświadczeniu użytkowników, może serwować produkt z tak fatalnym, niewygodnym i zagmatwanym user experience.

Chu...steczkowo, ale stabilnie

Dziwny splot zdarzeń sprawił, że mam trzy abonamenty Premium w serwisach streamingowych. Wciąż nie zrezygnowałem ze Spotify, bo słucham tam kilku podcastów których nie ma nigdzie indziej (a po rezygnacji i pakiecie reklam, z podkulonym ogonem wróciłem do płatnej wersji). Google Music i Apple Music mam w pakietach — ten pierwszy w gratisie do YouTube'a, ten drugi w gratisie do Apple Arcade i Apple TV+ — bo to dla nich głównie opłacam abonament. Tego pierwszego nie instaluję nigdzie, nie polubiliśmy się. Spotify zaś używam wyłącznie na smartfonie, zaś na komputerze — zawsze Apple Music. I nie mogę wyjść z podziwu jak marnie sobie radzi. Z czym? Z takimi, wydawać by się mogło, prostymi rzeczami, jak zapamiętywanie preferencji ustawień.

A że słucham muzyki zawsze w losowej kolejności, do tego w trybie zapętlenia — to jest to dodatkowy element który za każdym razem uruchamiając playlistę muszę dodatkowo odklikać. Kompletnie nie rozumiem też dlaczego zapisane w mojej bibliotece treści z Apple Music mają "nieklikalnych" artystów. Nie da się ot tak, po prostu, w muzyce z Apple Music wybrać artysty i przejść do jego profilu. Trzeba wywołać menu (PPM) i skorzystać z opcji "Pokaż w Apple Music". Wisienką na torcie są rekomendacje, które potrafią być kompletnie z kosmosu. Nie ważne że długimi miesiącami kręcę się w podobnym kręgu muzycznym — dwukrotne przesłuchanie albumu z innej bajki sprawia, że Apple uznaje że teraz interesuje mnie już tylko to, czego słuchałem ostatnio. Paranoja.

Źródło: Depositphotos

Jest jednak rzecz której absolutnie zarzucić tej ociężałej, nieprzystępnej, aplikacji zarzucić nie mogę. Od lat robi to równie mocno ociężale i źle. Apple nigdy nie zdecydowało się na żadne drastyczne ruchy — nie przyspieszyło, nie ułatwiło, ale też... nie pozamieniało miejscami. Niezależnie o tym czy mówimy o wersji na tablety, smartfony czy komputery — ewentualne zmiany są drobne. Tego samego nie można powiedzieć o Spotify, którego właściciele nie boją się pójść na całość i z dnia na dzień przemeblować całej aplikacji tak, że człowiek nie wie co się dzieje — szczególnie na smartfonie.

Dlaczego korzystam z Apple Music? Bo są też rzeczy, które robi dobrze

iTunes nie bez powodu okraszony był taką złą sławą. Muzyka.app nie jest wcale lepsza. Toporne zarządzanie listami utworów, tyle rubryczek przy katalogowaniu że o bałagan w plikach nietrudno, brak opcji przeglądania lokalnych plików najprościej jak się da — czyli po hierarchii katalogów. No ale to widzimisię Apple, przez które nie wyobrażam sobie na co dzień korzystania z ich aplikacji do zdjęć. Ale skoro mam tyle zarzutów, to co sprawia że i tak nie przesiadam się do konkurencji?

Przede wszystkim: automatyczne łączenie z głośnikiem AirPlay. Po uruchomieniu aplikacji na komputerze, ona — w przeciwieństwie do Spotify — nie potrzebuje dodatkowych poleceń by łączyć się z głośnikiem, ostatnie urządzenie jest tym domyślnym także i teraz. To jedyna aplikacja streamingowa która zna tę sztuczkę — i dla mnie opcja ta jest na tyle istotna, że gra jest warta świeczki. Kolejną jest łatwy dostęp do mojej biblioteki utworów zgromadzonej na komputerze gdziekolwiek jestem — mam tu na myśli te albumy, których nie ma w streamingu. Fajna rzecz, której u Spotify mi brakuje.

Zamiast trzech usług wolałbym jedną, ale solidną

Z Google Music nie korzystam w ogóle. Spotify - wyłącznie na smartfonie, Apple Music - na komputerze, smartfonie i tablecie. Każda ma do zaoferowania "coś ekstra" i swoje irytujące elementy. Bo wiecie, nie trzeba być audiofilem i mieć sprzetu ze złotymi wtyczkami by słyszeć, że muzyka Lossless w Apple Music brzmi po prostu znacznie lepiej, niż ten sam album w Spotify. Wystarczą średniej klasy słuchawki bezprzewodowe - na nich już tę różnicę też można usłyszeć. Ale jestem przekonany że rynek zamiast się scalać, będzie się coraz bardziej rozdrabniał, podobnie jak ten z VOD. No ale kto wie, może doczekam się czasów, w którym Apple Music nauczy się tak podstawowych rzeczy jak zapamiętywanie preferencji użytkowników i przyjazna nawigacja, zaś Spotify przestanie co kilka miesięcy przestawiać wszystko do góry nogami. A Spotify Connect będzie wiedziało gdzie lubię słuchać nawet po tym, jak po drodze zamknę aplikację.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu